Musimy wymazać tego Wałęsę z naszej historii. To nasz wyrzut sumienia. Do szewskiej pasji doprowadza nas myśl, że to on, wraz z garstką niezłomnych, miałby nie poddać się beznadziei lat 80. i chłopskim sprytem, przebłyskami politycznego geniuszu i zrządzeniem losu rozegrać najważniejszą bitwę naszej ostatniej historii.
Jego arogancja i egocentryzm wciąż nam o tym przypominają. Dziś wolelibyśmy pamiętać, że to my, naród, obaliliśmy komunę. Podczas gdy naród robił wtedy w porty ze strachu, wycierając sobie gębę frazesami o bezpieczeństwie i trosce o rodzinę. Byle się nie wychylić.
Współpracował, to prawie pewne. Podpisał papier, spotykał się, pewnie chlapał na lewo i prawo, jak to on, zawsze szybciej mówi, niż myśli. Dokumenty z szafy Kiszczaka obejmują lata 1970–1976, ten okres mamy udokumentowany. Choć on sam twierdzi, że nigdy nie donosił, pewne jest, że kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa były. Ale co zdarzyło się dalej? Owo „dalej” jest tu najistotniejsze, jest sednem problemu, kto by sobie zajmował głowę czasami Gierka, gdy tu idzie o Walkę (uwielbiamy słowa z dużej litery, więc się dostosowuję).