Miller przypomina dwa wielkie powitania na dworcu w Warszawie. W 1918 r. przybył w listopadzie Józef Piłsudski. Znane zdjęcie, które ilustruje ten fakt, to przekłamanie o tyle, że latami reprodukowane jako „powitanie Komendanta po powrocie z twierdzy w Magdeburgu” w rzeczywistości pokazuje przyjazd Piłsudskiego nie z Magdeburga, lecz z Krakowa, i nie w 1918, ale w 1916 r. W listopadzie tłumów nie było, za to było ciemno, zimno i pusto. Drugi wielki przyjazd to powrót Gomułki z Moskwy w listopadzie 1956 r. Z „radzieckimi towarzyszami” odbyły się rozmowy, z których wynikło, że „towarzysze polscy” będą budować komunizm bez interwencji wojskowej ZSRR.

Piłsudski w 1916 r. i Gomułka w 1956 r. przyjeżdżali do Warszawy z ważnym dla narodu projektem. Komendant – z projektem zaangażowania Polaków z zaboru rosyjskiego w koalicję z Niemcami i Austro-Węgrami. „Wiesław” z projektem wygaszenia nadziei niepodległościowych w zamian za PRL bez terroru. Donald Tusk żadnego porównywalnego planu z Sopotu nie wiózł. Trudno mieć o to do niego pretensję, w końcu ma posadę za granicą i nie będzie jej narażał z powodu kapryśnych przecież emocji witających go na peronie Polaków. Nasz były premier ma wiele uroku i niepośledni dar wypowiedzi. Nic z tego nie wyniknie poza niepokojem w Platformie Obywatelskiej. Nie wina to też Tuska (!), że wielu rodaków chciałoby go widzieć w roli wybawcy, roli, do której zagrania nie ma on akurat żadnej ochoty.