Reklama
Na ile organizacje pozarządowe mogą być dziś aktywne w kwestii osób pozostających na polsko-białoruskiej granicy?
Stan wyjątkowy w przygranicznych gminach nie zamknął tej sprawy. Wciąż zaangażowanych jest m.in. osiem podmiotów wchodzących w skład konsorcjum organizacji społecznych działających na rzecz imigrantów i uchodźców. Część przedstawicieli naszej organizacji przebywa w tym rejonie już co najmniej trzy tygodnie. Wprowadzony stan wyjątkowy uniemożliwił przebywanie na jego obszarze, jednak wciąż prowadzimy działania z poziomu gmin ościennych. Chcemy pomagać, a także zbierać informacje, choćby na wypadek gdyby ktoś szukał ludzi, którzy przebywają w lasach. Dzięki wcześniejszym możliwościom obserwowania sytuacji z bliska w wielu przypadkach organizacje nadal są w kontakcie z tymi ludźmi. Wiele działań opiera się na współpracy z miejscową ludnością. Mieszkańcy z obszarów stanu wyjątkowego pomagają wwozić jedzenie czy odzież oraz przekazywać je potrzebującym. Widzą, że osoby zmuszone do przebywania w lesie są wyczerpane i głodne.
Dlaczego osoby przebywające przy zielonej granicy nie udadzą się do legalnych przejść?
Z tego, co wiemy, władze białoruskie uniemożliwiają im wycofanie się w głąb kraju. Zostali rzuceni w zupełnie obce sobie miejsce. W dodatku przebywają w puszczy, gdzie część terenów to bagna. Większość tych osób nie spotkała się nigdy z takim ukształtowaniem terenu, niekiedy więc przejście kilkuset metrów to kwestia kilku godzin. Nic zatem dziwnego, że zdarzają się wypadki wpadnięcia w bagna, o czym wspominała zresztą Straż Graniczna. Ludzie, którzy tam się znaleźli, nie są nawet gotowi do wędrówek. Mają letnią odzież, jedna z pań miała japonki, a pan garnitur, bo spodziewał się wizyt w urzędach. Teraz znaleźli się w sytuacji bez wyjścia na tzw. ziemi niczyjej.
Ziemi niczyjej w sensie prawnym nie ma. Strona polska podkreśla, że to terytorium Białorusi.
A Białoruś upiera się, że ci ludzie już znajdują się w Polsce. Sytuacja jest patowa. Ci ludzie chcieliby przedostać się już gdziekolwiek, choć oczywiście woleliby zmierzać na Zachód. Z naszych kontaktów z ludźmi, którzy chcą przekroczyć zieloną granicę, wynika, że ich celem są przede wszystkim Niemcy.
Ale fakt, że najpierw trafiają na Białoruś, sprawia, że Polska nie jest pierwszym krajem ich pobytu…
To prawda, w pierwszej kolejności trafiają na Białoruś. Miałam klienta, którego wywieziono do lasu bezpośrednio z lotniska.
...więc zgodnie z prawem to tam powinni rozpocząć procedurę legalizowania swojego pobytu.
To też prawda. Szkopuł jednak w tym, że władze na Białorusi nie respektują międzynarodowych standardów, nie tylko w tym zakresie. I polski rząd ma tego świadomość już od dawna, czego dowodem są jak najbardziej zasadnie przyznawane przez państwo polskie wizy humanitarne. Zresztą samo zjawisko przechodzenia przez polsko-białoruską granicę obywateli różnych państw nie jest niczym nowym. Od dawna zgłaszali się do nas ludzie, którzy właśnie z tego kierunku trafiali do polskich ośrodków. Nie byli zawracani przez Straż Graniczną w ramach tzw. push backu tak, jak dzieje się teraz.
Skąd przybywają?
Z bardzo różnych kierunków. Afgańczycy zaczęli się do nas zgłaszać jeszcze pół roku temu. Zdarzają się też obywatele Iraku, którzy są też w tej grupie przy granicy z Polską. Czasem do Polski przedzierali się też obywatele Syrii, Tadżykistanu czy Palestyńczycy. Wcześniej w ośrodku w Przemyślu było też bardzo dużo osób z Czeczenii. Niekiedy kierunki są bardzo zaskakujące – Maroko czy nawet Demokratyczna Republika Konga bądź Kuba. Często ci ludzie trafiają do Polski przypadkowo, bo zostali wprowadzeni w błąd przez oszustów prowadzących nielegalne transporty. Sama znam przypadek człowieka z Syrii, który miał rodzinę w Niemczech i był przekonany, że na podrobionych dokumentach trafi do tego kraju. Wszystko szło zgodnie z planem, dopóki nie wylądował na lotnisku w... Katowicach, gdzie czekała już Straż Graniczna. Inny przypadek to pani, która jechała zimą w busie mającym przerzucić takie osoby przez granicę. Kierowca dowiedział się jednak, że najprawdopodobniej został namierzony i zdecydował się na wyrzucenie pasażerów pośrodku niczego. Dopiero Straż Graniczna przetransportowała ich do ośrodków.
Nie we wszystkich wymienionych krajach trwa wojna.
To prawda. Przyczyny, z powodu których decydują się opuścić swój kraj, są bardzo różne. Mieliśmy przykład osoby, która była tłumaczem pracującym dla irakijskich organizacji pozarządowych. Widząc, co dzieje się w jej kraju, postanowiła przejść z islamu na chrześcijaństwo z całą swoją rodziną. W związku z prześladowaniami z powodu zmiany wiary przez sześć lat błąkała się po kraju w poszukiwaniu schronienia. W końcu zdecydowała się uciec do Europy jako najbardziej otwartego miejsca. Inny przypadek to matka z dzieckiem chorym na nowotwór. Uznała, że przedostanie się do Europy to jedyna szansa na to, by przeżyło. Niektórzy uciekają z powodów politycznych, bo np. nie chcą wchodzić w szeregi bojowników. Status uchodźcy bądź ochrona uzupełniająca nie musi wiązać się jedynie z zamieszkaniem w kraju dotkniętym wojną. Powodem mogą być też prześladowania na tle rasowym czy religijnym. W teorii zagrożenie życia we własnym kraju to wystarczający powód, żeby uciekać i otrzymać ochronę w innym państwie. Wiele sytuacji jest jednak trudnych do jednoznacznej interpretacji. Znam kazus człowieka, który był świadkiem przestępstwa dokonanego przez miejscową policję. Wiedział, że nie może nic z tym zrobić, a sam fakt, że widział zdarzenie, sprawia, że mógłby zostać zabity. Zdecydował się na ucieczkę, ale przecież nie ma żadnych dowodów czy dokumentów potwierdzających jego położenie, formalnie nic się nie stało. Tymczasem Urząd ds. Cudzoziemców pyta, dlaczego nie zgłosił swojej obawy do miejscowych organów ścigania.
fot. mat. prasowe
Milena Kloczkowska prawniczka w projekcie „One for All, All for One” (realizowanym przez Stowarzyszenie Homo Faber w Lublinie), w ramach którego w ośrodkach dla cudzoziemców doradza przy procedurach uchodźczych
Taką historię może przedstawić każdy.
Tak, dlatego w bieżącej pracy bazujemy na raportach i danych, np. weryfikujących wielkość danej miejscowości czy strukturę etniczną, co może prowadzić do pewnych wniosków. Z drugiej strony dokumenty siłą rzeczy są bardzo okrojone. Pamiętajmy, że ludzie przybywający do Europy często całe swoje życie pakują w jedną walizkę. Nie przychodzi im nawet do głowy, że niezbędny może okazać się np. dokument potwierdzający pobicie.
Nawet jeśli uznamy ich za uchodźców, to nie zmienia to faktu, że procedura powinna zacząć się na Białorusi. To nie nasza wina, że tamtejszy rząd sprowadza takich ludzi, po czym zostawia ich na pastwę losu.
Oczywiście ma rację ten, kto powie: „To wina Białorusi i Łukaszenki”. Pytanie tylko, czy wskazanie, gdzie leży wina, sprawia, że możemy stwierdzić, iż problemu nie ma, a oszukani ludzie mają czekać w lesie na przyjście zimy. Załamanie pogody sprawi, że dziś potwierdzonych jest kilka zgonów, a niebawem podobny los będzie czekał kilkadziesiąt osób, w tym także dzieci, do czego już doszło, skoro odnotowano zgon 16-latka. Już teraz część koczujących jest chora i skrajnie wyczerpana.
Co zatem zrobić?
Nawet nie chodzi o to, żeby wszystkich przyjąć na stałe do Polski, skoro z powodów politycznych okazuje się to niemożliwe. Nie można jednak pozwolić na to, by zamarzli czy umarli z wycieńczenia. Można temu zaradzić albo tworząc korytarz humanitarny, albo w ostateczności nawet deportując ich z powrotem. Polska nie ma narzędzi mogących skutecznie wpłynąć na zachowanie Białorusi. Pozostaje silna presja ze strony całej Unii Europejskiej. Z drugiej strony, faktem jest, że ci ludzie jednak do Polski przechodzą, a na Białorusi nie zaczęli procedury azylowej. A zatem powinni rozpocząć ją, mimo wszystko, w naszym kraju. Tymczasem w przypadku przekroczenia granicy nie są nawet o tym informowani. Nie do wyobrażenia jest sytuacja, w której ludzie mieszkają w lasach i są pozostawieni sami sobie – bez leków, ubrań, jedzenia czy dachu nad głową. Nie są niebezpieczni.
Dziś nie są, ale nikt nie wie dokładnie, kim naprawdę są.
Nieprzyjmowanie uchodźców nie gwarantuje wolności od terroryzmu. Wiele zamachów przeprowadziły przecież osoby z zalegalizowanym w pełni pobytem, nieprzechodzące nawet procedur uchodźczych. Siatki terrorystyczne na takie akcje przeznaczają olbrzymie środki. Poza tym, skoro istnieje ryzyko, że w grupie, która dziś pozostaje w lasach, są osoby niebezpieczne, to tym bardziej zostawianie ich w obecnym stanie w lesie nie jest rozsądne. Mieszkańcy okolicznych miejscowości widzą, że często, zwłaszcza w nocy, część osób przedostaje się w okolice ich domów w poszukiwaniu pożywienia. Wydaje się, że znacznie bezpieczniej byłoby zatem umieścić koczujących w strzeżonych ośrodkach. By przeszli procedury, stosowną weryfikację przez ABW i mieli zapewnione przynajmniej podstawowe warunki do momentu rozpatrzenia ich sprawy. Wiele osób to ludzie wykształceni, znający swój fach, chcący pracować. Swoją drogą, trzeba oddać Straży Granicznej, że dba np. o to, by rozmieszczać cudzoziemców według klucza narodowościowego i kulturowego. Zdarzają się bowiem problemy na tym tle, np. gdy strażnik podczas kontroli zobaczy kobietę bez burki, co jest przecież bardzo obraźliwe.
Dziś grupa w lesie jest dość niewielka, ale gdy Polska da sygnał, że przyjmuje takie osoby, to lada chwila może stać się bardzo liczna. Przemytnicy zaangażowani w ten biznes i Łukaszenka tylko na to czekają.
Tego nie wiemy, kwestią otwartą pozostaje np., na ile talibowie pozwolą na swobodne opuszczanie kraju. Za to dziś w lasach mamy grupę ludzi znajdującą się w rozpaczliwym położeniu. Przeważająca większość z nich chce jechać do Niemiec, bo to kraj, który kojarzy im się z dobrobytem i funkcjonującą społecznością muzułmańską. Dlatego z jednej strony argument, że grozi nam islamska ekspansja, jest nieprawdziwy, z drugiej pokazuje, że mamy do czynienia ze sprawą ogólnoeuropejską. Jeśli jednak podchodzimy do praw człowieka poważnie, to nie możemy pozwolić na to, by cierpiący ludzie umierali w lasach. ©℗
Rozmawiał Grzegorz Kowalczyk
Stan wyjątkowy potrwa o dwa miesiące dłużej
Zgodnie z rekomendacją ministra spraw wewnętrznych i administracji Mariusza Kamińskiego rząd zdecydował się wczoraj na złożenie do prezydenta wniosku o przedłużenie stanu wyjątkowego o kolejne 60 dni. Zgodnie z konstytucją nie będzie można go przedłużyć ponownie.
Wczoraj rano z głową państwa rozmawiał premier Mateusz Morawiecki. Po spotkaniu poinformowano, że Andrzej Duda rozpatrzy rządowy wniosek do piątku.
Na dzisiejsze popołudnie zaplanowano też pierwsze czytanie projektu zmian w regulaminie Sejmu, które mają doprecyzować udział posłów przy wprowadzaniu, przedłużaniu lub odwoływaniu stanu wyjątkowego. Chodzi o to, by zapobiec ewentualnej obstrukcji. Dlatego zgoda Sejmu na przedłużenie stanu nadzwyczajnego będzie musiała nastąpić przed upływem okresu, na jaki został wprowadzony. Wyklucza się możliwość składania wniosków formalnych o przerwanie, odroczenie lub zamknięcie posiedzenia.
W poniedziałek Europejski Trybunał Praw Człowieka nakazał udzielenie pomocy prawnej koczującym na granicy osobom, nawet jeśli nie przebywają na terytorium Polski. Wczoraj, pomimo obowiązującego stanu wyjątkowego, próbowali przedostać się do nich prawnicy Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Nie zostali jednak do nich dopuszczeni przez Straż Graniczną. ©℗
GRK