W 2018 r. konta i grupy prowadzone przez Społeczną Inicjatywę Narkoleptyki zostały zablokowane na Facebooku i Instagramie. W 2019 r. organizacja wspierana przez Fundację Panoptykon i Kancelarię Wardyński i Wspólnicy złożyła pozew o naruszenie dóbr osobistych. Już w czerwcu 2019 r. Sąd Okręgowy w Warszawie wydał postanowienie o zabezpieczeniu powództwa, w którym zakazał Facebookowi do czasu prawomocnego rozstrzygnięcia sporu usuwania treści publikowanych przez SIN na nowym koncie, które organizacja założyła po blokadzie w 2018 r. (sygn. akt IV C 608/19). W 2021 r. postanowienie zabezpieczające utrzymał w mocy Sąd Apelacyjny w Warszawie i wówczas stało się ono prawomocne.
Na początku Meta (właściciel Facebooka i Instagrama) przestrzegała zasad zabezpieczenia. Jakie było więc zdziwienie administratorów profilu SIN, gdy 31 października 2025 r. przeczytali powiadomienie, że jeden z ich postów z 2019 r. został zablokowany. Kilka dni po interwencji prawników z Kancelarii Wardyński i Wspólnicy, którzy przypomnieli kancelarii reprezentującej firmę Meta w procesie z SIN, że zabezpieczenie powództwa wciąż obowiązuje, przekazano odpowiedź, że post wrócił na Facebooka.
Stracona szansa
Jest duża szansa, że do takiej sytuacji w ogóle by nie doszło, gdyby nie prezydenckie weto do ustawy wdrażającej do polskiego porządku prawnego Akt o usługach cyfrowych (DSA). Jak bowiem tłumaczy Panoptykon, ustawa przewidywała wprowadzenie szybszej procedury odwoławczej od decyzji platform, które dokonały takiej blokady przez błąd lub gdy taka blokada wyraźnie narusza wolność słowa. „Szansę tę wyrzucił do kosza prezydent Karol Nawrocki, wetując nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną” – czytamy w oświadczeniu fundacji przesłanym DGP.
W dokumencie zwrócono uwagę, że „większość osób czy organizacji niesłusznie zablokowanych przez platformy nie pójdzie do sądu. Nie tylko ze względu na koszty i czas, jaki trzeba poświęcić na sporządzenie pozwu i oczekiwanie na wyrok. Także dlatego, że nie w każdym przypadku da się prosto znaleźć podstawę prawną, która mogłaby zostać wykorzystana w pozwie”. Panoptykon podnosi również, że problemem może być też kwestia jurysdykcji polskich sądów. Jak bowiem zauważa Meta, pomimo tego, że codziennie zarabia na wielu milionach użytkowników z Polski, cały czas próbuje przekonywać, że polskie sądy nie są właściwe do rozpoznawania ich sporów dotyczących Facebooka czy Instagrama. „Jej zdaniem użytkownicy z Polski powinni kierować swoje sprawy do sądów w Irlandii (co oczywiście byłoby cyberkorporacji bardzo na rękę, bo w praktyce sądzenie się z nią za granicą jest poza zasięgiem dla większości poszkodowanych)” – czytamy w piśmie.
Koordynator bez uprawnień
Nowelizacja ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną kluczowe uprawnienia dot. blokowania nielegalnych treści dawała prezesowi Urzędu Komunikacji Elektronicznej jako koordynatorowi ds. usług cyfrowych. I chociaż prezes UKE został mianowany na Koordynatora usług cyfrowych w maju ub. r. uchwałą Rady Ministrów, to jego kompetencje są dużo mniejsze niż gdyby wdrożono DSA.
Panoptykon zwraca uwagę, że „w przemówieniu uzasadniającym weto, Nawrocki skrytykował tzw. legislacyjną wrzutkę rządu do ustawy.” Zdaniem fundacji głowa państwa odmalowała obraz podległego rządowi urzędnika-wielkiego brata, który będzie czyścił sieć z nieprawomyślnych treści. „Problem w tym, że z zawetowanej ustawy nic takiego nie wynikało” – podkreślono. Ustawa wprowadzała możliwość zgłoszenia do prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej treści bezprawnych, których platforma nie usunęła. Organ miałby w takiej sytuacji najczęściej kilka dni na wydanie decyzji, w której mógłby nakazać platformie usunięcie danej treści. Platforma miałaby następnie 14 dni – podobnie jak autor lub autorka treści – na zaskarżenie tej decyzji do sądu. „W tym czasie treść nadal pozostawałaby w sieci. Zaskarżenie decyzji do sądu oznaczałoby zaś, że – do aż czasu ostatecznego wyroku sądu – treści nie znika” – tłumaczy Panoptykon.
Fundacja zwraca uwagę, że w ustawie zawarto rozwiązanie, które w przełomowy sposób wzmocniłoby wolność słowa w sieci. „Osoba, która nie zgadza się z nałożoną blokadą, miała dostać możliwość zaskarżenia jej do Prezesa UKE, w przypadku gdy blokada jest wynikiem błędu platformy (np. uznała za pornografię treść, która w ogóle nie przedstawia ciała) lub gdy treść nie jest niezgodna z prawem, a blokada narusza wolność słowa.”
DGP zapytał Urząd Komunikacji Elektronicznej, co stanie się z funkcją koordynatora ds. usług cyfrowych w przypadku zawetowania ustawy. „Sytuacja, w której zmiana ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną nie wejdzie w życie, nie spowoduje, że straci moc uchwała Rady Ministrów nadająca prezesowi UKE tymczasowo status Koordynatora ds. usług cyfrowych w zakresie określonym tą uchwałą” – odpowiedział urząd. Jak zaznaczono, „prezes UKE nie ma obecnie mandatu do rozpatrywania skarg użytkowników na działania platform oraz wykonywania działań nadzorczych czy egzekucyjnych wobec dostawców usług pośrednich. Prezes UKE działa i będzie działać wyłącznie w zakresie obowiązującego prawa.”
Wybite zęby
Zgodnie z obowiązującym już unijnym aktem o usługach cyfrowych (Digital Services Act, DSA) osoba zablokowana na platformie powinna dostać informację o blokadzie wraz z uzasadnieniem, powinna też móc się odwołać do samej platformy, to w Polsce przepisy te mają wybite zęby, właśnie przez prezydenckie weto.
W chwili obecnej prezes UKE nie może więc prowadzić postępowań przeciwko platformom ani nakładać na nich kar w razie stwierdzenia naruszenia DSA. Nie może też nadawać statusu „zaufanych podmiotów sygnalizujących” i przyjmować wniosków badaczy o dostęp do danych wielkich platform i wyszukiwarek. A to właśnie było zapisane w DSA.
„Weto wobec ustawy, która zawierała takie rozwiązanie, oznacza, że o tym, co można powiedzieć w sieci, a czego nie, będą w dalszym ciągu decydowały platformy (anty)społecznościowe. Niesłusznie zablokowani będą mogli co najwyżej pójść do sądu – a i to nie zawsze. Od lat staramy się przetrzeć dla nich tę ścieżkę w sprawie SIN vs Facebook, ale na terminy rozpatrywania spraw przez sądy nic nie poradzimy” – ocenia Panoptykon.
Prawnik Jakub Szymik, założyciel Fundacji Obserwatorium Demokracji Cyfrowej, zwraca uwagę, że dziś nasze treści w mediach społecznościowych już podlegają różnorakim ograniczeniom – platformy nie muszą ich nawet usuwać, ale mogą ograniczać ich widoczność i zasięgi.
- Te decyzje są podejmowane masowo, często bez udziału człowieka, w reakcji na słowa-klucze, a nie faktyczny charakter treści. Bez wdrożenia Aktu o usługach cyfrowych, Polacy nie mogą liczyć na rzetelną informację o skali takich działań. W przeciwieństwie do innych krajów europejskich Polacy nie mogą odwoływać się we własnych instytucjach – są zmuszeni korzystać ze słabszych narzędzi działających poza Polską, takich jak pozasądowe rozstrzyganie sporów. Dane Appeals Centre pokazują, że Polacy zgłaszają najwięcej sporów do takich rozstrzygnięć ze wszystkich narodów europejskich – zauważa nasz rozmówca.
Jego zdaniem, bez wdrożenia DSA Polacy mają ograniczony głos nie tylko w przypadku indywidualnych spraw moderacyjnych, ale i systemowych decyzji dot. usług w sieci.