Nie sądzę, aby Trump już podjął decyzję o wojnie, ani też aby całkowicie z niej zrezygnował. Nie zdezaktualizowały się bowiem potężne dylematy. Po pierwsze, doktryna „no boots on the ground”, z którą obecny prezydent Stanów Zjednoczonych szedł do władzy, a która w ostatnich latach – na skutek bolesnych doświadczeń z Afganistanu i Iraku, a wcześniej z Wietnamu i kilku innych krajów – była też zinternalizowana przez poprzednich prezydentów. Chodzi w niej o to, że Ameryka może wspierać strony jakiegoś konfliktu, może nawet wykonywać uderzenia powietrzne na przeciwników swoich sojuszników, ale „robotę” wojskową na lądzie muszą wykonać inni. Bo zaangażowanie na pełną skalę amerykańskich sił lądowych grozi dużymi stratami ludzkimi, czego amerykańskie społeczeństwo nie zniesie. Ponadto bezpośredni udział wojsk USA utrudnia przerwanie amerykańskiego zaangażowania w konflikcie w momencie, w którym Waszyngton uznałby, że lepiej to zakończyć.
W przypadku Iranu – kraju ogromnego, a historycznie bardzo wyczulonego na zewnętrzną ingerencję, którego reżim w dodatku wciąż cieszy się pewnym poparciem istotnej części społeczeństwa – zastosowanie „boots on the ground”, czyli wysłanie żołnierzy US Army na miejsce konfliktu, byłoby podwójnie niebezpieczne. Ryzyko wdepnięcia w sytuację, w której trzeba byłoby albo brnąć w długą i krwawą wojnę bez jasnych perspektyw wyjścia, albo zdecydować się na coś, co łatwo byłoby odebrać jako poniżającą rejteradę, byłoby bowiem ogromne.
Atak na Iran: co na to Arabia Saudyjska i Turcja?
Po drugie, szerzej zakrojony (a nie tylko symboliczny) atak, a tym bardziej operacja lądowa, oznaczałby, iż cały ten newralgiczny dla świata i niespokojny region mógłby zdestabilizować się gwałtownie i całkowicie. Nie chce też tego większość istotnych graczy regionalnych, w tym również sojusznicy Ameryki, jak Arabia Saudyjska i Turcja. Uderzenie na Iran oznaczałoby wystąpienie przeciw ich interesom. A nawet Donald Trump nie uważa, że USA są tak potężne, by móc dobrowolnie wejść w sytuację całkowitej geostrategicznej samotności.
Po trzecie, ewentualna wojna z Iranem oznaczałaby bardzo silne zaburzenia na polu wewnątrzamerykańskim. A także – co dla Trumpa wielokrotnie ważniejsze – na poletku amerykańskiej prawicy, w samym jądrze ruchu MAGA. Przypomnijmy, że alt-prawica w Stanach Zjednoczonych zbudowała się m.in. na krytyce poprzednich administracji (Demokratów, ale też republikańskich neokonserwatystów) za wplątywanie Ameryki w odległe wojny, które nie przynosiły Stanom konkretnych korzyści. Były natomiast realizowane w abstrakcyjnych celach ideologicznych. Ameryka miała w ten sposób uprawiać nation-building – termin ten, w języku poprzednich administracji i ich krytyków, oznaczał misję demokratyzowania i polityczno-kulturowego westernizowania krajów odległych cywilizacyjnie od Zachodu. Czołówka środowiska MAGA i Trump osobiście obiecywali, że teraz z tym koniec. Tymczasem dziś prezydent pisze, że „jeśli władze Iranu, zgodnie ze swoim zwyczajem, strzelają do pokojowych demonstrantów i ich zabijają, to Ameryka przyjdzie im na pomoc”. Bardzo to przypomina retorykę nation-building. Już Marjorie Taylor Greene, wpływowa postać ruchu MAGA, parę miesięcy temu oskarżała Trumpa, że zdradza, bo hasło „America First” miało jej zdaniem znaczyć: dość egzotycznych wojen w abstrakcyjnych celach. Co zacznie się dziać w MAGA, jeśli prezydent rozpocznie właśnie taką wojnę?
Zatrzymać rozczarowanie Trumpem w środowisku MAGA
Oczywiście błyskawiczne i spektakularne zwycięstwo wprowadziłoby MAGA w patriotyczną gorączkę oraz znów wywindowało popularność prezydenta wewnątrz ruchu na niebotyczne wyżyny. Ale odniesienie takiego zwycięstwa jest, łagodnie mówiąc, nieoczywiste. A POTUS już wielokrotnie pokazał, że w takich sprawach jest więcej niż ostrożny.
W dodatku, mimo że sam Trump jest bardzo proizraelski, jego otoczenie jest związane z Izraelem szeregiem silnych więzów natury biznesowej, a wśród Republikanów tradycyjnie silną pozycję mają wszelkiego rodzaju chrześcijańscy syjoniści, traktujący wsparcie dla Izraela jako swój religijny obowiązek, to coraz większa część ruchu MAGA wykazuje postawy antysemickie i antyizraelskie. Ewentualne rozpoczęcie wojny z Iranem będzie w tych kręgach przyjęte jako działanie na korzyść i z poduszczenia Izraela. Co oznaczałoby zwiększenie rozczarowania prezydentem części MAGA-owców oraz intensyfikację politycznych procesów odśrodkowych w tym ruchu.
Wszystko to – przypomnijmy – mogłoby nastąpić w roku, w którym odbędą się „połówkowe” wybory do Kongresu. Wybory, w których i tak Republikanie z najwyższym trudem będą walczyć o zachowanie kontroli nad obiema izbami parlamentu. Utrata tej kontroli oznaczałaby zasadnicze ograniczenie politycznej sprawczości Trumpa na półmetku jego kadencji.
W naszkicowanej powyżej sytuacji prezydent ma sporo istotnych powodów, aby decyzję o ewentualnym uderzeniu na Iran rozważać długo i z wszystkich możliwych perspektyw. Sądzę, że w jego oczach bardzo poważnym argumentem na rzecz uderzenia byłaby realna nadzieja na to, że Amerykanom uda się dogadać z jakąś częścią obecnego aparatu władzy Republiki Islamskiej. Oni, za cenę uznania swoich rządów i niewspierania działalności irańskiej opozycji, skłonni byliby zmienić zagraniczną politykę Teheranu w kierunku łagodzącym sprzeczności z polityką amerykańską. W chwili obecnej brak jednak faktów mogących wskazywać na realność takiego obrotu spraw.