W styczniu 2012 r. spółka J. zawarła umowę z konsorcjum budowlanym prowadzonym przez spółkę G na budowę klimatyzacji centralnej do schładzania wyrobisk dołowych w jednej z kopalń należących do spółki J. Kontrakt był bardzo obszerny i dotyczył zaprojektowania oraz zbudowania od podstaw całego systemu kopalnianej klimatyzacji „pod klucz”.
Jednym z wykonawców i uczestników konsorcjum była firma T. Jej zadaniem było wykonanie, dostarczenie oraz zmontowanie na miejscu urządzeń chłodzących znajdujących się na powierzchni. Spółka pracę wykonała, ale w tym czasie spółka G – generalny wykonawca i organizator konsorcjum – zaczęła mieć problemy finansowe, a następnie ogłosiła upadłość. Nie mogąc otrzymać swoich należności, także firma T. stała się niewypłacalna i ogłosiła upadłość. Prowadzący jej sprawy syndyk skierował do spółki J. – jako inwestora – żądanie zapłaty 2 mln zł zaległych należności za wykonane prace budowlane i instalacyjne. Powołał się na art. 6471 kodeksu cywilnego ustanawiający solidarną odpowiedzialność inwestora z generalnym wykonawcą.
Reklama
Spółka J. odmówiła. Argumentowała, że stron nie łączyła umowa o roboty budowlane, ale wieloelementowy kontrakt, który nosił cechy umowy o dzieło. Jego przedmiotem były bowiem nie tylko roboty budowlane w ścisłym znaczeniu, ale także np. wykonanie projektów i uzyskanie zezwoleń. Poza tym prace były wykonywane również w kopalni, a więc w tym zakresie obowiązywały strony przepisy prawa geologicznego i górniczego (t.j. Dz.U. z 2021 r. poz. 1420), a nie prawa budowlanego (t.j. Dz.U. z 2020 r. poz. 1333 ze zm.). Spółka tłumaczyła, że przedmiotem umowy było zaprojektowanie i realizacja kopalnianej klimatyzacji, nie można więc tu mówić o robotach budowlanych, gdyż ich efektem nie były obiekty budowlane w rozumieniu art. 1 prawa budowlanego. A jeśli nie można tu mówić o umowie o roboty budowlane, to roszczenia mogą dotyczyć jedynie umowy o dzieło. Kodeks cywilny przy umowach o dzieło nie przewiduje zaś odpowiedzialności solidarnej, jak w przypadku umów o roboty budowlane.
Argumentacja ta nie przyniosła skutku. Sąd I instancji zasądził około 1,7 mln zł na rzecz upadłej firmy T., a sąd II instancji podwyższył należność do niemal 2 mln zł. Skarga kasacyjna spółki J. została też ostatecznie oddalona przez Sąd Najwyższy.
Kluczową kwestią dla rozstrzygnięcia sprawy była kwalifikacja umowy zawartej między konsorcjum a pozwaną. Z definicji umowy o roboty budowlane wynika, że jej przedmiotem jest oddanie przewidzianego w umowie obiektu wykonanego zgodnie z projektem i z zasadami wiedzy technicznej. Funkcjonujące w obrocie kontrakty typu „zaprojektuj i zbuduj” przewidują, że wykonawca ma zapewnić także projekt umówionego obiektu. Sędzia Jacek Widło przyznał, że w starszych orzeczeniach SN funkcjonował pogląd, że obowiązek przygotowania projektu przez wykonawcę dyskwalifikuje taki kontrakt jako umowę o roboty budowlane.
– Wykładnia prawa wymaga jednak uwzględnienia realiów gospodarczych. Obecnie inwestor, zamawiając projekt, posługuje się i tak innymi osobami, z reguły samemu go nie tworząc. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, aby także wykonawca został zobowiązany w tej samej umowie do przygotowania projektu w ramach zawartej umowy o roboty budowlane – tłumaczył.
SN wskazał również, że k.c. posługuje się pojęciem obiektu jako przedmiotu umowy o roboty budowlane. Jest to pojęcie szersze niż obiekt budowlany zdefiniowany w art. 3 pkt 1 prawa budowlanego, a więc przepis ten nie mógł mieć decydującego znaczenia przy wykładni norm k.c. dotyczących umowy o roboty budowlane. SN wskazał też, że przedmiotem umowy o roboty budowlane może być też obiekt rozumiany jako część większej inwestycji (np. wykonanie samych fundamentów lub instalacji sanitarnych). Taki obiekt powinien być z takiej inwestycji wyraźnie wyodrębniony i przez to może być przedmiotem osobnej umowy o roboty budowlane.

orzecznictwo

Wyrok Sądu Najwyższego z 17 września 2021 r., sygn. akt V CSKP 43/21 www.serwisy.gazetaprawna.pl/orzeczenia