Nussbaum zajmuje się etyką, polityką, emocjami. Dzięki Kulturze Liberalnej wyszła u nas niedawno jej książka „Nie dla zysku”. Polecam serdecznie: Nussbaum tłumaczy w niej, dlaczego potrzebujemy sztuki i humanistyki. Otóż demokracja liberalna – jak pisze Nussbaum – ustrój, którego wartością nadrzędną jest szacunek dla innych bez względu na kolor skóry, religię, orientację, płeć, nie może, po prostu nie może trwać bez empatii i współczucia dla Innego. Jak tego uczyć? Przez historię, literaturę, filozofię, dialog. Ale także, a może przede wszystkim – przez sztukę. Teatr, taniec, śpiew. Sztuka jest poniekąd zabawą, a więc, jak zabawa, wymaga pozbycia się taktyk obronnych duszy, wystawienia się na świat w całej jego podniecającej nieprzewidywalności. „Obecność Innego – pisze Nussbaum – która może być odbierana jako zagrożenie, w czasie zabawy staje się źródłem zaciekawienia i zachwytu”. Uwolniona tak spontaniczność jest kluczem do politycznej moralności, dzięki niej nabieramy „zdrowych postaw w ramach związków przyjacielskich, miłosnych, a później – w życiu politycznym”.

A więc zabawa, a więc spontaniczność – to one nas zbawią. Ale każdy, kto spotkał Marthę Nussbaum – ja miałam wielką przyjemność być na kilku jej wykładach – chce się tu uśmiechnąć. Nussbaum jest, jak to się nieładnie mówi, „sztywna”. Jest też życzliwa, szaleńczo inteligentna, z ogromną energią – ale nie można się oprzeć wrażeniu, że cały czas duża część tej energii idzie na podtrzymanie wyprężonej postawy wyprostowanej.

Jakiś czas temu w magazynie „The New Yorker” ukazał się jej profil, który potwierdza to powierzchowne wrażenie. Podobno Nussbaum skrupulatnie „...dzieli swój dzień na serię produktywnych, służących życiu aktywności”. Zaczyna od 90 minut ćwiczeń, podczas których w głowie odtwarza opery Mozarta; przebieg ćwiczeń zapisuje w dzienniku. Potem śpiewa, dokładnie godzinę. W wieczór przed pogrzebem matki zdążyła napisać i wygłosić ważny wykład. Podobno jej samodyscyplina zainspirowała profesora Richarda Sterna do napisania historii „Moja była, filozof moralności”, w której opisuje sprzeczność między jej „peanem na cześć spontaniczności z jednej strony i jej własną naturą, niespontaniczną; najbardziej uparcie, zawzięcie, nerwowo, a nawet fanatycznie niespontaniczną, jaką znam”. Ach, co za niefart. I co za rozczarowanie! Oto piewca cnoty, który legitymuje się jej dokładnym przeciwieństwem!

Nussbaum nie jest oczywiście jedynym członkiem klubu moralistów, którzy nie potrafią doskoczyć do ustawionej przez samych siebie poprzeczki. Tak naprawdę „sztywność” miłośniczki spontaniczności jest, na tle innych członków tego klubu, przewiną dość niewielką. Taki dla przykładu Rousseau – czempion współczucia i równości, teoretyk sprawiedliwości, autor jednego z najważniejszych traktatów o wychowywaniu potomstwa – z każdym ze swoich pięciorga dzieci pędził do przytułku, zanim jeszcze biedakom porządnie odcięto pępowinę i, jeśli wierzyć Wolterowi, zrzucał je tam cichaczem na próg i uciekał. Zresztą klub ten jest niezwykle liczny, bo któremukolwiek z moralistów by się przyjrzeć, to każdy strojny w wykrochmaloną białą suknię swych teorii, a pod spodem zwykle mniej lub bardziej brudne gacie. No, może Sokrates się broni, w końcu cykutę wypił, a przecież nie musiał. No i, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, Jezus.

Człowiek, zajrzawszy pod te sukienki, chciałby się zżymać, zwracać moralne teorie autorom i żądać zwrotu pieniędzy. Zastanawia się jednak: dlaczego taka Nussbaum jest właśnie adwokatem tej jednej jedynej cnoty, której jej tak brakuje? Czemu nie pisze o czymś, na czym jej nie zbywa, na przykład o mądrości, o rozumie, pracowitości; o sile, o fizycznym pięknie?

I pojawia się myśl: a jeśli tylko moralna choroba pozwala zobaczyć, czym byłoby pełne zdrowie? Może trzeba mieć własne demony, żeby móc je odróżnić od aniołów? Może tylko walcząc z własną przemożną potrzebą kontroli, można napisać przejmujący pean na temat spontaniczności, bo tęsknota wyostrza obraz o wiele silniej niż obecność?

Pisanie o dobru może być formą terapii, przynoszącym ulgę lamentem nad bolesną dziurą we własnym charakterze. Etyka jest nauką praktyczną i poniekąd eksperymentalną; dobry moralista to ten, który stawiał czoła własnej niedoskonałości, a teraz zna jej naturę, jej etiologię i jej patomechanizm. Tylko Nussbaum może zostać prawdziwym badaczem plemienia spontanicznych, dotykać ich z lękiem i nabożnością, oglądać zewsząd i opisywać. Dziura w duszy jest jej najsilniejszą motywacją do poznania. Można więc Nussbaum tę dziurę wybaczyć, a nawet poniekąd uznać, że płyną z niej pewne korzyści.

Nie rozliczajmy więc moralistów z ich dziurawych dusz, ale uznajmy te dziury za tajemniczy napęd, który ciągnie nas ku dobru. Niech nas nie martwi rozdźwięk między ich życiem a ich wizją – to znaczy dopóki nie chcą zostać naszymi guru albo wprowadzić ustawę całkowicie zakazującą aborcji, chociaż w głębi duszy wiedzą, że w razie draki sami pojadą do Czech. Zezwolenie na dziury mają bowiem tylko ci, którzy nie chcą siłą łatać innych – a terapią dla własnych dziur sumienia jest filozofia, a nie polityka.

Kup w kiosku lub w wersji cyfrowej