Dyskusja o programie SAFE to intelektualne delicje. Pół kraju dostało przyspieszony kurs na temat rentowności polskich obligacji i tego, jak wpływa na nią wydłużenie zapadalności długu. Pogadaliśmy o tym, jaki procent zamówień trafi do polskich firm i czy 80 proc. wystarczy. Wypłynęliśmy na szerokie wody dyskursu, spierając się o to, jak definiować polski kapitał i czy zagraniczna firma zarejestrowana w Polsce tę definicję spełnia. Znalazło się i miejsce dla prawników (czy warunkowość przy SAFE oznacza polityczną swobodę Komisji Europejskiej?) i nie zabrakło geopolityki (czy program przyhamuje zakupy z USA?).

Cóż to była za debata! W świecie sporów zdominowanych przez leninowskie „kto kogo” ta była jak haust świeżego powietrza. Problem w tym, że spór o SAFE był tylko pozornie prowadzony na argumenty. Stosunek do tego programu nie wynikał z bilansu wszystkich za i przeciw. To był merytoryczny, ale jednak teatr.

Program SAFE: argumenty ekonomiczne a polityczne emocje

Polska prawica nie zaakceptowała SAFE z dużo bardziej fundamentalnej przyczyny niż te, które podawała publicznie. Chodzi o brak zaufania do Unii Europejskiej i idącą za tym niezdolność do poparcia jakiegokolwiek programu proeuropejskiego. Wszystkie inne argumenty były jedynie pretekstem i gdyby koszt kredytu SAFE był dwa razy niższy, niczego by to nie zmieniło, podobnie jak decyzja, aby zwiększyć możliwość zakupu uzbrojenia poza UE.

I żebyśmy mieli jasność: SAFE nie jest wypadkiem przy pracy, ale konsekwencją. To efekt narastania antyunijnej emocji, która dziś zyskuje na znaczeniu w elektoracie nie tylko Grzegorza Brauna czy duetu Sławomir Mentzen–Krzysztof Bosak, ale także u wyborców PiS. O ile w obydwu Konfederacjach stosunek do SAFE był do przewidzenia, o tyle w przypadku partii Jarosława Kaczyńskiego sprawa nie była oczywista.

PiS przez lata był partią eurorealistyczną, a nie eurosceptyczną. Nie chciał federalizacji UE, ale godził się na punktową integrację. Traktat lizboński negocjował nie kto inny, jak bracia Kaczyńscy. Nieprzypadkowo PiS był i nadal pozostaje w półmainstreamowych, a nie radykalnych frakcjach w europarlamencie. Owszem, ta partia zawsze miała radykalne skrzydło, ale ono nie dominowało. Jednak ostatnie lata u władzy wiele zmieniły. Spór o praworządność napsuł krwi PiS-owcom, a wstrzymanie środków z KPO było dla nich casus belli. Oznaczało, że unijne elity nie tylko nie lubią PiS, o czym wiedziano od dawna, lecz także są w stanie aktywnie dążyć do zmiany władzy w państwie unijnym za pomocą finansowej dźwigni.

Po kryzysie z KPO partia Kaczyńskiego obrała kierunek na eurosceptycyzm

Od tego momentu coś pękło. Politycy tej partii przestali jakby wierzyć, że da się zmienić Unię od środka. PiS co prawda nie postuluje dziś polexitu, ale mentalnie już się tam wybrał. W takim klimacie trudno się dziwić, że PiS odrzucił SAFE. Po prostu nie miał politycznie innego wyboru – rozpędzone antyunijne emocje zarówno elektoratu, jak i działaczy nie pozwalały na żadną inną decyzję, nawet jeśli poszczególni politycy PiS wiedzą, że argumenty mówią co innego. Naturalnie sprawie nie pomagają obie Konfederacje, których oddech PiS czuje na swoich plecach.

W tym procesie dodatkowym silnikiem jest Donald Trump. O ile nasza prawica postrzega UE jako ciemiężyciela, tak prezydenta USA widzi w roli wyzwoliciela. Ten kontrast tworzy poczucie konieczności wyboru USA w sporze z UE na każdej płaszczyźnie, a zwłaszcza bezpieczeństwa. I nie ma tu miejsca na transatlantyckie szpagaty, szczególnie że PiS potrzebuje Trumpa nie tylko po to, żeby powstrzymał Rosję, lecz także też Donalda Tuska. Dlatego nie powinniśmy się dziwić krytyce SAFE, podobnie jak oporowi wobec kolejnych unijnych inicjatyw niezależnie od ich bilansu dla Polski. PiS z samochodu wymontował skrzynię biegów, uznawszy, że w Europie potrzebny będzie jedynie hamulec. ©℗