Europa kontra USA. Dwie reakcje na aferę Epsteina
Podczas gdy w Europie afera związana z miliarderem i przestępcą seksualnym Jeffreyem Epsteinem doprowadziła do politycznego trzęsienia ziemi, w Stanach Zjednoczonych jej konsekwencje pozostają ograniczone. Choć w ujawnionych dokumentach i mailach pojawiają się nazwiska z samych szczytów elit władzy i biznesu, Waszyngton zdaje się przechodzić nad sprawą do porządku dziennego.
Dobitnie pokazuje to sprawa sekretarza handlu Howarda Lutnicka. Choć przez lata twierdził, że po 2005 r. zerwał wszelkie kontakty z Epsteinem, ujawnione dokumenty wskazują na to, że jeszcze przez kilka lat utrzymywał z nim relacje, robił wspólne interesy, a nawet planował rodzinną wizytę na karaibskiej wyspie finansisty. Mimo coraz głośniejszych wezwań do dymisji Biały Dom konsekwentnie go broni, przekonując, że nagłaśnianie sprawy to „kolejna próba odwrócenia uwagi od osiągnięć administracji”. Na razie konsekwencje omijają także innych byłych i obecnych współpracowników Trumpa, takich jak Steve Bannon czy Elon Musk, a także znajomych Epsteina z drugiej strony sceny politycznej, w tym Billa Clintona.
Kontrowersje wokół ujawniania akt Epsteina
Wątpliwości budzi sposób ujawniania dokumentów przez Departament Sprawiedliwości. Demokraci uważają, że resort – celowo czy przez zaniedbanie – nie realizuje zapisów ustawy o przejrzystości akt Epsteina, podpisanej przez Trumpa w 2025 r. Do tej pory opublikowano jedynie fragmenty archiwów, a w części dokumentów nazwiska potencjalnych sprawców zostały zaczernione. Krytycy zwracają uwagę, że trudno to wytłumaczyć, skoro jednocześnie ujawniono nazwiska ofiar, które miały pozostać anonimowe. – Widziałem wiele nazwisk, które nie powinny być chronione – mówił demokratyczny kongresmen Jamie Raskin, który miał dostęp do niepublicznej części akt.
Kluczowe pozostaje pytanie o rolę samego prezydenta. Jego nazwisko pojawia się w dokumentach ponad 6 tys. razy, a liczne zdjęcia potwierdzają, że Trump i Epstein przez lata obracali się w tych samych kręgach towarzyskich w Nowym Jorku i na Florydzie. Sam Trump twierdzi, że przyjazną relację zakończył na początku XXI w., a Epsteina miał nawet wyrzucić ze swojego klubu Mar-a-Lago z powodu jego niewłaściwego zachowania wobec kobiet. Ujawnione materiały nie wskazują, by Trump uczestniczył w przestępczej działalności Epsteina ani by miał wiedzę o jego siatce. Demokraci podnoszą jednak pytanie, czy brak obciążających dowodów nie wynika z wybiórczego ujawniania dokumentów.
Pytania bez odpowiedzi. Demokraci naciskają, Trump ucina temat
– Czy opublikowano wszystkie materiały, w których pojawia się nazwisko Trump? – pytał lider Partii Demokratycznej w Senacie Chuck Schumer. Wątpliwości pogłębiła w poniedziałek oferta złożona prezydentowi przez prawnika wspólniczki Epsteina, Ghislaine Maxwell, który zadeklarował, że jego klientka jest gotowa złożyć pełne zeznania w zamian za ułaskawienie. Zasugerował przy tym, że jej relacja mogłaby oczyścić z podejrzeń zarówno Trumpa, jak i Clintona.
Trump konsekwentnie próbuje zamknąć temat. Z jednej strony przedstawia aferę jako spisek uknuty przez Demokratów przeciwko jego prezydenturze, z drugiej – powtarza, że „czas zająć się czymś innym”. Krótkoterminowo ta strategia może zadziałać. Tempo obiegu informacji przyspieszyło, wyborcy są coraz bardziej odporni na skandale, a media sprzyjające Trumpowi, z Fox News na czele, raczej chowają temat. Zwraca uwagę również powściągliwość „Washington Post”. Zbiega się ona ze zmianą kursu dziennika po decyzjach jego właściciela Jeffa Bezosa, oskarżanego o przebudowę gazety pod dyktando Trumpa.
Sprawa Epsteina może wrócić przed jesiennymi wyborami
Jak mówiła w podcaście DGP „Bliski świat” analityczka polityki amerykańskiej Magdalena Górnicka-Partyka, sprawa na pewno wróci jako broń polityczna ze względu na listopadowe wybory połówkowe. To temat z dużym potencjałem politycznym, a mnogość nazwisk w aktach sprawia, że jest pożyteczny dla obu stron sporu. – To sprawia, że każdy może rozpętać własne polowanie na czarownice i oskarżać tych drugich, zarówno Republikanów, jak i Demokratów – dowodziła Górnicka-Partyka. Na razie trudno ocenić skalę dalszych konsekwencji. Kongres dopiero rozpoczął analizę nieocenzurowanych dokumentów, internauci przeszukują miliony archiwów, a przesłuchania polityków jeszcze się nie zaczęły.
Pierwszym poważnym testem będą zeznania Hillary i Billa Clintonów przed kongresową komisją pod koniec lutego. Małżeństwo domaga się publicznej sesji, co mogłoby stworzyć precedens i zwiększyć presję na przesłuchanie kolejnych polityków, także Republikanów. Zdaniem Górnickiej-Partyki afera już teraz wywołuje głębsze skutki w amerykańskiej świadomości, podkopując pielęgnowany od dekad mit sukcesu. – Kiedy okazuje się, że jest on zbudowany na koszmarze innych ludzi – kobiet i dziewcząt – przestaje rezonować z amerykańskimi wartościami, zwłaszcza po stronie konserwatywnej – podkreślała analityczka.