Żal mi owego barana, który nie docenia ich śmiesznych, gumiatych łapek (młodsze) lub subtelnego poczucia humoru (starsze); żal mi go, bo wiem, jak to jest z wartościami takimi, jak piękno, dobro i gumiatość: są trochę jak lustro, i jak patrzy na nie małpa, apostoł nie może wyjrzeć. Tak, tak, nieprzychylny obserwatorze moich dzieci w tramwaju czy restauracji, twoja niechęć świadczy tylko o tobie, ciebie owa obojętność ośmiesza i na twoim miejscu – nie waham się tego powiedzieć wprost – złożyłabym rezygnację z członkostwa w grupie Homo sapiens, spłaciłabym długi i dokonała rytualnego samospalenia.

Mimo to od lat staram się znaleźć naprawdę dobry argument za posiadaniem dzieci i nie potrafię. A jest z czego wybierać – mnóstwo ludzi za dziećmi agituje i domaga się aktualizacji ich potencjalnych istnień. Wiele argumentów odwołuje się na przykład do interesu własnego: „Bo fajnie”, „Bo gumiate”, „Bo kto mi szklankę wody przyniesie”. Jest wiele innych, które przywołują interes innych ludzi („Bo ja to bym już wnuki bawił”, „Bo kto na te nasze emerytury”). Ale żaden z nich nie ma mocy i siły, o którą mi chodzi. Nie pytam bowiem, czy komuś od dzieci zrobi się fajniej, lepiej, lżej, ale czy to dobrze, że tak się stanie. Wiele rzeczy się nam przecież podoba (filmy pornograficzne), wiele rzeczy przydaje się jakimś ludziom (broń palna), wiele spraw czyni nasze życie lepszym (jak tanie są nasze tenisówki dzięki pracy nieletnich w Kambodży!), ale żadna z tych rzeczy nie jest dobra czy słuszna tylko dlatego, że ktoś na niej korzysta. Moje pytanie jest tymczasem normatywne, chcę wiedzieć, czy dzieci mieć powinniśmy; czy odziecić się jest moralnie. Szukam więc uzasadnienia, które pokaże, że nasze rozmnażanie jest słuszne, dobre, prawe, należyte. A przynajmniej nie jest złe. I ciągle nie mam.

Jak bowiem uzasadnić kolejne dziecko na świecie, skoro tak wiele z nich jest niechcianych, żyje w nędzy, umiera z głodu i pragnienia? Czy naszą powinnością nie jest przede wszystkim ulżyć cierpieniu, zanim stworzymy kolejną jednostkę z pustym brzuchem? Czy istniejąca już męka ludzka nie jest ważniejsza od potencjalnej satysfakcji? I dlatego, jeśli naprawdę chcemy mieć relację z dzieckiem, nie powinniśmy przede wszystkim próbować adopcji?

I czy można uzasadnić rozmnażanie tym, że to „naturalne”, skoro nie ma już w nas, istotach śpiących na materacach sprężynowych, gotujących w mikrofalówkach i leczących choroby genetyczne, za grosz naturalności? I czy „naturalne” nie znaczy często „takie, którego trzeba się wyzbyć”, bo przecież nikt nie chciałby, żeby jego sąsiedzi zaczęli nagle defekować w miejscach, w których akurat przyszła im na to ochota, lub chodzić bez majtek, tak jak to chciała natura? Naszym moralnym celem jest często właśnie zapobiec temu, co „naturalne”; dlaczego więc nagle „naturalność” ma wybiórczo być tak istotnym argumentem?

A jeśli nawet zapomnimy o powinności w stosunku do innych cierpiących dzieci, mamy jeszcze powinność wobec naszego potencjalnego potomka. Czy odpowiedzialnie jest sprowadzać nowe istnienie w świat tak niepewny jak nasz? Wojna atomowa za jednym rogiem, za drugim globalne ocieplenie, za trzecim technologiczna osobliwość, która nas najprawdopodobniej zje albo użyje jako baterii, a my, z powodów czysto egoistycznych, chcemy narazić na to kolejną osobę?

I gdy nawet pominiemy powinności w stosunku do innych dzieci i naszego dziecka potencjalnego, czy nie mamy przynajmniej podstawowych zobowiązań w stosunku do naszej planety, którą w trwającej bez mała 200 lat erze antropocenu zdecydowaliśmy się stłamsić i zniszczyć? I czy w związku z tym posiadanie dzieci nie jest działaniem na jej jeszcze większą szkodę? Czy nie przeraża nas liczba pieluch jednorazowych, które odmawiają gnicia na wysypiskach, lub ilość wody potrzebna do prania pieluch wielorazowych? Jaki będzie ślad węglowy naszego dziecka?

I czy można sensownie uzasadnić potomstwo potrzebą przedłużenia cennego gatunku, skoro najwyraźniej gatunki nie znaczą dla nas nic – w końcu z wielką łatwością kolejne z nich niszczymy? A może uważamy, że nasz własny gatunek jest ważniejszy od innych, manifestując w ten sposób krótkowzroczny, niczym nieuzasadniony antropocentryzm? Jaki mamy argument na własną wyższość nad słoniami?

I czy można w końcu twierdzić, że im więcej ludzi, tym więcej cennego zadowolenia, tak jak twierdzili utylitaryści? W końcu, jeśli interesuje nas tylko prosty rachunek satysfakcji z życia, musimy dojść do (jak nazwał to filozof Derek Parfit) „wstrętnej konkluzji” – że lepiej jest mieć 20 mld minimalnie zadowolonych osób niż 7 mld osób mocno szczęśliwych, bo w sumie, jak tak podliczyć, to i tak wyjdzie z tego więcej szczęścia. Czy nie lepiej więc odrzucić prosty utylitaryzm i zająć się poprawą warunków tych, którzy już na świecie są?

Kocham swoje dzieci, niekiedy lubię też dzieci innych; często szanuję tego i owego wózkowego lub wózkarę. Ale im dłużej myślę nad problemem dzieci w ogóle, zwłaszcza dzieci rodzonych na Zachodzie, we względnym dobrobycie, tym większa mnie ogarnia teoretyczna groza, bo okazuje się, że nie tylko nie potrafię sformułować moralnej rekomendacji dla rozrodu, ale wręcz nie mogę uniknąć wniosku, że dzieci, jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało, to w zasadzie zbrodnia przeciwko ludzkości.

Czy ktoś mi pomoże? Czy ktoś zna argument, który nas, dzieciorobów, usprawiedliwi, nada naszemu życiu stempel moralnej poprawności? Jestem w potrzebie teoretycznej, szukam filozoficznej brzytwy, której uchwycę się bez względu na rany cięte. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, niech pisze, dzwoni, esemesuje. Odbiorę lub odpiszę natychmiast, to znaczy, jeśli akurat nie będę karmić kogoś tartą marchwią.