Proszę państwa, oto miś. Niemal jak z wierszyka Brzechwy, tyle że – miś berliński. Czarny w herbie tego miasta i kolorowy w setkach wersji na ulicach Berlina. Pytanie za sto punktów brzmi, czy w roku wyborczym miś poda łapkę chadeckiemu burmistrzowi, kiedy jesienią stolica znów pójdzie wybierać lokalny parlament. Czy raczej zachowa się jak włodarz tego miasta; zniknie w kluczowej chwili kryzysu, a potem będzie przekonywać, że to nic takiego.

W Berlinie po blackoucie ucierpieli nie tylko mieszkańcy, lecz także wiarygodność polityków

Burmistrz Kai Wegner najpierw opowiadał o całodniowym zarządzaniu kryzysem, a potem wyszło, że w środku awarii wyskoczył pograć w tenisa. Zadziwiająca jest ta skłonność działaczy politycznych do samozaorania w kluczowych momentach. W ramach karnawałowego konkursu zapraszam Państwa do przypomnienia sobie największych wtop polityków w czasie kampanii wyborczych. Mnie przed oczami stanęli od razu chadeccy kandydaci na kanclerzy, Armin Laschet przyłapany na śmieszkowaniu albo Edmund Stoiber i jego biały garnitur; obaj w trakcie tragicznych powodzi. A przecież na kryzysie można też wygrać i poprawić sobie reputację, czego dowodem był Helmut Schmidt. Tyle konkurs. Wróćmy do zimowego Berlina.

W bestsellerowym „Blackout” Marc Elsberg (polecam!) opisuje świat, w którym wystarczy precyzyjne uderzenie w infrastrukturę, by społeczeństwo cofnęło się do walki o przetrwanie; o wodę, ciepło, leki i informacje. Berlin na początku stycznia dostał wersję demo tej apokalipsy; przy minusowych temperaturach, z obrazkami jak z dystopii i z politycznym skandalem w tle. 3 stycznia, w mroźny sobotni poranek, spłonęły kable wysokiego napięcia zasilające południowe, gęsto zaludnione dzielnice miasta. Prąd zniknął z 45 tys. gospodarstw domowych – to tak, jakby nagle wyłączyć cały Rzeszów albo Gdynię. W środku zimy, w europejskiej stolicy, zgasło światło, wystygły kaloryfery, padły sieci komórkowe, a szpitale przeszły na zasilanie z agregatów. Gdy po kilku dniach (sic!) prąd zaczął wracać, ulga szybko ustąpiła wściekłości. Okazało się, że to precyzyjny sabotaż, a do podpalenia przyznała się skrajnie lewicowa organizacja, która w swoich manifestach walczy z paliwami kopalnymi i „sabotuje system”. Wejście do gry prokuratury federalnej i oskarżenia o atak terrorystyczny na infrastrukturę krytyczną brzmią tak groźnie, że nawet pierwotni pomysłodawcy grupy działającej od 2011 r. dystansowali się od tego sabotażu.

Berlin nie jest przypadkową sceną dla takiego aktu. To miasto, w którym radykalna lewica ma długą tradycję polityki uprawianej na ulicy i przez ulicę, choćby w trakcie corocznych zamieszek pierwszomajowych. Podpalanymi samochodami nikt się już tak bardzo nie przejmuje, teraz szokuje fizyczna agresja wobec strażaków, policjantów czy sanitariuszy pogotowia. Niemiecki kontrwywiad w raportach za 2024 r. wskazywał na wyraźny wzrost przestępstw motywowanych lewicowym ekstremizmem (prawie 6 tys.) oraz rosnący potencjał grup skłonnych do przemocy. Zresztą przestępstw definiowanych jako prawicowy ekstremizm odnotowano w RFN wielokrotnie więcej i tu również są duże wzrosty. A przecież do rozważenia jest także inny wątek, który w Warszawie brzmi aż nadto znajomo: wojna hybrydowa i pytanie, gdzie dziś przebiega granica między pożytecznym idiotą a świadomym wykonawcą czyichś instrukcji.

Rok 2026 będzie bardzo trudny dla niemieckich polityków

W takiej atmosferze kłamstwo i głupia zagrywka – nomen omen – burmistrza tenisisty Kaia Wegnera jest obciążeniem strategicznym. Zaszkodzi mu w wyborach, jeśli w ogóle dotrwa on do wrześniowego głosowania, bo CDU może zacząć kalkulować, czy opłaca się bronić narracji o kryzysie zarządzanym z telefonu.

Generalnie rok 2026 będzie bardzo trudny dla niemieckich polityków. Nieprzemyślana decyzja, niekorzystne zdjęcie, głupia odzywka – choć to niesprawiedliwe – mogą zaważyć na (re)elekcji, a nawet całej karierze. Maraton pięciu wyborów do parlamentów krajów związkowych zacznie się już w marcu od Badenii-Wirtembergii, potem Nadrenia-Palatynat, Saksonia-Anhalt oraz Berlin i Meklemburgia-Pomorze Przednie. A należy pamiętać, że w RFN to nigdy nie są tylko lokalne głosowania, bo każda landowa kampania jest równocześnie plebiscytem na temat kondycji federacji i wciąga w elekcyjny wir najważniejszych polityków w państwie. Łącznie z kanclerzem. Niemcy już teraz narzekają na utratę sprawstwa i na państwo, które nie dowozi podstaw. W takim klimacie każdy kolejny blackout, nawet lokalny, staje się awarią umowy społecznej. Wschodnie landy – z Saksonią -Anhalt na czele, gdzie poparcie dla AfD sięga 40 proc. – mogą zafundować Niemcom polityczny ból głowy, jeśli nie rewolucję.