Ta historyjka (podobno opowiedział ją kiedyś filozof Bertrand Russell, krytykując rozumowanie indukcyjne) to dziś najlepsza alegoria naszych moralnych wzburzeń politycznych.

Przypadek pierwszy, z bliskiego sąsiedztwa Empire State: Donald Trump, republikański kandydat na prezydenta USA. Człowiek kontrowersyjny i charakterologicznie podejrzany, ale z mocnym poparciem w szeregach własnej partii. W sondażach radzi sobie zadziwiająco dobrze. Do czasu: tydzień temu bowiem wycieka wideo z 2005 r. Oto Trump z celebrytą Billym Bushem jadą na nagranie telewizyjne, gdzie mają się spotkać z piękną aktorką Arianne Zucker. Trump serwuje sobie tic-taca, „...na wypadek, gdybym zaczął ją całować”. Jak to, tak po prostu? Trzy miesiące po ślubie z Melanią? „Ja po prostu je [piękne kobiety] całuję. Są jak magnez. Całuję, nawet nie czekam”. Nie trzeba pytać o zgodę? Nie, bo „jeśli jesteś gwiazdą, możesz robić z nimi co chcesz”. Na przykład? „Po prostu łapiesz je za cipkę”. Oj. Przepraszam na moment, muszę wziąć wiadro pasty BHP i udać się pod prysznic.

Przez tydzień, jaki minął od czasu ujawnienia wideo, obserwujemy w Ameryce republikański Wielki Festiwal Zdziwień. „Nikt by się tego nie spodziewał” – mówią partyjne elity, powoli wycofując swoje poparcie dla Trumpa. Mike Pence, jego potencjalny wiceprezydent, jest „oburzony”. Dopiero teraz jest pan oburzony, panie Pence? Czyż nie zgodził się pan na kandydowanie u boku faceta, który kampanię zbudował na rasistowskich sentymentach i całkowitym braku kompetencji? Senator Lisa Murkowski mówi, że przez te komentarze Trump „Stracił prawo do republikańskiej nominacji”. No proszę, teraz stracił – a kiedy w konflikcie z Tedem Cruzem wytykał tamtemu, że ma brzydką i starą żonę, i porównywał ją z seksowną Melanią, to wszystko było OK? Spiker Izby Reprezentantów, Paul Ryan, mówi o własnym obrzydzeniu i rezygnuje ze wspólnych występów z nominowanym. Fantastycznie, ale rychło w czas; trzeba było ratować partię podczas konwencji, a nie z uśmiechem na ustach skakać z wieżowca i podczas lotu cieszyć się wieczorną sondażową bryzą. Kobiety, które chciały na niego głosować, masowo przechodzą na stronę Hillary Clinton, są bowiem, uwaga, w szoku. Gdy zaś Trump mówił Alicii Machado, byłej Miss Universe, której przytyło się kilka kilogramów, że wygląda jak pomoc domowa albo Miss Piggy, to owe kobiety miały się „jak dotąd, świetnie”. Znak zapytania, a potem „splash!”.

Przypadek drugi: Jarosław Kaczyński. Polski polityk instytucja, którego partia wygrała wybory w 2015 r. głosami nie tylko swojego stałego elektoratu konserwatywno-narodowego, lecz także dzięki ludziom młodym, wykształconym, tym z większych miast. Wielu z nich w Kaczyńskim zobaczyło alternatywę dla skorumpowanego poprzedniego rządu, oderwanego od potrzeb zwykłego człowieka; być może zachęciła ich szansa na bardziej lewicowy program gospodarczy. A dziś Kaczyński, po flircie z radykalną ustawą antyaborcyjną Ordo Iuris, wygłasza taką oto tezę: musimy dążyć do tego, by rodziły się wszystkie dzieci, także te najciężej zdeformowane, skazane na śmierć zaraz po porodzie. Czemu? Ano dlatego, by można je było ochrzcić, oczywiście.

Wśród „oświeconych” wyborców, sympatyków i niewrogów PiS-u zapanowała ogólna zgroza. Ale jakże to, przecież to barbarzyństwo, zmuszanie do heroizmu, i to bez wsparcia socjalnego, moralizatorstwo polityczne, talibowie u władzy, prawa kobiet itp. Szok! Nikt przecież nie sądził, że Kaczyński się posunie tak daleko... Nie z uspokajająco sensownym CV Mateusza Morawieckiego i Jarosławem Gowinem przyobiecanym na ministra obrony... To niby prawda, że od zawsze robił polityczne interesy z o. Rydzykiem (lecący z wieżowca mijają czterdzieste piętro). Od dawna zachęcał ONR i inne narodowe, z natury moralnie konserwatywne grupy do głośniejszych krzyków (piętro 25.). Cały elektorat „smoleński” to w gruncie rzeczy prolajfowcy... Jak się macie, oświecony elektoracie konserwatywno-socjalny PiS-u? Jak dotąd, świetnie? Zdaje się jednak, że zaraz skończycie w mokrej plamie na chodniku, znanej również jako piekło kobiet.

Błądzić jest jednakże rzeczą ludzką, takąż jest też i skok z wieżowca w dobrej wierze, bo homo sapiens jest przecież podatny na zaćmienia percepcji i ogólną dezynwolturę – ale na Boga, jeśli już rozumiemy, że lecimy w dół, to nie szczerzmy zębów, nie udawajmy, że wszystko jest super, tylko krzyczmy „Ratunku”. A nuż ktoś coś zrobi, może przyjedzie straż pożarna, a jeśli nawet nie, to przynajmniej ci z góry może się zawahają, zanim sami skoczą.

Nie jest to łatwe. Przyznać się, nawet przed sobą samym, że zbliża się chodnik, jeszcze zanim się weń wpakujemy, to wielki cios dla moralnego narcyzmu. W naszej alegorii skok z wieżowca jest bowiem wyborem moralnym, a kadr z napisem „Splash” moralną klęską naszego własnego wyboru. Lepiej twierdzić, że jest pięknie, niż przyznać, jak bardzośmy się mylili.

Najlepiej więc reflektować się przed skokiem. Złota myśl na dziś jest więc następująca: może, wystawiając kandydata, który jest oczywistym rasistą, mizoginem i ogólnym popaprańcem, należy się spodziewać, że będzie on nadal rasistą, mizoginem i ogólnym popaprańcem. Może głosując na głównego Don Juana środowisk histerycznie katolicko-narodowych należy się spodziewać, że będzie je uwodził dalej, coraz silniejszych używając wabików, bo przecież uwodzeni szybko się nudzą. Może warto wierzyć własnym oczom, przynajmniej kiedy sprawy są boleśnie oczywiste.