Campolo mieszka niedaleko miejsca tragedii. Gdy tylko zorientował się, że w klubie wybuchł pożar, nie czekał na rozwój wydarzeń. Chwycił gaśnicę i pobiegł w stronę lokalu. Na miejscu dołączył do innych osób, które próbowały wydostać uwięzionych gości. Ogień i dym narastały z minuty na minutę, a widoczność była skrajnie ograniczona. Dla wielu obecnych w środku jedyną szansą było natychmiastowe wyciągnięcie ich na zewnątrz.
Decydujące znaczenie miała znajomość budynku. Campolo wiedział, gdzie znajduje się tylne wyjście – to właśnie tam, jak relacjonował później, rozgrywały się najbardziej dramatyczne sceny. Ludzie, często bardzo młodzi, krzyczeli o pomoc w różnych językach. Panika narastała, a warunki uniemożliwiały normalne wejście do środka.
– Tam nie można było normalnie wejść, zaledwie metr, dwa od drzwi zaczęliśmy wyłapywać znajdujące się tam osoby i je wyciągać na zewnątrz – powiedział Campolo, leczony obecnie w szpitalu w Sion.
Akcja ratunkowa przy tylnym wyjściu klubu
Relacja Włocha pokazuje, jak blisko granicy wytrzymałości fizycznej i psychicznej działali ratownicy-amatorzy jeszcze przed pełnym rozwinięciem akcji służb. Dym był tak gęsty, że powodował natychmiastowe duszności i pieczenie oczu. Każde kolejne wejście w strefę zagrożenia oznaczało ryzyko utraty przytomności.
Campolo wraz z innymi osobami dosłownie „wyłapywał” ludzi znajdujących się tuż przy drzwiach. Chodziło o sekundy. Jak wyjaśnił, łącznie udało się wyciągnąć z płonącego lokalu co najmniej 20 osób. Wśród nich znalazł się narzeczony córki jego partnerki – człowiek bardzo mu bliski.
– On jest w szpitalu, chyba w Bazylei – zaznaczył.
Mężczyzna trafił do placówki w Bazylea, podobnie jak wielu innych ciężko rannych, którzy wymagali specjalistycznej opieki medycznej.
Ofiary pożaru i obrazy, które zostają na zawsze
Najbardziej wstrząsające są obrazy, które Campolo nosi w pamięci. Podkreślał, że wiele z uratowanych – i tych, którym nie zdołano pomóc – miało bardzo poważne obrażenia. Dominowały ciężkie poparzenia głowy i górnych partii ciała, co wskazuje na gwałtowny charakter pożaru i ekstremalne temperatury panujące wewnątrz lokalu.
– Mam przed oczami obraz wielu osób ciężko poparzonych – dodał.
Bilans tragedii jest dramatyczny: około 40 ofiar śmiertelnych oraz 119 rannych, z czego blisko 100 osób odniosło ciężkie obrażenia. Dane te potwierdzają skalę katastrofy i tłumaczą, dlaczego akcja ratunkowa była jedną z największych w ostatnich latach w regionie.
Szpital w Sion i stan zdrowia bohatera akcji
Sam Campolo zapłacił wysoką cenę za swoją odwagę. Podczas wielokrotnych prób ratowania ludzi wdychał ogromne ilości dymu. To doprowadziło do poważnego podrażnienia dróg oddechowych i konieczności hospitalizacji. Obecnie jest leczony w szpitalu w Sion, gdzie lekarze monitorują jego stan.
Szwajcarskie media jednoznacznie określają go mianem bohatera. On sam unika wielkich słów, skupiając się na faktach i losach osób, które udało się uratować. Wspomina także o tych, którym pomóc się nie dało – i o poczuciu bezsilności wobec ognia, który rozprzestrzeniał się szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał.
Żałoba narodowa w Szwajcarii po tragedii w Alpach
Po pożarze ogłoszono żałobę narodową w Szwajcaria. Flagi opuszczono do połowy masztu, a w wielu miastach odbyły się chwile ciszy ku pamięci ofiar. Tragedia w Crans-Montana stała się tematem ogólnokrajowej debaty o bezpieczeństwie w obiektach rozrywkowych, procedurach ewakuacyjnych i odpowiedzialności właścicieli lokali.
W tle dramatycznych statystyk pozostają jednak indywidualne historie – takie jak ta, że córka partnerki Campolo uniknęła tragedii tylko dlatego, że została dłużej u matki. Jak podkreślano, uratowało ją świąteczne panettone, które postanowiła z nią zjeść. Ten drobny, codzienny wybór zadecydował o życiu.