Przed Unią stoi jednak kolejny, równie poważny kryzys, a mianowicie kryzys wiarygodności. Jeśli zgodziliśmy się we Wspólnocie co do tego, że musimy chronić wspólne wartości takie jak praworządność – zapisane zresztą w traktacie o Unii Europejskiej – to powinniśmy reagować za każdym razem, kiedy są zagrożone. Bez względu na to, czy ma to miejsce w Hiszpanii czy w Finlandii.

Na tak najbardziej podstawowej intuicji opiera się autorytet każdej instytucji. Sądu, bo za podobne występki karze w podobny sposób. Państwa, bo nie faworyzuje jednych względem innych. Wreszcie organizacji międzynarodowej, bo jeśli piętnuje, to wszystkich bez wyjątku i w podobnym tonie.

Gdyby bez wyjątku i w podobnym tonie piętnowano w Unii z powodu uchybień dla praworządności, to w jednym rzędzie razem z Polską powinny stać Węgry, Malta, Rumunia i Bułgaria. I nie chodzi o to – jak czasem spór z Komisją chce przedstawiać rząd – że Bruksela się na nas uwzięła. Wręcz przeciwnie, polski rząd solidnie zapracował na obecne położenie. Ale jeśli traktujemy poważnie wiarygodność UE jako projektu na płaszczyźnie aksjologicznej, to albo pod pręgierz trafiają wszyscy, albo nikt.

Oczywiście kurczowe trzymanie się tej zasady oznaczałoby, że Komisja weszłaby w ostry spór z jedną piątą państw Wspólnoty. Trudno to sobie wyobrazić. Alternatywa jest taka, żeby Polsce całkiem odpuścić, co na tym etapie także byłoby niełatwe. W efekcie trwamy w dziwnym rozkroku, w którym Bruksela nie może całkiem odpuścić, ale nie może też pójść na całość. Na czym cierpi jej wiarygodność.

Wracając do słów Monneta – kryzys wiarygodności także pozostawi po sobie ślad pod postacią jakichś rozwiązań. Prawdopodobnie przyjęte zostaną przepisy wiążące wypłatę środków unijnych ze stanem praworządności. Ocena mogłaby być dokonywana na zasadach podobnych, jak robi się to obecnie w przypadku wymiarów sprawiedliwości, czyli pod postacią „tablicy wyników”. Tylko czy aby na pewno przysłuży się to odbudowie wiarygodności?