Prezydent miał zakończyć wizytę w Wielkiej Brytanii we wtorek, więc jego rozmowa z ministrem Radosławem Sikorskim mogłaby się odbyć jeszcze w tym miesiącu. Źródła w MSZ stawiają sprawę jasno. – Szef oczywiście przyjmie zaproszenie, jeśli zostanie faktycznie wystosowane. Ale o „szykowaniu się” jakiegoś spotkania słyszymy już trzeci miesiąc. I tylko w mediach – mówi nasz rozmówca.
Jeśli tak się stanie, prezydent i szef MSZ wrócą do negocjacji, by podjąć kolejną próbę uzdrowienia polskiej dyplomacji po zamrożeniu rozmów na prawie trzy miesiące i serii kuksańców pod stołem. Oprócz oczywistych powodów, takich jak trudna sytuacja geopolityczna i spory wewnątrz NATO, do powrotu do stołu negocjacyjnego prezydenta mieli skłonić Amerykanie. – Administracja Donalda Trumpa zorientowała się, że – czy im się to podoba, czy nie – w Polsce panuje ustrój parlamentarny i przez kolejne dwa lata będą musieli dogadywać się z rządem – wyjaśnia osoba z otoczenia Sikorskiego. – Do tego dochodzi temat planowanego na grudzień szczytu G20. Ciężko jest koordynować działania w tej sprawie bez pełnoprawnego ambasadora w Waszyngtonie – słyszymy.
Dobre relacje Sikorskiego z Amerykanami
Sytuacja miała zacząć się zmieniać po przyjeździe do Warszawy nowego ambasadora USA Toma Rose’a. Dziś nie da się już jednoznacznie stwierdzić, że relacjami transatlantyckimi dowodzi Pałac Prezydencki. – Ambasador znalazł wspólny język z wicepremierem Sikorskim. Podobnie sekretarz stanu Marco Rubio – słyszymy nieoficjalnie. Równie dobrymi relacjami z Amerykanami może pochwalić się wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz, który – jak mówią nasi rozmówcy – ma dobry kontakt z sekretarzem obrony Pete’em Hegsethem. W relacjach z administracją Trumpa rząd w ostatnich miesiącach wyraźnie zyskał.
W Pałacu Prezydenckim o amerykańskiej presji w sprawie ambasadorów nie słyszano. – Nie było żadnych nacisków z Waszyngtonu. Pojawiały się natomiast komentarze krytyczne wobec rządu i pytania o to, dlaczego minister Sikorski doprowadził do sytuacji, w której Polska nie ma ambasadora w Stanach Zjednoczonych – zapewnia Marcin Przydacz, szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej. I dodaje, że „prezydent po prostu dał panu ministrowi chwilę na przemyślenie sprawy”. Waszyngton pozostaje placówką najpilniej wymagającą obsady. Rundę o nominację pełniącego funkcję chargé d’affaires Bogdana Klicha prezydent już wygrał. W skierowanym do Nawrockiego w październiku 2025 r. piśmie Sikorski zaproponował, by ambasadorem został Jacek Najder. Obecny szef polskiego przedstawicielstwa przy NATO byłby rozwiązaniem kompromisowym.
Najder ambasadorem w Waszyngtonie?
Kancelaria Prezydenta podkreśla jednak, że nazwisko Najdera pojawiło się wyłącznie w liście szefa MSZ. – Nie został w żaden sposób przedstawiony formalnie. Jedyny moment, kiedy się pojawił, to w piśmie pana ministra, w którym oświadczył on, że jest w stanie zrezygnować z pana Klicha na rzecz ambasadora Najdera – mówi Przydacz. Problemem okazuje się też sposób prowadzenia rozmów. – Obsada placówek wymaga bezpośrednich ustaleń między ministrem spraw zagranicznych a prezydentem, a nie medialnej dyskusji. To nie będzie wyglądać tak, że minister Sikorski będzie przekazywał mediom nazwiska kandydatów i oczekiwał, że Kancelaria Prezydenta się do nich ustosunkuje. Nie tak rozumiemy profesjonalizację służby zagranicznej – podkreśla prezydencki minister.
Mimo to wiele wskazuje na to, że kandydatura Najdera byłaby dla Pałacu do przyjęcia. Tyle że w całym sporze nazwiska pozostają kwestią drugorzędną. Kancelaria Prezydenta walczy o utrzymanie dotychczasowego modelu decyzyjnego. – W procesie nominacji ambasadorskich po pierwsze trzeba przestrzegać prawa, po drugie – dobrej praktyki, która funkcjonowała przez 35 lat III RP. Z tą praktyką minister Sikorski zerwał dla celów politycznych, żeby móc ogłosić, że jednym podpisem odwołuje 50 ambasadorów, lekceważąc ówczesnego prezydenta Andrzeja Dudę – słyszymy. – Standardem było, że szef MSZ najpierw uzgadniał z prezydentem, kogo i w jakiej formule chce odwołać. Dopiero potem ambasador zjeżdżał z placówki. Prezydent będzie oczekiwał powrotu do tej praktyki – dodaje nasz rozmówca. – Niestety minister Sikorski, odwołując do kraju kolejnych ambasadorów, doprowadził do sytuacji, w której w większości państw Polska nie ma dziś reprezentacji ambasadorskiej – kończy szef BPM.
Systemowy spór prezydenta z MSZ
Przed zamrożeniem rozmów Pałac Prezydencki miał przedstawić Sikorskiemu własną propozycję kompromisu. Nieoficjalnie wiadomo, że zakładała ona podział placówek na państwa o ustroju prezydenckim – gdzie większy wpływ miałby Karol Nawrocki – oraz parlamentarnym, pozostawione MSZ. – Minister wydawał się gotowy przyjąć zaproponowany kompromis. Po kilku dniach przyszło jednak pismo, które później opublikował, sprzeczne z wcześniejszymi ustaleniami – mówi osoba z otoczenia prezydenta. Sikorski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” przedstawił inną wersję wydarzeń. – Złożyłem panu prezydentowi uczciwą ofertę: na placówkach byłoby 80 proc. zawodowców. Zaproponowałem też, by te 20 proc. niezawodowców podzielić po połowie: 10 proc. rząd, 10 proc. prezydent – wyjaśnił. Pałac ofertę odrzucił. Jak słyszymy, w praktyce oznaczałaby ona, że także „zawodowi dyplomaci” byliby wybierani spośród ludzi związanych z obecnym kierownictwem MSZ.
W resorcie dyplomacji panuje przekonanie, że o ile z samym Nawrockim porozumienie jest możliwe, to problem leży gdzie indziej. – Można odnieść wrażenie, że otoczenie prezydenta gra w oddzielną grę. Z nim da się rozmawiać, ale gdy włącza się jego zaplecze, zaczynają się schody – mówi jeden z urzędników MSZ. Impas więc trwa, a kompromis, który pozwoliłby obu stronom zachować twarz, wciąż wydaje się odległy. Spotkanie zapowiadane na koniec stycznia będzie nie tyle rozmową o nazwiskach, ile testem, czy w warunkach narastającego chaosu międzynarodowego polskie instytucje są jeszcze zdolne do działania ponad sporem kompetencyjnym.