Donald Trump, 47. prezydent Stanów Zjednoczonych, powołał w Davos w styczniu 2026 roku Radę Pokoju. Dokument założycielski podpisali przedstawiciele 20 państw. Organizacja ma nadzorować proces pokojowy w Strefie Gazy i rozwiązywać konflikty na świecie i w pewnym sensie stać się alternatywą dla ONZ. Wśród sygnatariuszy nie ma większości państw NATO, w tym Polski. Co ciekawe, nie ma wśród nich także Rosji. Państwa zainteresowane stałym miejscem w Radzie Pokoju mają wnieść wkład w wysokości miliarda dolarów za trzyletnie członkostwo. Dla mniejszych państw opłaty mają być niższe, na poziomie 200 mln dol.

Nienajlepszy klimat wokół Narodów Zjednoczonych

Atmosfera towarzysząca działalności Organizacji Narodów Zjednoczonych właściwie zawsze była nienajlepsza. Już na samym początku, podczas konferencji założycielskiej w San Francisco w 1945 roku, doszło do poważnych rozbieżności pomiędzy państwami małymi a „wielką piątką”. Chodziło o zwiększenie kompetencji Zgromadzenia Ogólnego ONZ i kwestionowano rolę wielkich mocarstw w kontekście zasady suwerennej równości państw dużych i małych. W rezultacie małe państwa musiały się podporządkować i ze zgłoszonych przez nie 1200 poprawek do projektu Karty Narodów Zjednoczonych przyjęto tylko jedną. Była to więc wymuszona zgoda, która doprowadziła do powstania organizacji, ale nie zamknęło to dyskusji wokół zasad jej powołania.

Warto w tym miejscu przytoczyć słowa ambasadora Polski w USA w czasie II wojny światowej Jana Ciechanowskiego: „Puste krzesło dla Polski podczas konferencji w San Francisco zaważyło w dużym stopniu na charakterze tego zgromadzenia. Było czymś przedziwnym i niezrozumiałym, że pod koniec zwycięskiej wojny światowej, na mocy jednostronnej decyzji zaaprobowanej przez demokratyczną Amerykę, Polska – jedno z państw sojuszniczych, które nigdy nie przestało być lojalne, wobec tego obozu i aktywnie wspierało go w działaniach wojennych – teraz została wykluczona ze zgromadzenia narodów zwołanego rzekomo po to, by uwzględnić zasady sprawiedliwości i demokracji w przyszłym systemie światowego bezpieczeństwa. Iluzoryczna «jedność» wielkich mocarstw, zdecydowanych zdominować cały powojenny świat, mozolnie nabierała kształtu za cenę odchodzenia od fundamentalnych zasad sprawiedliwości i demokracji, poświęcanych na ołtarzu tej wątpliwej «jedności»”.

W dalszych latach istnienia organizacji wciąż była ona krytykowana, i to nie tylko przez małe państwa.

Polskie spojrzenie na ONZ

W Polsce do czasu przełomu w 1989 roku nie publikowano żadnych krytycznych opracowań na temat ONZ. Według prof. Jana Sandorskiego, wybitnego specjalisty od prawa międzynarodowego, na ten stan rzeczy wpływ miało stanowisko polskiej dyplomacji, uznającej za przykładem Związku Radzieckiego, że dyskusja nad zmianami Karty NZ nie jest pożądana. Od czasu zaś zakończenia zimnej wojny, w trakcie której Zgromadzenie Ogólne nazywano „amerykańską maszynką do głosowania”, łagodniej już oceniano organizację w całości, ale nie szczędzono krytyki niektórym członkom. Pomysł Chruszczowa, który proponował zastąpienie jednego sekretarza generalnego „trójką”, właściwie nie wywołał już wielkich emocji.

Ciemne sprawy. Przypadek Kurta Waldheima

W organizacji niektóre sprawy były wyciszane, a opinia publiczna nie była o nich informowana w sposób właściwy, jak np. sprawa Kurta Waldheima, który przez dwie kadencje w latach 1972–1982 był sekretarzem generalnym ONZ, a zataił, że był członkiem SA (Sturmabteilung) odnotowanym w Centralnym Rejestrze Przestępców Wojennych. Okłamał członków ONZ, w tym Polskę. Jeszcze w 1985 roku pisano o nim w polskiej prasie jako o polityku o czystych rękach, który, ranny na froncie wschodnim, powrócił do Wiednia na studia i był niezłomnym rzecznikiem neutralności Austrii.

Tymczasem sprawa Waldheima rzucała niekorzystne światło na stosunki panujące w ONZ. Powstało naturalnie pytanie, jak mogło dojść do tego, że na tak eksponowanym stanowisku znalazł się człowiek, o którego przeszłości decydenci nie mogli nie wiedzieć. Ujawnienie tej historii spowodowało, że prezydent Republiki Austriackiej stał się persona non grata i otrzymał zakaz wjazdu do USA. I tak według raportu CIA z „oddanego przyjaciela Stanów Zjednoczonych, bardzo chętnego do współpracy i pomocnego w promowaniu interesów USA”, jako sekretarz generalny ONZ, a potem profesor dyplomacji na Uniwersytecie w Waszyngtonie, stał się osobą całkowicie zdyskredytowaną na arenie międzynarodowej.

Krytycyzm społeczeństwa amerykańskiego

W społeczeństwie amerykańskim od wielu lat panuje przekonanie, że ONZ istnieje dzięki hojności podatnika amerykańskiego, często jednocześnie występując przeciwko racji stanu USA. Tamtejsza prasa krajowa, a nawet naukowe opracowania już od lat 80. postulowały ukrócenie przywilejów oenzetowskich dyplomatów i ich rodzin, podnosząc przy tym zarzut szpiegostwa, a czasem pospolite przestępstwa kryminalne. Głośną aferą była w 1981 roku sprawa 19-letniego syna attaché w przedstawicielstwie Ghany przy ONZ, który dopuścił się wielokrotnych gwałtów, rozbojów i innych przestępstw, za które mógłby zostać skazany w sumie na kilkaset lat więzienia, ale immunitet dyplomatyczny spowodował, że został wypuszczony po 45 minutach od chwili aresztowania. Prasa w tamtym czasie rozpisywała się również o tym, że niektórzy dyplomaci parali się handlem narkotykami. Opisywano ponadto uciążliwe dla otoczenia pijackie wyczyny dyplomatów. Departament Stanu polecał w tamtym czasie oficerom policji, aby w razie ujęcia nietrzeźwego dyplomaty zapewniali mu miejsce, w którym mógłby dojść do siebie, a jeśli będzie w nieco lepszym stanie, to mieli go wsadzić do taksówki lub wezwać jego współpracowników.

Zły system?

Od powstania ONZ minęło ponad 80 lat i właściwie nic zasadniczo w tej organizacji nie uległo zmianie. W latach 80. Edmund Osmańczyk (autor „Encyklopedii ONZ i stosunków międzynarodowych”) pytał: „Po co istnieje Organizacja Narodów Zjednoczonych, skoro najważniejsza jej rola – strzeżenie pokoju świata – jest de facto od 40 lat w gestii wielkich mocarstw i one w rzeczy samej od 40 lat już lat nie dopuszczają do III wojny światowej, a równocześnie ich wewnętrzne spory obciążają świat supergigantycznymi zbrojeniami, których ONZ też nie potrafi zahamować ani zamrozić, ani oczywiście zmniejszyć?”.

41 lat po opublikowaniu tych słów można stwierdzić, że ONZ w obliczu wojny na Ukrainie nadal pozostaje bezradna. W związku z tym, że Rosja jest stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa i posiada prawo weta, organizacja nie ma żadnych możliwości wymuszenia zaprzestania agresji z jej strony i jest niezdolna do zatrzymania konfliktu zbrojnego. Pozostają jedynie rezolucje potępiające agresję Rosji i organizujące pomoc humanitarną. Nie istnieje również żaden mechanizm prawny wykluczenia Federacji Rosyjskiej z Rady Bezpieczeństwa ONZ. Wydaje się, że radykalna reforma organizacji jest pilna i niezwykle potrzebna. W 2023 roku, już po agresji Rosji na Ukrainę, wielu specjalistów wskazywało na potrzebę stworzenia innej organizacji, która byłaby zdolna do rozwiązywania podobnych problemów w przyszłości.

Plusy dodatnie i plusy ujemne

Na szczęście polityczny impas nie zamknął całkowicie możliwości niesienia pomocy w czasie działań wojennych na Ukrainie. Największym osiągnięciem ONZ była tam m.in. misja prowadzona wraz z Międzynarodowym Komitetem Czerwonego Krzyża, mająca na celu zapewnienie bezpiecznej ewakuacji cywilów z zakładów Azowstal w Mariupolu. ONZ poprzez swoje agendy koncentruje się na dostarczaniu żywności, opiece medycznej oraz ewakuacji z terenów przyfrontowych. W obliczu wciąż nasilających się rosyjskich ataków organizacja ogłosiła apel o wsparcie humanitarne dla Ukrainy w wysokości 2,3 mld dol. na 2026 rok. Kluczowym celem apelu jest sfinansowanie ewakuacji osób znajdujących się w bezpośrednim niebezpieczeństwie.

Niewątpliwym sukcesem ONZ są misje pokojowe, których dotąd przeprowadzono 79, a 11 z nich jest nadal aktywnych. Działania dla utrzymania pokoju są często bardzo trudne, a sukces niepewny i decydują o nim różne czynniki, poczynając od sytuacji geopolitycznej, a kończąc na zakresie mandatu udzielonego misji. Dodajmy, że siły pokojowe ONZ za swoje zasługi otrzymały w 1988 roku Pokojową Nagrodę Nobla.

Krytycy funkcjonowania ONZ podkreślają zaś od wielu lat, że zarówno ONZ, jak i międzynarodowe organizacje wyspecjalizowane obrastają agencjami specjalnymi. Każda z nich produkuje wielką ilość programów i projektów, a do tego tworzy się coraz więcej organów pomocniczych, komisji, podkomisji itd. Dlatego często brakuje pieniędzy na realizację konkretnej pomocy, ponieważ wszystkie zostały wydane na… zatrudnienie fachowców od rozwiązywania problemów. Diagnozy tego stanu rzeczy (stawiane od wielu lat) są jednoznaczne i wręcz brutalne. Po pierwsze, niewłaściwa ocena roli systemu Narodów Zjednoczonych w zaspokajaniu potrzeb państw członkowskich. Po drugie, brak koncepcji rozwoju tych państw. Po trzecie, brak efektywnych mechanizmów umożliwiających koordynację na szczeblu centralnym i lokalnym wysiłków poszczególnych agencji i organizacji. Po czwarte, brak metodologii pozwalającej na klasyfikację różnych rodzajów realizowanych projektów. Po piąte wreszcie, górnolotne oświadczenia i nierealne zamierzenia mające służyć iluzji, że ONZ zajmuje centralną i dominującą pozycję w stosunkach międzynarodowych. Tymczasem widać bardzo wyraźnie, że znaczenie organizacji jest w coraz większym stopniu ograniczone. I coraz częściej większą rolę w relacjach międzynarodowych odgrywają stosunki bilateralne.

Czy Rada Pokoju powołana przez prezydenta Trumpa ma jakiekolwiek szanse, żeby sprostać wyzwaniom współczesnego świata? W odpowiedzi można tylko przywołać biblijną zasadę z Ewangelii według św. Mateusza: „Po owocach poznacie ich”.