Katowicki sąd od poniedziałku rozpatruje odwołania od wyroku sądu I instancji ws. tej największej katastrofy budowlanej w historii Polski. Zginęło wówczas 65 osób. Apelację od wyroku, który zapadł w czerwcu ub.r., wniosły zarówno obrona, jak i prokuratura.

"Stała się rzecz straszna. Hala, w której projektowaniu uczestniczyłem, runęła grzebiąc wiele istnień ludzkich, co miało wpływ na ich rodziny, wiele innych osób. Chciałoby się cofnąć ten czas, powiedzieć: nie było zdarzenia. Niestety, wydarzyło się, z tym piętnem trzeba żyć, to wspomnienie istnieje cały czas w życiu człowieka, który był zaangażowany w jakikolwiek sposób w wybudowanie tej hali" – powiedział w czwartek przed sądem skazany na 10 lat więzienia Jacek J.

Przyznał, że trudno było mu żyć z poczuciem, że coś, w czym uczestniczył, zakończyło się "tragiczną klęską". "Rozumiem to, że jeśli zdarzyła się klęska, jeżeli jestem winien, to powinienem odpowiadać za to, to oczywiste, nie unikam odpowiedzialności, co więcej - nawet widzę tam pewne aspekty, które można by było przypisać, coś tam było błędnego. Niemniej z biegiem tego postępowania zacząłem dostrzegać regułę, że to nie jest proces do końca sprawiedliwy, w wielu okolicznościach pozbawia się mnie prawa do obrony" – dodał.

Oskarżony wskazywał, że nie mógł się kontaktować z adwokatem w czasie aresztowania, kwestionował zasadność swojego aresztowania, a podczas procesu uchylono wiele jego pytań do biegłych. Kwestionował też kompetencje biegłych oraz fakt, że nie przywiązali oni wystarczającej – jego zdaniem – wagi do problemu szkód górniczych na terenie, na którym powstała hala i które mogły się przyczynić do jej zawalenia. Wytknął użytkownikom hali, że wbrew instrukcji nie zadbali o jej właściwe ogrzewanie, co przyczyniło się do zgromadzenia się dużej ilości śniegu i lodu na dachu. Wskazywał też na swoje ogromne doświadczenie w budowie podobnych obiektów, które stoją do dziś.

Po sześciu godzinach przewodniczący składu sędziowskiego s. Waldemar Schmidt przerwał rozprawę do piątku, do godz. 9 rano. Jacek J. ma kontynuować swoje wystąpienie, a potem głos będą zabierać kolejni oskarżeni.

Podczas czwartkowej rozprawy prokurator Katarzyna Wychowałek-Szczygieł z katowickiej prokuratury regionalnej wniosła m.in. o nieuwzględnienie apelacji obrońców Jacka J. i utrzymanie zasądzonej dla niego kary, a także o zaostrzenie kar dla części skazanych na więzienie. Obrońcy Jacka J., wnioskowali o uchylenie wyroku sądu I instancji i skierowanie sprawy do ponownego rozpoznania, a jeśli sąd apelacyjny będzie innego zdania – o złagodzenie kary, którą uznali za zbyt surową.

Prokurator Wychowałek - Szczygieł wnioskowała o nieuwzględnienie apelacji i utrzymanie wyroku w mocy. Przypomniała, że Jacek J. nie miał uprawnień projektowych (ukończył jedynie 4 lata studiów budowlanych – PAP). Wskazała, że aż 3 zespoły biegłych uznały przygotowany przez niego projekt hali za – jak mówiła – błędny, karygodny, na poziomie wręcz studenckim. "Biegli z Politechniki Krakowskiej uznali, że podstawy merytoryczne projektowania hali opierały się na programach komputerowych, a proces projektowania miał charakter gry komputerowej. Biegli uznali też, że na skutek błędnego projektu od momentu wybudowania do katastrofy, przez cały okres użytkowania hala stanowiła zagrożenie dla użytkowników, szczególnie w okresie zimowym" – podkreśliła.

Jak mówiła prok. Wychowałek-Szczygieł, materiał dowodowy potwierdza, iż Jacek J. był świadomy tego zagrożenia, wiedział jednak również, że koszty naprawy hali przekraczałyby koszty budowy nowej. "Był najbardziej świadomy błędów i jednocześnie zobowiązany do zapobiegnięcia katastrofie" – podkreśliła.

Odnosząc się do odpowiedzialności ówczesnej powiatowej inspektor nadzoru budowlanego w Chorzowie Marii K., skazanej na 4 lata więzienia, prokurator wnioskowała o zaostrzenie tej kary do sześciu lat pozbawienia wolności. "Widząc stan tej konstrukcji powinna była zażądać wyłączenia hali z użytkowania. Nie podjęła działań, do których była zobligowana przepisami prawa budowalnego" – powiedziała Katarzyna Wychowałek-Szczygieł.

Potrzebę zaostrzenia kary motywowała rażącym naruszeniem przez oskarżoną podstawowych obowiązków i "niespotykanie wysokim stopniem szkodliwości społecznej czynu". Obrońca Marii K. wnioskował o uniewinnienie swojej klientki, argumentując, że w sytuacji, jaka poprzedziła katastrofę, nie była ona zobligowana do podejmowania działań. Jeśli sąd podjąłby inną decyzję, obrona postuluje również umorzenie postępowania ze względu na przedawnienie.

Obrończyni skazanego na pięć lat więzienia autora ekspertyzy budowlanej Grzegorza S. mec. Aleksandra Zawadzka-Kubica wniosła o jego uniewinnienie. Sąd I instancji skazał go za nieumyślne sprowadzenie katastrofy, uznając, że nie zweryfikował on całości obliczeń statycznych pawilonu, nie sprawdził pozostałych dźwigarów, a jedynie ten uszkodzony. Zdaniem oskarżenia, S. powinien był wystąpić o rozbiórkę pawilonu. Prokuratura nie wnosiła apelacji w zakresie kary dla tego oskarżonego.

W sprawie przedstawicieli użytkującej halę spółki MTK – członków jej zarządu Nowozelandczyka Bruce’a R. (skazany na trzy lata) oraz Ryszarda Z., (skazany na cztery lata), a także dyrektora technicznego Adama H. (skazany na trzy lata) prokurator wnioskowała o zaostrzenie tych kar do sześciu lat pozbawienia wolności. Obrońcy chcieli ich uniewinnienia lub łagodniejszych kar.

Prokuratura odwołała się też od uniewinnienia w I instancji wykonawców hali – Arkadiusza J., Andrzeja C. i Adama J. W apelacji wskazała, że proces budowlany był błędnie prowadzony, a budowlańcy wiedząc, że projekt konstrukcji stalowej ma błędy, powinni zgodnie z prawem budowlanym powiadomić inspektora nadzoru budowlanego.

Prok. Wychowałek-Szczygieł argumentowała na sali sądowej, że mimo tych niedociągnięć mężczyźni nie sprawdzili, czy Jacek J. ma uprawnienia do projektowania. "Może dlatego, że wiedzieli, że nie ma czego sprawdzać? Zależało im, by zakończyć budowę, zejść z placu, otrzymać wynagrodzenie" – powiedziała. Replikował obrońca oskarżonych mec. Arkadiusz Ludwiczek, twierdząc, że jego klienci podejmowali działania prowadzące do rozpoczęcia akcji odśnieżania czy skierowali na miejsce geodetę, który dokonał pomiarów pokrywy dachowej, by ocenić stopień jej ugięcia. Adwokat wniósł o utrzymanie w mocy wyroku sądu I instancji.

Hala MTK zawaliła się 28 stycznia 2006 r.; odbywały się tam wówczas targi i ogólnopolska wystawa gołębi pocztowych. Na dachu o powierzchni hektara zalegała warstwa śniegu i lodu; według specjalistów, ważył ok. 190 kg na metr kw. Zginęło wówczas 65 osób, a ponad 140 zostało rannych; 26 z nich doznało ciężkich obrażeń.

Anna Gumułka(PAP)