statystyki

Andrysiak: Wojna polska. Rozmawiać nie ma o czym, negocjować nie ma czego

autor: andrzej andrysiak18.03.2016, 07:06; Aktualizacja: 18.03.2016, 13:16
Andrzej Andrysiak,  zastępca redaktora naczelnego DGP

Andrzej Andrysiak, zastępca redaktora naczelnego DGPźródło: DGP

Wciąż tylko kompromis i kompromis. Siądźmy do stołu i porozmawiajmy. Nie macie dość tego samooszukiwania? To wojna. Albo my, albo oni. Jesteśmy dwoma narodami na jednej ziemi, nawet przywódców mamy różnych. Nie wierzycie? No to proste ćwiczenie. Najpierw antypisowcy. Zaciskamy zęby i głośno, publicznie powtarzamy: Andrzej Duda to nasz prezydent, Beata Szydło to nasz premier. A teraz druga strona: Tusk był naszym premierem. Komorowski prezydentem. Niedoczekanie, co?

Reklama


Reklama


Z nieustającym zadziwieniem czytam wypowiedzi socjologów i politologów dowodzących, że z tym podziałem to u nas wcale nie jest tak źle, że wojna polsko-polska to domena polityków, że to oni jątrzą i podburzają, a społeczeństwo niewiele sobie z tego robi. Na dowód swoich tez owi socjologowie i politolodzy wyciągają zestaw kolorowych tabel i wykresów i z satysfakcją objaśniają, że tu, szanowni państwo, widać, że Polacy są szczęśliwi, a tu, że zadowoleni. Czy tylko ja mam wrażenie, że coś tu jest nie tak? Wymyślona wojna? Społeczeństwo ogłupiane przez pozbawionych skrupułów polityków? Gdyby socjolog ten i ów zaszedł do jakiegoś urzędu na zaplecze, zobaczyłby, jak podział wygląda na żywo. A jeśli uznaje, że urząd rozpolitykowany, więc niereprezentatywny, mógłby zajrzeć do jednej albo drugiej cioci na imieniny i zobaczyć, jak się wujkowie sobie do oczu rzucają, i to wcale nie z powodu miłości rodzinnej. Albo zajechać do powiatu jednego i drugiego i popytać, dlaczego nauczyciele trzymają w tajemnicy, że byli demonstrować z KOD-em.

Wojna na górze to teatr, na dole to się dopiero dzieje. Tam jest dosłownie i na poważniej.

Że coś się tu nie zgadza, czarno na białym wyszło jesienią, gdy opublikowano kolejną „Diagnozę społeczną”, wielkie badanie postaw Polaków. Wnioski z niej płynęły optymistyczne tak bardzo, że aż nie do uwierzenia. Ludzie szczęśliwi, dobrobyt i dobrostan rozpanoszony, najlepsze czasy od wieków nam w Polsce nastały. A tu nagle buch: szczęśliwy lud wypiął się na władzę i przestawił wajchę, bo chciał zmian. Dobrych zmian, oczywiście.

No zaraz, ale który lud, ktoś zapyta. Kto ją wybrał i dlaczego? Czy to zmasowane PiS-owskie szwadrony okupowały urny wyborcze, czy może lemingi nie dość się rozbudziły, by wyjść z norek i głos z siebie wydać? Wygrali, bo mieli większość, czy wygrali, bo większości się nie chciało?

Mogliby tak mądrzy i mniej mądrzy długo przerzucać się argumentami, gdyby nie fakt pewien, który może umknąć uwadze. W naszej polityce od dawna nie chodzi o większość. Ta wyborów unika. Tym bardziej nie chodzi o wspólnotę. Te wszystkie opowieści o jedności to zasłona dymna. Dobrze brzmią, do niczego się nie przydają. Jarosław Kaczyński, Andrzej Duda, Beata Szydło nie rządzą krajem, tylko jego częścią. Podobnie jak wcześniej Donald Tusk i Bronisław Komorowski. Reszta nie jest im do niczego potrzebna.

Połknęliśmy haczyk

Pamiętacie państwo czasy Leszka Millera? Był taki lewicowo-liberalny premier z SLD. Rządził między 2001 r. a 2004 r. Miał trochę zasług (zakończył negocjacje z Unią Europejską), wiele skandali korupcyjnych (najgłośniejsza to afera Rywina) i wielu wrogów. Jak to w polityce. Był też ostatnim premierem Polski. Rządził w czasach ostrego konfliktu, walka była zacięta, ale po jakie świństwa i podstępy strony by nie sięgały, z jakich dział nie strzelały do przeciwników, jednej zasady nikt nie podważał: demokratycznego wyboru Millera i jego praw do rządzenia. Wraz z nim to się skończyło. Po przejściowym premierze Marku Belce nastały w Polsce czasy półpremierów i półprezydentów.

Nie wiadomo, kto pierwszy na to wpadł. Może to Donald Tusk uznał, że jednym sposobem na zwycięstwo jest stworzenie dwóch narodów na jednej ziemi? A może Jarosław Kaczyński wykoncypował, że bez podległej tylko wodzowi części społeczeństwa nie zrealizuje własnego projektu politycznego? Pomysł był przerażający w skuteczności. Wydzielić wspólnotę, mającą jasno określone cele polityczne, gospodarcze i społeczne, świadomą swojego istnienia i wyznającą wspólne wartości. Pielęgnować ją i dokarmiać, by urosła w siłę. A potem, za jej pomocą, narzucić własny porządek.

Jak niby miałby ten kompromis wyglądać? Ta kompromisowa Polska? Co się znajduje między krajem, który znosi trójpodział władzy, a takim, w którym wyroki sądów, nawet te najbardziej nam nieprzyjemne, są respektowane? System, w którym respektuje się co drugi?

Połknęliśmy ten haczyk. Coś w nas takiego jest, że lubimy w kupie. Z zaciętymi ustami i nienawiścią na ustach rzuciliśmy się w wir walki. Przekonanie, że obok siebie, pod jednym dachem, mogą egzystować różne racje i wartości, zupełnie do nas nie przemawia. Obojętne, jakiej jesteśmy formacji, prawicowej czy lewicowej. Prawica swoje wie, racja i przykazania po jej stronie, a ewangelizacyjny rozkaz z samej góry poszedł, dalej więc rzuciła się nawracać. Lewica rozkojarzona, wiele srok chce trzymać za ogon, więc jej ta prawicowa urawniłowka nie w smak. Jak tu się dogadać? Na jakiej płaszczyźnie?

Aż dokonało się. Jeden kraj, dwa narody. Oto polska antypisowska, z wolnością jednostki i demokracją na sztandarach, widzi przyszłość w ścisłej integracji z Europą, wierzy w moc sprawczą jednostki i prymat obywatela nad państwem. I druga, z tradycją i narodem na ustach, nieufna wobec obcych, bo przez tych obcych wiele razy gnębiona, wierzy w moc sprawczą państwa i marzy o karzącej ręce sprawiedliwości. Nie da się rządzić, balansując między jedną a drugą. Trzeba wybrać.

Tusk miał swoje pół Polski, Kaczyński ma swoje. Obaj rządzili (rządzą) tak samo: hołubiąc własną, spychając na margines drugą. Te wszystkie „mohery”, „sekta smoleńska”, „pisiory” i „dorzynania watahy” służyły temu samemu celowi, co dzisiejsi „zdrajcy z KOD” i „drugi sort”. Budowie zamkniętej wspólnoty. W takiej układance nie ma miejsca na punkty styczne, więc najwyższe funkcje też mogą być tylko nasze albo wasze. Komoruski i Tusk-zdrajca. Marionetkowy Duda i takaż sama Szydło. Ja reprezentuję tych, a ja tych. Uznajemy tylko swoich, nie nasi to uzurpatorzy.

Problem estetyczny

Dziś mamy odrębne media, odrębne wartości, inną przeszłość i inne cele. Kompromisów żadnych nie będzie. Obie strony jeszcze udają, że w wojnie polsko-polskiej idzie o dogadanie się, ale to nieprawda. Idzie o to, która Polska którą Polskę zarżnie. Układanie relacji? Po co, jeśli można zmiażdżyć przeciwnika tak, by już się nigdy nie podniósł.

Jak zresztą niby miałby ten kompromis wyglądać? Ta kompromisowa Polska? Co się znajduje między krajem, który znosi trójpodział władzy, a takim, w którym wyroki sądów, nawet te najbardziej nam nieprzyjemne, są respektowane? System, w którym respektuje się co drugi? Co się znajduje między krajem, w którym największą agencję rządową – Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa – obsadza się tymi, którzy orne pola widzieli jedynie przez szybę samochodu, a krajem, w którym obsadza się co prawda też z klucza partyjnego, ale takich, co się znają. Jaki ma być ten kompromis? Ma się znać co drugi?

PiS nie odpuści. Nie może, nie potrafi, nie umie. To jego ostatnia szansa, by urządzić kraj po swojemu. Ale odpuścić nie może także druga strona, choć jeszcze nie chce przyjąć tego do wiadomości.

Dla przeciwników PiS radykalizm to problem estetyczny. Nie widzą się z tą gębą. Tacy europejscy, wykształceni, otwarci i oni mieliby jechać po bandzie? Tamtym, pisowcom, z radykalizmem do twarzy, ale nam? Buntują się wewnętrznie, bo tak zostali wychowani i w takiej kulturze się obracają. Na tym się znają. Usiąść do stołu, ponegocjować i znaleźć rozwiązanie.

Ale co w sytuacji, gdy przeciwnik kompromisu nie ceni, a tych, którzy o nim ględzą, uważa za mięczaków? Gorzej, przeciwników politycznych nie uznaje za byt wart istnienia, bo ma swoje pół Polski, które skoczy za nim w ogień, i tyle mu wystarcza do szczęścia? Rozmawiać nie ma o czym, negocjować nie ma czego. Czekać na lepsze czasy? A jeśli nie nadejdą?

To jest dziś największy dylemat opozycji: zachować cywilizacyjne standardy czy grać jak przeciwnik – bez skrupułów. Czy zaczepiającemu na ulicy bandziorowi tłumaczyć, uciekać, czy dać w mordę? Jeśli najważniejsze są portfel, ubranie i wypielęgnowana twarz, wiadomo – uciekać. Ale jeśli wartości? Chyba trzeba się bić i nie zastanawiać, czy wypada.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Reklama

  • xw(2016-03-18 13:31) Odpowiedz 40

    zarobki polityków, samorządowców dyrektorów prezesów pewna dobra pensja co miesiąc o to się biją i o nic innego, gdyby te stanowiska były wynagradzane przeciętnie albo jako praca społeczna to byłby święty spokój no ale zostałyby jeszcze łapówki

  • j.(2016-03-18 19:08) Odpowiedz 30

    Dramat polega na tym, że ku uciesze polityków, ludzie dają się wciągać w ich gierki i zostają fanatycznymi zwolennikami jednego, albo drugiego obozu wyrzekając się tym samym po części prawa do posiadania własnego zdania, no i nie potrafią przyjąć do wiadomości, że jedno zło zastąpiliśmy drugim, nieco innym, ale może jeszcze większym! Ja sobie pozwalam na krytyczną ocenę jednych i drugich. W III RP za "elitę" robiła zgraja cwaniaczków, którzy być może za komuny stali pod Pewexami i nawet dobrze nie potrafili wymówić "change money", ale za to umieli dobrze kantować, kręcić, chachmencić, wchodzić w układy, dawać w łapę (a jak było trzeba to i w mordę!) i to ich mieliśmy podziwiać, jak to doszli do fortun "ciężką pracą" i uznawać siebie za "nieudaczników", jeśli postanowiliśmy żyć z uczciwej pracy, a obszar biedy był ogromny! Wszechobecne układy, korupcja i przepisy (np. podatkowe pisane pod dyktando lobbystów, żeby ci cwaniacy mogli bezkarnie np. udawać Cypryjczyków, albo w inny sposób kiwać fiskusa i nas wszystkich!) Jedna wielka granda i nic dziwnego, że społeczeństwo powiedziało: "Dość!" Z TEGO JEDNAK NIE WYNIKA, ŻE MAMY CAŁKOWICIE POPIERAĆ TYCH, KTÓRZY TERAZ NAMI RZĄDZĄ I NIE WIDZIEĆ ICH BŁĘDÓW, W TYM BEZCZELNEGO ZAWŁASZCZANIA CAŁEGO PAŃSTWA DLA SIEBIE, CZYSTEK JUŻ PRAKTYCZNIE WSZĘDZIE (MOŻE BEDĄ CHCIELI TEŻ MIERNYCH, ALE WIERNYCH ZAINSTALOWAĆ W ZARZĄDACH PRYWATNYCH FIRM?...), LEKCEWAŻENIA KONSTYTUCJI I NAZYWANIA LUDŹMI GORSZEGO GATUNKU (CZY MOŻE NAWET... PODLUDŹMI!...), ALBO - MÓWIĄC JĘZYKIEM PRAWICOWYCH MEDIÓW - "ŚWINIAMI ODRYWANYMI OD KORYTA” WSZYSTKICH, KTÓRZY SIĘ Z NIMI NIE ZGADZAJĄ!!! To budzi jak najgorsze skojarzenia i mam nadzieję, że społeczeństwo się wreszcie w tym połapie i przestanie krzyczeć: "Brawo PiS!”. No, a że nie ma w tej chwili rozsądnej alternatywy, to jest niestety następny dramat, bo opozycja jest słaba, po części skompromitowana i wykonuje jakieś szalone ruchy, które ją jeszcze pogrążają. Może do następnych wyborów powstanie jakaś nowa partia, która nie będzie reprezentować interesów oligarchów, ale też nie będzie chciała wprowadzać zamordyzmu.... No cóż, pozostaje póki co pomarzyć...

  • Pan Murzyński - Filipiński(2016-03-19 00:17) Odpowiedz 22

    Wasza wizja medialno-polityczna Polski na szczęście daleko odbiega od rzeczywistości. Te mocno kreowane przez podziały na dwa narody to wasze chciejstwo,a nie fakt. Ta twarda "lemingowa" połowa Polski, podobnie jak ta "moherowa" to tak naprawdę 10 - 15 procentów wyborców. Biorąc pod uwagę że prawa wyborcze posiada ok 80% społeczeństwa, a połowa wyborców tradycyjnie wybory ma gdzieś, jest jeszcze daleko do podziału kraju. Większości ludzi wbrew nakręcanej spirali nienawiści nie przeszkadzają wcale czyjeś polityczne sympatie czy antypatie, bo jaką reakcję jak nie uśmiech mogą wywołać we mnie poglądy człowieka który "broni demokracji" ramię w ramię z demokratą Kaliszem? Równie dobrze demokracji może bronić z Fidelem Castro lub królową brytyjską. Podobnie jest z TK. Czy uważa pan, że większość społeczeństwa pasjonuje się sprawą Trybunału? Rozczaruję pana, większość obywateli jest tą sprawą śmiertelnie znudzona. Chcieliby aby ta sprawa się skończyła, nie mają pomysłu jak, ale chcą żeby ci którzy ten bajzel rozpoczęli zakończyli go. I o kim pan teraz pomyślał o PiS-ie? Platformie? Powiem panu o kim ja pomyślałem . O politykach! Oczywiście można kreować wizję strasznego PiS-u wyrzucającego całe rodziny "fachowców" z ARiMR i zatrudniających swoich. Naprawdę nie wie pan dlaczego ich wyrzucają? Przecież nie chodzi o to, że są z zSL tylko o to co robią (i czego nie robią) . I tak dotarliśmy do roztaczanej powszechnie wizji zwolennika obecnej opozycji jako kulturalnego inteligenta o szerokich horyzontach i wszechstronnych zainteresowaniach i półdzikiego pisowca. Dlaczego zatem wasze czyny i pomysły negują ten sielski obraz? Proszę sobie przypomnieć niejakiego Cybę... nie był pisowcem!

  • Bert(2016-03-19 14:15) Odpowiedz 13

    Panie Andrysiak, bredzisz pan. To nie jest ani wojna, ani połowy Polaków z drugą połową. To jest bolesny proces odbywany za pomocą kartki wyborczej, powrotu do elementarnych standardów moralnych takich jak : obiektywna prawda, uczciwość, poczucie odpowiedzialność za czyny, poczucie wspólnoty w rodzinie w osiedlu w państwie. Dzięki sowieckiej okupacji i polakom którzy ją wspierali i dzięki tej okupacji dorobili się kapitału, te wartości przez dziesięciolecia były stłamszone, a ludzie tym wartościom wierni byli prześladowani. Ale prawo naturalne, które głęboko tkwi w naturze ludzkiej i które zasadza się na tych podstawowych wartościach jest bardzo silne. I dziś, kiedy opresorem są już nie "tanki" tylko "banki" ta bardziej wyrobiona i świadoma część społeczeństwa prostuje plecy - i nie widać nic , co może ten proces zatrzymać. Zgniłki moralne wzbogacone na ludzkiej krzywdzie muszą się pochować do nor i albo uderzyć w pokutę albo w hańbie dożywać swoich dni.

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Prawo na co dzień

Galerie

Reklama