Na zjeździe CDU w Badenii-Wirtembergii zjawiła się była kanclerz i, sądząc po entuzjastycznej reakcji delegatów, wróżą jej oni dalszy ciąg kariery. Ale ten obrazek nie posłuży do popularnych ostatnio rozważań o potencjalnej nowej pracy Angeli Merkel w charakterze prezydent RFN. To raczej klucz do trwającej właśnie w Chinach wizyty kanclerza Friedricha Merza i odpowiedzi na pytanie o kontynuację w polityce wobec Państwa Środka.
Merkel i zwrot ku Chinom: od polityki do pragmatyzmu
Merkel zaczynała ostro. W 2007 r. przyjęła Dalajlamę w urzędzie kanclerskim mimo protestów i ostrzeżeń o „konsekwencjach” zarówno ze strony Pekinu, jak i własnego MSZ. Potem jednak weszła w klasyczny niemiecki rytm: kilkanaście wizyt, delegacje biznesu, fora przemysłowe i fora dialogu. A kryzysy finansowy i euro uruchomiły stary odruch: gdy eksport spada, szuka się tlenu w Chinach. Kulminacją chińskiej polityki Merkel był rok 2020, gdy Berlin przewodził Radzie UE i w ostatniej chwili dociskał kolanem unijno-chińskie porozumienie inwestycyjne. W tle była determinacja, by dowieźć ten projekt przed zaprzysiężeniem Joego Bidena na prezydenta USA. Było to jawne lekceważenie potrzeby budowania wspólnego frontu USA i UE wobec Chin. Umowa później utknęła, ale to działanie Merkel pokazywało, jak bardzo zmieniła swoje podejście do Państwa Środka. Fatalizm w czystej postaci – Chiny rosną w siłę, nikt i nic tego nie zatrzyma, trzeba się z tą nową światową potęgą jakoś ułożyć.
Potem jednak nastąpiła inwazja Rosji na Ukrainę i niemiecki przepis na Chiny miał się radykalnie zmienić. Kluczowym doświadczeniem RFN było bolesne zderzenie ze skutkami energetycznej zależności od rosyjskiego agresora. Wielu w Niemczech myślało, że po tym szoku jest tylko jedna odpowiedź na pytanie o granice zależności od państw autorytarnych: nie możemy już nigdy do tego dopuścić! Pojawiło się nawet hasło decouplingu, choć przyznajmy, że żyło tyle, co jętka jednodniówka, bo, jak to ładnie ujął szef koncernu Mercedes-Benz, ograniczenie współpracy z Chińczykami jest „nie do pomyślenia dla prawie wszystkich branż niemieckiego przemysłu”. Postawiono więc na de-risking, czyli po prostu zmniejszenie zależności.
De-risking tylko w teorii? Niemiecki biznes wybiera Chiny
Jednak zarówno niemieckie dane gospodarcze, jak i działania polityczne wskazują, że hasło to można znaleźć na razie w przemówieniach polityków. W tym samym czasie, gdy Berlin mówi „chrońmy się”, naciska też na hamulec. Emblematyczna była historia z unijnymi cłami na chińskie samochody elektryczne. Niemcy – pod presją własnej branży motoryzacyjnej – próbowały powstrzymać lub rozwodnić ich wprowadzenie, obawiając się chińskiego odwetu. Inny paradoks wygląda tak, że im bardziej ich przemysł przegrywa w Chinach jako mniej innowacyjny i droższy, tym bardziej rośnie pokusa, by… stać się częścią chińskiego ekosystemu – produkować, projektować i testować w Chinach; dla Chin i dla całego świata. Inwestycje niemieckich firm w Chinach osiągnęły w 2025 r. najwyższy poziom od czterech lat! Ale są i inne zatrważające zależności: w 2024 r. 92 proc. magnesów z metali ziem rzadkich pochodziło z importu z ChRL, a niemiecki deficyt handlowy wyniósł w 2025 r. ok. 90 mld euro i rośnie.
I tu wracamy do Merkel i Merza – choć różnią się wszystkim, to w polityce wobec Chin oboje mogą wylądować w tym samym miejscu. Tam, gdzie długofalowe myślenie strategiczne przegrywa z bilansem. Bilansem zysków i strat niemieckich koncernów. Szefowie 30 z nich są na liście pasażerów delegacji towarzyszącej kanclerzowi do Pekinu. Po powrocie Merza będziemy obserwować, czy strach przed retorsjami sparaliżuje decyzje polityczne i okaże się nie tylko wspomnieniem, ale i znakiem ciągłości. Jak kiedyś na Merkel, Chińczycy będą naciskać teraz na Merza, by przepchnął w UE umowę o wolnym handlu. I jak zawsze będą przedstawiać Państwo Środka jako wiarygodnego partnera. A za takim wszyscy tęsknią. ©℗