Dotychczas Londyn jako stolica, która budowała potęgę nie tylko na dominacji floty, ale i na handlu zagranicznym oraz instytucjach demokratycznych o wielusetletniej tradycji, był najważniejszym sojusznikiem wszystkich tych, którzy niechętnie patrzyli na rozrastającą się unijną biurokrację, brak legitymacji demokratycznej większości instytucji i przeregulowanie prawa. Brak Brytyjczyków w Radzie będzie odczuwalny, ale nie to jest z punktu widzenia Polski najbardziej niepokojące.

Sięgnijmy po geopolitykę – ale rozumianą nie w sposób potoczny – i błędny zarazem! – jako ogół relacji międzynarodowych, ale jako gałąź nauki, zajmującą się badaniem wpływu uwarunkowań geograficznych na politykę i interesy państw. George Modelski, amerykański politolog urodzony w Poznaniu, stworzył teorię cykli hegemonicznych. Badacz sformułował tezę, zgodnie z którą dzieje świata podlegają pewnej określonej prawidłowości. Gdy dane państwo rośnie w siłę i staje się globalnym hegemonem, mniejsze mocarstwa rzucają mu wyzwanie, aż – najczęściej w wyniku wielkiej wojny – któreś z nich przejmuje status hegemona. Zazwyczaj linia podziału przebiega między mocarstwami morskimi a lądowymi.

Jak wiele tego typu teorii, także model Modelskiego jest ogromnym uproszczeniem. Niemniej czasem się sprawdza. Jeśli zastosować go do ery postzimnowojennej, światowym hegemonem jest mocarstwo morskie w postaci Stanów Zjednoczonych, które przejęły rolę hegemona po II wojnie światowej od Wielkiej Brytanii, osłabionej wojną z lądowym challengerem, czyli hitlerowskimi Niemcami. W obecnych warunkach lądowym challengerem USA chciałaby być Rosja, choć w dłuższej perspektywie będą nim raczej Chiny.

Co wspólnego z tym wszystkim mają Brexit i UE? Całkiem sporo. Londyn był naczelnym przedstawicielem – nazwijmy to tak – lobby morskiego. Proamerykańskiego, promującego wolny handel, niechętnego wchodzeniu w zbyt bliskie relacje z putinowską Rosją. Na krótką metę oznacza to szybsze zniesienie sankcji wobec Rosji, o czym niektórzy politycy, przede wszystkim z Francji i Niemiec, mówią coraz głośniej. Choć nie przypominam sobie, by Krym został zwrócony prawowitemu właścicielowi, a przecież właśnie zajęcie półwyspu było powodem wprowadzenia restrykcji.

W dłuższej perspektywie oznacza to jednak większą wrażliwość na rosyjskie namowy stworzenia „wspólnej przestrzeni europejskiej od Lizbony po Władywostok”. Pomysł nazywany planem Dmitrija Miedwiediewa, bo to właśnie obecny premier zgłosił go w 2009 r., jest w gruncie rzeczy ofertą sojuszu państw lądowych w kontrze wobec morskiego hegemona. Nieprzypadkowo mowa o przestrzeni zaczynającej się w Lizbonie, a nie w Londynie, również położonym przecież na zachodnich krańcach UE.

Zapis o Lizbonie i Władywostoku został przez Rosjan przemycony w deklaracji zawieszającej wojnę w Donbasie: „Liderzy jak dotychczas deklarują przywiązanie do idei stworzenia wspólnej przestrzeni humanitarnej i gospodarczej od Atlantyku do Oceanu Spokojnego na bazie pełnego szacunku wobec prawa międzynarodowego i zasad OBWE”. Ukraina nie protestowała, bo jej ta sprawa dotyczyła w najmniejszym stopniu. Jednak Paryż i Berlin – reprezentujące w białoruskiej stolicy Europę – również nie powiedziały „nie”. Symptomatyczne.

Rosja postrzega przy tym koncepcję takiej wspólnej przestrzeni zgodnie z XIX-wiecznymi regułami prowadzenia polityki, czyli koncertem mocarstw. Decydujący o przyszłości Ukrainy format normandzki już jest przejawem takiego koncertu mocarstw – nie ma w nim przedstawicieli Unii, są za to Niemcy i Francja, postrzegane przez Moskwę jako jedyne państwa kontynentu, z którymi trzeba się liczyć. Brak Wielkiej Brytanii w UE sprawia, że jesteśmy o mały, ale jednak kroczek bliżej stworzenia koncertu mocarstw także w innych sprawach. Koncertu, pod którego rządami Polska znów znalazłaby się między Niemcami a Rosją, postrzegana jako tradycyjny sojusznik morskiego hegemona. Położenie geograficzne ponownie stałoby się przekleństwem.

Pobierz raport Forsal.pl: Brexit vs Twoja firma. Stracisz czy zyskasz >>>