statystyki

Pakistański dyplomata o USA „przyjaciel, który zawsze zdradza”

autor: Mariusz Janik21.01.2018, 20:00
islam , terroryzm

Pakistan to biedny kraj: jedynym dobrem, jakiego w nim nie brakuje, są chętni do chwytania za broń bojownicy. Takimi są choćby członkowie organizacji Laszkar-e-Dżangwi (Armia Dżangwi), zbrojnego ramienia jednej z sunnickich partii, które domagało się usunięcia z Pakistanu stanowiących 15-procentową mniejszość religijną szyitówźródło: ShutterStock

Wsadzenie kija w mrowisko – tak można podsumować decyzję Białego Domu o wstrzymaniu wsparcia finansowego i współpracy z Pakistanem. Daliśmy im bezmyślnie 33 mld dol. w ciągu ostatnich 15 lat. W zamian Pakistan nie dał nam nic poza kłamstwami i obłudą, traktując naszych przywódców niczym głupców” – zatweetował pierwszego dnia stycznia Donald Trump. „Za to zapewniał bezpieczną przystań terrorystom, na których polujemy. Koniec z tym!” – dorzucił prezydent USA.

Reklama


Waszyngton już wcześniej narzekał na niejasne układy między talibami i innymi radykałami a pakistańską armią, a w szczególności jej służbami wywiadowczymi ISI. W odróżnieniu od poprzedników Trump postanowił uderzyć pięścią w stół. Zapowiedział wstrzymanie wsparcia finansowego dla pakistańskiej armii, wartego ok. 2 mld dol. rocznie. Już trzy dni po gniewnym poście podtrzymano decyzję o zamrożeniu 255 mln dol., jakie przeznaczył na pomoc dla Islamabadu Departament Stanu.

Na reakcję Pakistańczyków nie trzeba było długo czekać. W Karaczi oraz Lahaur demonstranci spalili amerykańskie flagi i portrety Trumpa. Gabinet premiera Shahida Abbasiego wydał pełne oburzenia oświadczenie, podkreślając, że Islamabad nie chroni ekstremistów, a w antyterrorystycznej kampanii, jaką od 2001 r. prowadzą w regionie Amerykanie, zginęły tysiące pakistańskich żołnierzy. A szef dyplomacji oświadczył, że USA „to przyjaciel, który zawsze zdradza”. W ostatni weekend Abbasi postanowił odpowiedzieć ostrzej: na jego polecenie minister obrony Khurram Dastgir Khan ogłosił, że wstrzymuje wymianę informacji wywiadowczej z Amerykanami. Eksperci przewidują, że za tym może pójść kolejne obostrzenie – zamknięcie wiodących przez Pakistan szlaków, którymi USA dostarczają zaopatrzenie dla swoich żołnierzy w Afganistanie. Islamabad zrobił to już w 2011 r., w rewanżu za to, że pracujący dla CIA najemnik zastrzelił dwóch agentów ISI – blokada trwała wówczas prawie półtora roku.

Herszt na wolności

Pakistan to biedny kraj: jedynym dobrem, jakiego w nim nie brakuje, są chętni do chwytania za broń bojownicy. Takimi są choćby członkowie organizacji Laszkar-e-Dżangwi (Armia Dżangwi), zbrojnego ramienia jednej z sunnickich partii, które domagało się usunięcia z Pakistanu stanowiących 15-procentową mniejszość religijną szyitów. Grupa powstała w połowie lat 90. i niemal od pierwszych dni istnienia zaczęła realizować swoją misję: dokonując ataków na szyickie wioski i świątynie oraz na broniących szyitów polityków.

Wśród nich na ówczesnego (i późniejszego) premiera Nawaza Szarifa. W 1999 r. przypadkowy przechodzień odpalił ładunek wybuchowy założony pod mostem, którym miała przejeżdżać kawalkada aut z premierem – i całkowicie przypadkowo ocalił życie szefa rządu. Ledwie kilka tygodni później blisko miejsca, w którym miał lądować helikopter Szarifa, schwytano zamachowca – zwrócił na siebie uwagę tym, że nawet nie ukrywał granatnika przeciwpancernego, jaki przyniósł ze sobą na miejsce planowanego ataku. Nic więc dziwnego, że rząd w Islamabadzie rzucił do walki z Armią Dżangwi wszystkie służby, jakie miał do dyspozycji, a za głowę lidera grupy – Riaza Basry – wyznaczył nagrodę 5 mln rupii.

W rewanżu Basra dokonał niezwykłej demonstracji – przyszedł do biura premiera na jego dyżur poselski. Wmieszał się w tłum petentów, ustawił obok szefa rządu, a jeden z jego towarzyszy zrobił im zdjęcie. Trzy dni później odbitki wylądowały na biurkach pakistańskich dygnitarzy. Z dopiskiem „To takie proste”. W ciągu kolejnych dwóch lat pakistańska policja sześciokrotnie donosiła o tym, że udało jej się dopaść Basrę. W końcu – a i co do tego nie ma absolutnej pewności – lider Armii Dżangwi zginął w maju 2002 r., w strzelaninie w szyickiej wiosce, którą pacyfikowali jego ludzie.

Laszkar-e-Dżangwi to ugrupowanie, które USA akurat niezbyt wadzi, ale zmagania z nim pokazują absurdy pakistańskiej wojny z terroryzmem. Liderzy ruchu talibów bywają widziani nie tylko w odległych wioskach na pograniczu afgańsko-pakistańskim, ale też w metropoliach uchodzących za „alternatywne stolice” rebelii: Kwecie i Peszawarze, w portowym Karaczi, a nawet – o ironio – w uchodzącym za „miasto wojskowych” Islamabadzie.


Pozostało jeszcze 76% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Więcej na ten temat

Reklama


Artykuły powiązane

Reklama

Komentarze (1)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie