23-letni Quentin Deranque zmarł w wyniku pobicia (czy, jak określają to niektórzy komentatorzy, linczu), do którego doszło 12 lutego w Lyonie podczas chuligańskich starć prawicowych i lewicowych grup. Śmierć młodego aktywisty wywołała ogromne polityczne poruszenie we Francji, a głos w sprawie tragedii zabrali m.in. prezydent Emmanuel Macron oraz członkowie rządu Sébastiena Lecornu.
Śmierć Quentina Deranque'a wstrząsnęła Francją
Prowadzące w sondażach skrajnie prawicowe Zjednoczenie Narodowe (RN), a także niektórzy z ministrów obciążyli odpowiedzialnością za przebieg zdarzeń Francję Nieujarzmioną (LFI). Wśród zatrzymanych przez policję możliwych sprawców pobicia znalazły się bowiem osoby powiązane ze zdelegalizowaną, antyfaszystowską grupą Młoda Gwardia, o której ciepło wypowiadał się lider LFI Jean-Luc Mélenchon. Co więcej, do aresztu trafiło dwóch współpracowników posła LFI Raphaëla Arnaulta, który w 2018 r. był jednym ze współzałożycieli Młodej Gwardii.
Jordan Bardella i Marine Le Pen liczą, że kłopoty LFI doprowadzą do objęcia tej formacji kordonem sanitarnym, co pozwoli RN wejść do partyjnego mainstreamu na pełnych prawach. Z kolei Mélenchon potępił niedawny akt przemocy (choć nie odciął się od Młodej Gwardii), a lewicowe media przypomniały, że Deranque nie był jedynie „studentem matematyki zaatakowanym przez Antifę”, jak przedstawia go jego własne środowisko, ponieważ działał w organizacjach neofaszystowskich i nacjonalistycznych. Poza tym, jak podnosi radykalna lewica, wydarzenia, które rozegrały się w Lyonie, przypominały raczej bitwę dobrze przygotowanych bojówek, a nie jednostronny atak na uczestników pokojowego protestu zwołanego przez skrajnie prawicowy feministyczny kolektyw Némésis.
To, która strona opinii publicznej ma większą część racji, nie zwróci życia 23-latkowi. To pewne. Zdecydowanie trudniej odpowiedzieć natomiast na pytanie o konsekwencje tej tragicznej sprawy dla francuskiej polityki, i to nie tylko w kontekście marcowych wyborów samorządowych czy prezydenckich w przyszłym roku, bo spór o śmierć Deranque’a bardzo szybko przeniósł się z poziomu wewnętrznego na międzynarodowy. Ktoś powie, że doszło jedynie do umiędzynarodowienia debaty, ktoś inny, że to kolejny przykład tego, jak bardzo administracja Donalda Trumpa rozsmakowała się w toczeniu wojen kulturowych nie tylko na własnym podwórku, ale także w eksportowaniu ich na inne kontynenty.
Kushner nie docenił francuskiej gościnności
Zaczęło się od wpisu opublikowanego w serwisie X przez ambasadę USA we Francji, który tak naprawdę był kopią komunikatu biura ds. zwalczania terroryzmu Departamentu Stanu. „Brutalny ekstremizm lewicowy rośnie w siłę, a jego rola w śmierci Quentina Deranque'a pokazuje, jakie zagrożenie stanowi dla bezpieczeństwa publicznego. Będziemy nadal monitorować sytuację i mamy nadzieję, że sprawcy tych aktów przemocy zostaną pociągnięci do odpowiedzialności” – podkreśliło we wpisie kierownictwo amerykańskiej dyplomacji.
W ramach reakcji na te słowa francuski minister spraw zagranicznych Jean-Noël Barrot wezwał do siedziby swojego resortu ambasadora Charlesa Kushnera. Zdaniem Barrota incydent z Lyonu to kwestia wyłącznie wewnątrzkrajowa, a w kontekście przemocy Francja „nie ma żadnych lekcji do odrobienia, nawet gdy domagają się tego zewnętrzne siły”.
Ambasador w mało dyplomatycznym odruchu (wszak do dyplomacji wszedł dopiero co z branży deweloperskiej) postanowił jeszcze bardziej zaognić konflikt i nie stawił się na wezwanie, w wyniku czego szef MSZ obłożył go zakazem spotkań z innymi członkami francuskiego rządu. Odprężenie przyniosła dopiero rozmowa telefoniczna między ministrem a ambasadorem, z której propozycją miał wyjść Amerykanin.
Od chwili objęcia placówki w Paryżu w lipcu 2025 r. ojciec Jareda Kushnera, zięcia Trumpa, zdążył już wywołać jeden poważny dyplomatyczny zgrzyt za sprawą opublikowanego w „The Wall Street Journal” listu otwartego do Macrona. Na łamach dziennika Kushner skrytykował rządzących we Francji za niewystarczającą aktywność w obszarze walki z antysemityzmem, za co również został wezwany do pałacu przy Quai d’Orsay.
W werbalne przepychanki z władzami państw goszczących wdali się w ostatnich tygodniach również Bill White, ambasador USA w Belgii (tu również w tle był wątek antysemityzmu), oraz wysłannik Waszyngtonu do Polski Thomas Rose – w tym drugim przypadku poszło o odmowę poparcia kandydatury Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla. O ile tego rodzaju włączanie się ambasadorów USA do bieżączki politycznej w danym kraju nie jest niczym nowym, by wspomnieć tylko Georgette Mosbacher i tzw. ustawę lex TVN, trudno nie odnieść wrażenia, że w tych subtelnych ingerencjach coraz częściej chodzi nie tylko o rachunek ekonomiczny, ale także interes ruchu MAGA.