Wydarzenia z 3 stycznia 2026 r. z Caracas wstrząsnęły światem, przywołując duchy amerykańskiej interwencji w Iraku z początku XXI wieku. Komentatorzy, wskazując na wenezuelskie złoża ropy naftowej, stawiają pytanie: czy Donald Trump powtarza błędy George’a Busha juniora? Niesie hasła wyzwalającej demokracji liberalnej do kolejnego naftowego raju, aby ugrzęznąć w nim na dekady? Moim zdaniem te analogie są powierzchowne i po prostu błędne. Bo operacja przeciwko Nicolásowi Maduro to nie tyle „drugi Irak”, co powrót do klasycznej logiki Doktryny Monroego oraz Korelarium Roosevelta (Roosevelt Corollary), w myśl której Stany Zjednoczone obwieściły światu, że z konieczności przyjmują rolę „międzynarodowej policji”. W tym sensie zdarzenia sprzed kilku dni przypominają raczej specjalną operację zatrzymania gen. Manuela Noriegi w Panamie w 1990 r., aniżeli inwazję na Irak z 2003 r. Wydaje się, że jako narzędzie polityki zagranicznej zatrzymanie Maduro było wymierzone w Caracas, ale także w Pekin, Moskwę i Teheran – jako sygnał odstraszający.
3 stycznia 2026 r. w Caracas – bardziej Panama 1990 niż Irak 2003
Inwazję na Irak z 2003 r. z zatrzymaniem przywódcy Wenezueli łączy w zasadzie jedno: naftowe złoża w tle. Poza tym różni je właściwie wszystko. Irak leży na Bliskim Wschodzie, należy do cywilizacyjnego kręgu kultury islamu, a do tego poza bezpośrednią strefą wpływów USA. Wenezuela natomiast należy, w zasadzie od momentu swojego powstania, do klasycznej strefy wpływów Stanów Zjednoczonych – Ameryki Łacińskiej. Terenów, które od XIX stulecia objęte są Doktryną Monroego, uzupełnioną na początku XX wieku Implikacją Theodore’a Roosevelta.
Co więcej, inwazja na Irak odbyła się pod sztandarem neoliberalnego mesjanizmu i poszukiwania domniemanej broni masowego rażenia, z rzeczywistą ambicją przebudowy całego ładu regionalnego w duchu liberalnego internacjonalizmu. W interwencji w Caracas cel był dużo bardziej przyziemny i fragmentaryczny. Nie chodziło w pierwszym rzędzie o prawa człowieka, ale kluczowy był fakt, że na terytorium Wenezueli, a zatem na terytorium leżącym zaledwie kilka godzin lotu od Miami, przez blisko trzy dekady u władzy utrzymuje się narkoterrorystyczny reżim. Od lat ignorujący miękkie sugestie Amerykanów, a przy tym aktywnie wspierany przez konkurujące z USA państwa: Chiny, Rosję i Iran. Z tej perspektywy Wenezuela mogła być postrzegana jako przyczółek rywali Waszyngtonu, położony blisko granicy USA, a z całą pewnością w ich strefie wyłącznych wpływów.
Zarówno kontekst programowy (realizm Trumpa vs liberalny idealizm Busha jr.), jak i sam przebieg operacji budzą więcej skojarzeń ze słynnym desantem spadochronowym w Panamie za prezydentury Busha seniora. Atak zakończył się – dokładnie 36 lat wcześniej, 3 stycznia 1990 r. – zatrzymaniem gen. Noriegi, który podobnie jak Maduro oskarżany był o udział w międzynarodowej zmowie narkotykowej. Tym bardziej, że w obu przypadkach Waszyngton traktuje istotną osobę z aparatu władzy formalnie obcego państwa bardziej jako osobę prywatną. Wpływowego uzurpatora i przestępcę aniżeli pełnoprawnego reprezentanta lokalnej władzy.
Aby zrozumieć, dlaczego Caracas stało się idealnym celem tego rodzaju operacji, trzeba przypomnieć, jak wyglądało państwo, którym rządził Nicolás Maduro.
Wenezuela – surowcowy raj, społeczne piekło
Współczesna Wenezuela to dla wielu przykład dramatycznego zaprzeczenia polityki zdrowego rozsądku. Oto kraj dysponujący jednymi z największych złóż surowców na świecie, od dekad pozostaje jednym z najbiedniejszych. Wenezuela posiada największe złoża ropy naftowej, istotnie większe niż te w Arabii Saudyjskiej, i szóste co do wielkości rezerwy gazu ziemnego. Ponadto najbogatsze pokłady złota w Ameryce Łacińskiej, a jest jeszcze żelazo, boksyt, znaczące rezerwy diamentów. Co więcej, tzw. niebieskie złoto, czyli strategiczne minerały, niezbędne do produkcji nowoczesnych technologii: koltan i tor. Ma Wenezuela także doskonałe położenie geograficzne – z jednej strony basen rzeki Orinoko, gwarantujący jedne z największych zasobów słodkiej wody na świecie. Z drugiej strony łatwy dostęp do Karaibów i Atlantyku. Wszystko to w tropikalnej bioróżnorodności, z wysokim poziomem zalesienia.
Paradoksalnie te rozległe bogactwa Wenezueli nie przekładają się na dobrobyt obywateli. Chávezowska utopia przybrała szatę wzniosłych idei równości i sprawiedliwości zaczerpniętych z dziedzictwa Simóna Bolívara (1783-1830). Ideały te jednak nie wytrzymały konfrontacji z rzeczywistością, w praktyce topiąc kraj w nędzy, korupcji, hiperinflacji i innych przejawach chaosu, a przede wszystkim przemocy. Tylko podczas trzynastu lat (1999-2011) w czasach rządów Hugo Cháveza (politycznego mistrza Nicolása Maduro) w Wenezueli zamordowano ponad 146 tys. osób.
Po wnikliwy portret współczesnej Wenezueli odsyłam do książki napisanej jeszcze przed epoką Donalda Trumpa – w 2015 r. przez Wojciecha Ganczarka o znamiennym tytule „Upały, mango i ropa naftowa”. Autor, relacjonując kwestie przestępczości, zauważa, że blisko 150 tys. ofiar „to tak jakby zamordowano całą ludność Olsztyna czy Rybnika”. A te dane i tak nie są kompletne. Dlaczego? W ramach walki z przestępczością rząd Cháveza w 2007 r. zabronił publikowania podobnych statystyk. Kłania się infantylne porzekadło o stłuczeniu termometru, by ukryć gorączkę. Choć to nie tyle infantylizm, co wyrachowany paternalizm kolejnych autokratów rządzących Wenezuelą. „Ojciec narodu” ukrywa termometr, przekonując „dzieci-obywateli”, że gorączki już nie ma, bowiem w jego ocenie prawda może okazać się zbyt niebezpieczna dla nieprzewidywalnego ludu.
Napoleoński cień nad Ameryką Łacińską
W Europie dobrze znamy podobny sposób postępowania – to kwintesencja manipulacji Napoleona Bonapartego i jego wszechwładnego szefa policji Josepha Fouchégo. Polacy szczególnie pamiętają, jak Korsykanin cynicznie wykorzystywał legionistów Dąbrowskiego, choćby wysyłając w latach 1802–1803 ok. 5 tys. Polaków na Haiti do tłumienia buntu niewolników pod hasłami wolności, równości i braterstwa. Ponad 4 tys. Polaków zginęło, a blisko 400 zbuntowało się i dołączyło do Haitańczyków.
Ale jaki związek ma Napoleon z Wenezuelą? Większy niż powszechnie sądzimy. Poniżej wyjaśnię, że ten „napoleoński” sposób postępowania stał się fundamentem caudillizmu, który w Ameryce Południowej zasiał właśnie Simón Bolívar, a Chávez i Maduro następnie go pielęgnowali.
Kim był Simón Bolívar i jaką rolę odegrał w dziejach Wenezueli?
Zatrzymajmy się przy nazwie. Przed 1999 r. oficjalna nazwa tego państwa to Republika Wenezueli (hiszp. República de Venezuela). Ale w nowej konstytucji Hugo Cháveza z 15 grudnia 1999 r. dodano do nazwy przymiotnik „boliwariańska” dla ideologicznego podkreślenia dziedzictwa Simóna Bolívara. Co ciekawe, poprzednia, niejako klasyczna nazwa obowiązywała od 1830 r., kiedy to przeciwnicy Bolívara doprowadzili do jego rezygnacji (po tym, jak ten w 1828 r. ogłosił się dyktatorem). Można pokusić się o obronę tezy, że Simón Bolívar jak nikt inny uosabia sprzeczności nie tylko Wenezueli, ale całej Ameryki Południowej.
Urodził się w uprzywilejowanej, katolickiej i arystokratycznej rodzinie wywodzącej się z Hiszpanii. Do historii przeszedł jednak jako przeciwnik monarchy i ojciec Wielkiej Kolumbii, z której powstały współczesne republiki Wenezueli, Kolumbii, Ekwadoru, Peru oraz – nomen omen – Boliwii. Ze względu na swoje republikańskie hasła często określany jest mianem George’a Washingtona Ameryki Łacińskiej, co w mojej ocenie jest daleko idącym nadużyciem. Po pierwsze, Washington z własnej woli odrzucił propozycje dożywotniej władzy wykonawczej, wycofując się po dwóch kadencjach z urzędu prezydenta. Dzięki temu położył trwały fundament pod stabilną federację demokratyczną niezależnych od monarchy brytyjskiego Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Bolívar przeciwnie – wprowadził autorytarny centralizm o cechach dyktatury. Jego projekt polityczny rozpadł się w 1830 r., rodząc caudillizm i prowadząc do destabilizacji Ameryki Łacińskiej. Dlatego też bardziej adekwatne są porównania do kultu jednostki wspomnianego grabarza ideałów republikańskich na Starym Kontynencie – Bonapartego.
Notabene, w czasie swojej drugiej podróży do Europy, 21-letni Bolívar uczestniczył w koronacji Napoleona, co miało pozostawić w nim trwały ślad. Niespełna rok później sam miał złożyć w Rzymie przysięgę, że nie spocznie, dopóki nie zniszczy kajdan, którymi skuła jego Amerykę monarchiczna Hiszpania. Po 25 latach wojen pozostawił jednak po sobie inne od Washingtona dziedzictwo: dyktaturę, zamachy stanu, rozpad federacji. Na koniec sam zmarł w izolacji. Jego wzniosła przysięga skończyła się autorytaryzmem i oskarżeniami o „zaprzedanie kraju” i „zdradę”.
Bolívar, podobnie jak Napoleon, swój autorytet budował na charyzmie, militaryzacji kraju, inwigilacji obywateli, a także systemie klientelistycznemu i stworzeniu nowej, lojalnej wobec niego elity. Na samym końcu chodziło także o propagandę paternalizmu. Símon Bolívar to do dziś „ojciec narodu”, niczym Napoleon ogłaszający się „cesarzem wszystkich Francuzów”. Ten napoleoński schemat zyskał z czasem w Ameryce Południowej miano caudillizmu. Caudillo to hiszpański „wódz”, „przywódca wojskowy”, który jako charyzmatyczny dyktator zostaje uznany przez lud za „zbawcę narodu”. Analizując rządy Cháveza i Maduro, można złośliwie zauważyć, że być może ten specyficzny modus operandi stanowi w prozaicznej rzeczywistości najtrwalsze dziedzictwo Bolívara.
W rzeczy samej, nawiązując do ery rządów Hugo Cháveza, można wysunąć tezę, że model wodza i zbawcy narodu nie zakończył się w Wenezueli wraz z końcem epoki Bolívara. Hugo Chávez w 1992 r. przeprowadził pucz przeciw ówczesnemu prezydentowi Pérezowi, który jednak okazał się nieudany już po kilku godzinach i Chávez poddał się przed kamerami telewizyjnymi. Następnie założył partię polityczną i obiecał „rewolucję boliwariańską”. W jej wyniku to cnotliwy i bezpartyjny „lud”, na który składają się najbiedniejsi, niewykształceni i analfabeci, miał pokonać skorumpowane elity. W grudniu 1998 r. wygrał demokratyczne wybory przy rekordowo wysokiej, ponad 60-procentowej frekwencji, głównie głosami wyżej zdefiniowanego „ludu”. Na zwycięskiej fali doprowadził w 1999 r. do zmiany nazwy państwa na Republika Boliwariańska Wenezueli, wskrzeszając mit Bolívara, aby legitymizować własną despotyczną władzę.
Wenezuela na przełomie XX i XXI wieku: od obietnic do hiperinflacji
Początkowo Chávez odnosił nawet pomniejsze sukcesy, jednak w obliczu makroekonomicznych zmian i wahań cen ropy naftowej szybko ujawniły się patologie tego systemu: przejęcie kontroli nad władzą sądowniczą, korupcja, a w gospodarce hiperinflacja i nędza obywateli. Jak celnie puentuje Wojciech Ganczarek we wspomnianej książce „Upały, mango i ropa naftowa”: „winą za niedolę obywateli kraju o największych rezerwach ropy naftowej na świecie obarcza się «imperium», George’a W. Busha, Baracka Obamę, międzynarodowe koncerny, Hiszpanów i kolonizację, poprzedników politycznych, kosmitów, Marsjan, iguanę, no i oczywiście opozycję, która opiera się socjalistycznym zmianom, a nade wszystko czynnie działa w kontrrewolucyjnej konspiracji. Takie rzeczy podkreśla się na każdym kroku, co podsyca nienawiść i polaryzację, ostry podział społeczeństwa”.
Po śmierci Hugo Cháveza w 2013 r. „tron” obejmuje jego „polityczny syn” Nicolás Maduro, były kierowca autobusu, związkowiec po technicznej szkole średniej. Za jego urzędowania patologie osiągnęły apogeum: hiperinflacja, milionowa emigracja, głód, gangi kontrolujące Caracas, silna antyamerykańska propaganda w mediach państwowych, sojusze z Rosją, Iranem, Kubą i Chinami. Można zatem przewrotnie skonkludować, że Chávez i Maduro domknęli koło – z romantycznego mitu Bolívara uczynili ideologię tyranii, doszczętnie kompromitując Republikę Boliwariańską. Z jednym wyjątkiem: ich państwo stało się bezpieczną przystanią dla dilerów kokainy.
Narkopaństwo w strefie wpływów USA
Pamela Bondi, Prokurator Generalna USA (Attorney General) i oskarżyciel publiczny w administracji federalnej Donalda Trumpa, opublikowała oficjalne potwierdzenie zarzutów, które postawiono Nicolásowi Maduro, a także jego żonie Cilii Flores, synowi Nicolasito oraz innym osobom. Pierwotnie zarzuty ogłoszono jeszcze za pierwszej kadencji Donalda Trumpa, w marcu 2020 r., wraz z nagrodą w wysokości 15 mln dolarów za pomoc w zatrzymaniu Maduro. Administracja prezydenta Joe Bidena nigdy oficjalnie nie wycofała się ani z nagrody, ani z zarzutów. Przeciwnie, sam prezydent Biden na początku 2025 roku, przed przekazaniem fotela prezydenta Trumpowi, spotkał się w Białym Domu z Edmundo Gonzálezem Urrutią, zwycięskim kandydatem opozycji, potwierdzając uznanie go przez Waszyngton za prawowitego Prezydenta Wenezueli po wyborach z 2024 r. Podobnie postąpił Parlament Europejski, który uznał Urrutię za prawowitego zwycięzcę wyborów prezydenckich w styczniu 2025 r. USA następnie podwyższały nagrodę pieniężną do 25 mln dol., a potem jeszcze do 50 mln dol.
Z udostępnionych przez administrację Trumpa dokumentów wynika, że proceder wspierania i tolerowania korupcji, handlu narkotykami i ochraniania karteli narkotykowych trwa nieprzerwanie w Wenezueli co najmniej od 1999 roku. Maduro jeszcze jako szef MSZ miał organizować sprzedaż paszportów dyplomatycznych dilerom i organizować dyplomatyczne loty z narkodolarami z Meksyku. Departament Stanu USA oszacował, że tylko do 2020 r. przemycano przez Wenezuelę od 200 do 250 ton kokainy rocznie. Wykorzystywano w tym celu transport morski, ale także lotniczy poprzez tajne pasy startowe lub lotniska pod kontrolą skorumpowanych urzędników. Na każdym etapie – od producentów substancji w Kolumbii przez transport w Wenezueli i punkty tranzytowe na Karaibach oraz w Ameryce Środkowej (Honduras, Gwatemala, Meksyk) aż po redystrybucję – dilerzy się bogacili i opłacali swoich protektorów. Cały czas płacili politykom za ochronę, podczas gdy ci wzmacniali swoją władzę dzięki pieniądzom pozyskanym z kokainowej działalności przestępczej. Narkotyki zaś trafiały do odbiorców w USA.
Wybory z 2018 roku. Świat uznaje Guaidó, a nie Maduro
Należy przypomnieć, że w istocie mandat Maduro z 2018 r. również nie był uznawany przez większość krajów z naszego kręgu cywilizacyjnego. Wówczas władze Wenezueli nie dopuściły do wystawienia wspólnego kandydata opozycji, w związku z czym wybory powszechnie uznano za nierówne. Maduro ogłosił się zwycięzcą, jednakże niemal wszystkie państwa Unii Europejskiej, w tym Polska, nie uznały prawidłowości przeprowadzonego głosowania. USA wezwały do rozpisania wolnych i równych wyborów oraz uwolnienia więźniów politycznych. Zgromadzenie Narodowe Wenezueli powołało się bezpośrednio na konstytucję i ogłosiło, że Maduro nie jest legalnym prezydentem, co oznaczało, że obowiązki głowy państwa przejąć miał tymczasowo – do czasu zorganizowania wolnych wyborów – Juan Guaidó, wówczas przewodniczący Zgromadzenia Narodowego. Ponad 50 krajów, w tym Stany Zjednoczone, Polska i inne państwa członkowskie UE, uznało tymczasowy mandat prezydencki Juana Guaidó, odmawiając uznania Maduro za prezydenta.
Wtedy to, dokładnie 23 stycznia 2019 r., Nicolás Maduro ogłosił zerwanie stosunków dyplomatycznych z USA – dokładnie po uznaniu Guaidó za tymczasowego prezydenta Wenezueli przez Donalda Trumpa.
Z kolei Chiny były jednym z nielicznych państw, które uznały Maduro zarówno w 2019 roku po sytuacji z Guaidó, jak i po sfałszowanych wyborach 2024 roku. Symboliczne, że Maduro spotkał się z chińską delegacją 2 stycznia 2026 r. w Pałacu Prezydenckim Miraflores w Caracas. Spotkanie z Qiu Xiaoqim, specjalnym wysłannikiem Xi Jinpinga do spraw Ameryki Łacińskiej, trwało kilka godzin i miało potwierdzić strategiczne partnerstwo obu krajów. Maduro opublikował nawet nagranie na Telegramie, tuż przed zatrzymaniem przez oddziały amerykańskie w nocy z 2 na 3 stycznia.
Maduro to nie Zełenski!
W świetle tych wszystkich nieprawidłowości, doszukiwanie się analogii w statusie prawnym Wenezueli i Ukrainy oraz zestawianie sytuacji Nicolása Maduro i Wołodymira Zełenskiego jest błędne. Zełenski wygrał demokratyczne wybory w kwietniu 2019 r., zdobywając 73 proc. głosów w drugiej turze. To zwycięstwo cieszyło się uznaniem ponad 140 państw z całego świata, w tym wszystkich kluczowych krajów ONZ, UE czy NATO. Ten szeroki konsensus międzynarodowy podkreśla legalność jego przywództwa w obliczu rosyjskiej agresji, bez żadnych sankcji czy kwestionowania mandatu do sprawowania władzy w Kijowie. Żadne państwo nie zgłosiło zastrzeżeń, a wizyty prezydenta Ukrainy w Waszyngtonie, Brukseli czy Warszawie potwierdzały ten status. Ten konsensus ponad 140 państw stanowi mur obronny przed narracjami podważającymi jego pozycję.
Natomiast Wenezuela pod rządami Nicolása Maduro stała się kluczowym sojusznikiem Rosji, Chin i Iranu w walce z wpływami USA. Te państwa tworzyły dla Caracas wielowymiarowy system wsparcia – wojskowego, ekonomicznego i dyplomatycznego – który umożliwił reżimowi przetrwanie sankcji i wewnętrznych kryzysów. Rosja odgrywała rolę militarnego parasola ochronnego i dostarczyła Wenezueli nowoczesne uzbrojenie, zaś oba kraje zawarły strategiczny pakt wojskowy, który Kreml ratyfikował jesienią 2025 r. Chiny z kolei zapewniły Wenezueli istotne wsparcie finansowe,udzielając jej pożyczek na kwotę 60 mld dol. w zamian za ropę naftową. Zainstalowali też w południowoamerykańskim kraju technologie Huawei oraz radary wczesnego ostrzegania. W październiku 2025 r. Maduro skierował do Xi Jinpinga apel o „pogłębioną współpracę wojskową" przeciwko zagrożeniu ze strony USA. Wreszcie Iran dostarczał drony, zagłuszarki GPS oraz systemy wykrywania satelitów. A przy tym rafinował wenezuelską ropę na skalę 5 mln baryłek miesięcznie, korzystając z sieci tankowców zmieniających bandery, wyłączających transpondery AIS i używających podrobionych dokumentów do omijania sankcji nałożonych przez USA na reżim Maduro.
Te sojusze umożliwiły Maduro przetrwanie dekady sankcji, izolacji międzynarodowej i kryzysu gospodarczego. Rosja dawała ochronę militarną, Chiny – finansową stabilność, Iran – wojskowe technologie.
Powrót do „Grubej pałki” Roosevelta i Doktryny Monroego
Ten polityczno-prawny schemat nie pojawiał się w przypadku inwazji na Irak z 2003 r. Wydarzenia z Caracas z pierwszych dni 2026 roku wpisują się bardziej w zapowiadany powrót do szeroko rozumianej Doktryny Monroego, a precyzyjniej – w kształcie nadanym jej przez Theodore'a Roosevelta i jego dyplomację „Grubej pałki”. Na tym tle słowa obecnego szefa Pentagonu, Pete’a Hegsetha, odsłaniają ramę ideową, w jakiej Waszyngton interpretuje zarówno agresję Rosji wobec Ukrainy, jak i sytuację w Wenezueli: realizm zamiast liberalnego idealizmu.
To, czy operacja w Caracas okaże się dla Amerykanów sukcesem czy też początkiem nowego strategicznego przeciążenia, zależy jednak nie tylko od losów Wenezueli, ale od tego, jak długo Waszyngton będzie w stanie łączyć realistyczną politykę w regionie z rywalizacją z Chinami, Rosją i Iranem na innych frontach. A to będzie miało naturalne konsekwencje dla naszej, polskiej racji stanu.