Jest w „Cyberiadzie” Stanisława Lema bajka, w której Klapaucjusz i Trurl, dwie podróżujące przez kosmos myślące maszyny, napotykają niebezpiecznego Gębona. Zbójcę, którego charakteryzowała „łapczywość bezmierna wiedzy wszelakiej”. Duet konstruktorów pokonuje go, zasypawszy lawiną informacji, w żaden sposób niewyselekcjonowanych. Gębon dopadł do lektury i czytał: „że córka króla Petrycego z Labaudii zwała się Garbunda, i co jadł na drugie śniadanie Fryderyk II, król bladawców, nim wojnę wypowiedział Gwendolinom, i ile powłok elektronowych liczyłby sobie atom termionolium, gdyby taki pierwiastek był możliwy”. W tym czasie Klapaucjusz i Trurl bezpiecznie odlecieli.
Jeffrey Epstein kupuje „Dekalog” Kieślowskiego...
Człowiek wolałby się utożsamić z tym mądrzejszym bohaterem, a jednak w sprawie Epsteina przypadła nam rola Gębona. W ostatnim tygodniu mogliśmy się bowiem dowiedzieć, że Jeffrey Epstein zamówił „Dekalog” Kieślowskiego w sklepie internetowym, co sądził o katastrofie smoleńskiej i że wiedział z wyprzedzeniem, kto dostanie Oscara za rolę męską w 2011 r.
Odtajnienie akt sprawy nowojorskiego milionera, przegłosowane w Kongresie jeszcze w listopadzie 2025 r., miało zahamować spekulacje i niestworzone plotki trafiające rykoszetem w przeróżnych ludzi, środowiska lub podkopujące zaufanie do państwa. Tymczasem teorii spiskowych jest dziś tyle samo albo i więcej.
Niby wiemy o Epsteinie już bardzo dużo, grzebiemy mu w koszu z bielizną, patrzymy, jakie miał meble w mieszkaniu, z kim jeździł na wakacje, a wciąż jakby nie wiemy nic. Może był agentem FSB, a może Mosadu. Może kogoś szantażował, ale może nie. To, że był stręczycielem i handlował ludźmi, było wiadomo już od 2008 r., bo sam się do tego przyznał przed sądem. Że był bogaty i znał możnych tego świata – wiedzieliśmy jeszcze wcześniej. Oczywiście wokół afery dzieją się rzeczy istotne. Politycy podają się do dymisji (choć przyznajmy, że raczej drugoplanowi), a rodzinami królewskimi w Europie wstrząsają kolejne skandale. Dziennikarze ślęczą nad udostępnionymi plikami, próbując coś z nich wyłuskać, ale największą pożywkę dostały portale społecznościowe, gdzie mnożą się mniej lub bardziej prawdziwe narracje i fake newsy.
... a Ghislaine Maxwell ubiera pieska w zimowy kubraczek
Informacje pozbawione struktury, uporządkowania, komentarza i kontekstu nie pomagają dotrzeć do prawdy ani przejrzeć spisku. Proszę samemu wejść na stronę internetową Justice.gov/epstein, gdzie osobiście można przejrzeć owe trzy miliony stron akt. Obok takich elektryzujących materiałów jak zdjęcia Epsteina w basenie z Billem Clintonem znajdziemy też takie, na których nie widać nic – poruszoną fotografię z ciemnej sali, w której pali się zabytkowy kandelabr. Albo Ghislaine Maxwell, partnerkę i wspólniczkę Epsteina, wkładającą zimowy kubraczek swojemu pieskowi.
Być może utrwalone na zdjęciach i filmach przestępstwa jeszcze ujrzą światło dzienne, podobnie jak potwierdzenia przelewów i dowody na konszachty Epsteina z obcymi wywiadami. Ale na razie amerykańska administracja ocenzurowała w aktach to, co mogło zagrozić toczącemu się śledztwu lub godziło w prawa osób postronnych. Utajniła też materiały audiowizualne obrazujące pornografię, przemoc, przestępstwa wobec dzieci itp. Czyżbyśmy zatem dostali wszystko, co w gruncie rzeczy było drugorzędne dla sprawy? Departament Sprawiedliwości USA nakarmił żądnego prawdy i tajemnic Gębona stosami pomieszanych treści z życia jednego człowieka. „Po dzisiaj siedzi tak ów zbójca na samym dnie swoich śmieciar i śmietnic, górami papieru nakryty (…); i nie ma dlań ratunku, gdyż tak go srodze konstruktorzy ukarali za napaść zbójecką – chyba że się wreszcie kiedyś wstęga skończy, bo papieru zabraknie”.
Zamiast odpalić bombę, która przyniosłaby przełom, wrzucono ją na dno mętnego oceanu. Tam algorytmy już zrobią z niej „content”. ©℗