Każdy z nas ma swój niepowtarzalny, wyjątkowy sposób komunikowania się ze światem. Mamy osobnicze cechy językowe. Jeśli lingwiści potrafią badać te cechy w odniesieniu do pisarzy, to dlaczego nie robić tego samego w stosunku do przestępców.
Prof. Jadwiga Stawnicka pracuje w Zakładzie Socjolingwistyki i Społecznych Praktyk Komunikowania Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
W serialu kryminalnym wyglądałoby to tak: ekspert czyta treść listu wysłanego np. przez porywaczy dziecka i mówi: „To 45-letni mężczyzna pochodzenia latynoskiego, wykształcenie wyższe, rozwiedziony, jedno dziecko, mieszka 20 km od miejsca porwania, lubi podróże”. My rozmawiałyśmy już kilka razy przez telefon i ciekawa jestem, co mogłaby pani o mnie powiedzieć na tej podstawie.

Reklama
Żeby sporządzić ekspertyzę lingwistyczną, musiałabym najpierw dokonać transkrypcji naszych nagrań, chyba że należałoby sporządzić opracowanie profilu psycholingwistycznego na podstawie indywidualnych cech mowy, akcentu, dialektu, poprawności języka itd. Ale załóżmy że mamy transkrypcję nagrania. Wtedy mogłabym przystąpić do pracy i powiedzieć coś więcej na temat pani idiolektu osobniczego. Na razie mogę zaryzykować, choć nie jestem psychologiem, że jest pani bardzo stanowczą osobą, która wie, czego chce od swojego rozmówcy. (śmiech)
To poproszę, aby wyjaśniła pani, czym jest ów idiolekt osobniczy, to określenie brzmi jak obelga.
To zespół pewnych cech językowych, charakterystycznych dla danej osoby. Zasób słów, najchętniej wybierane określenia czy zwroty frazeologiczne, interpunkcja, składnia. Ale także błędy językowe. Jedni budują krótkie zdania, inni mają tendencję do zdań złożonych. To są cechy, które się zmieniają z wiekiem, ale i tak operują wokół pewnej bazy nabytej, kiedy uczymy się języka. I często właśnie dzięki ekspertyzie lingwistycznej jesteśmy w stanie zidentyfikować człowieka. Może nie aż tak, jak to pani ujęła, ale przynajmniej określić jego wiek i wykształcenie. Kraj pochodzenia również, jeśli list po polsku napisał cudzoziemiec. Bo idiolekt osoby pochodzącej ze środowiska robotniczego urodzonej w latach 70. będzie się różnił od tego właściwego dla kogoś, kto dorastał dajmy na to w latach 60. Poprzez język wyrażamy siebie, więc na jego podstawie można nas zidentyfikować. Pomóc organom ścigania w zawężeniu grona możliwych sprawców, wskazać winnego albo wykluczyć kogoś, oczyścić z podejrzeń. Przy czym w tych dwóch ostatnich przypadkach potrzebny będzie materiał porównawczy. Czyli teksty innych podejrzewanych. Bo dziś, w dobie internetu, mediów społecznościowych, większość tekstów jest pisana w formie elektronicznej. I nie wystarczy – np. jeśli ktoś publikował w sieci groźby karalne czy obraźliwe treści wobec jakiejś osoby lub firmy – ustalenie numeru IP komputera. Pracowałam przy sprawie, gdzie z jednego serwera korzystało 76 osób. A pismoznawca tu też nie pomoże, bo teksty pisane są na komputerze, a nie ręcznie.
Lista spraw, jakimi zajmuje się lingwistyka kryminalistyczna, jest długa: groźby, porwania, cyberstalking, mobbing, plagiat – nie będziemy tutaj mnożyć. Proszę opowiedzieć, w jaki sposób to się robi. Dostaje pani tekst i analizuje te zwroty, błędy... A jaką ma pani pewność, że sprawca celowo nie zmienił stylu pisania, udając np. kogoś gorzej wykształconego?
To się zdarza, ale doświadczony ekspert to zauważy. W Polsce badania nad lingwistyką kryminalistyczną nie są zbyt zaawansowane, czego najlepszym przykładem jest fakt, że jestem jedynym biegłym w tej dziedzinie w kraju. Można powiedzieć: pionierką. Najdłuższe tradycje – ponad trzydziestoletnie – i największe osiągnięcia mają naukowcy w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Niemczech. Lingwiści kryminalistyczni bywają gwiazdami, jak R.H. Drommel – autor opracowania ponad tysiąca przypadków i ponad 300 ekspertyz, „profiler językowy”, „detektyw językowy”, który od 25 lat bada kryminalistyczne ślady językowe pozostawione przez sprawców za naszą zachodnią granicą. Albo Krzysztof Kredens, anglista, absolwent Uniwersytetu Łódzkiego, który wykłada językoznawstwo stosowane na Uniwersytecie Aston w Wielkiej Brytanii.
Na jednej z konferencji naukowych opowiadał o pasjonującej sprawie, w której rozwiązywaniu uczestniczył. Młode małżeństwo wyruszyło w podróż poślubną dookoła świata. On zabił ją już w ósmym dniu tej podróży, ale przez cały czas wysyłał e-maile do rodziny i znajomych z konta zamordowanej żony, w jej imieniu. Lingwista potrafił wskazać, od jakiego momentu te listy pisał zabójca. To będzie poniekąd odpowiedź na pytanie, jak to się robi. Otóż w e-mailach pisanych przez kobietę na każde 10 tys. słów było 25 średników. W listach pisanych przez tego mężczyznę (bo ekspert dysponował materiałem porównawczym) – tylko pięć średników. Natomiast w tych, które pisał jako ona, na 10 tys. słów było aż 45 tych znaków. Tak bardzo się starał, że przedobrzył. Proszę zwrócić uwagę – w tej sprawie zagrały tylko średniki, ale lingwista analizuje każdą kropkę. Każdy wyraz. W dużej mierze pomocna jest statystyka, więc trzeba każde słowo, każdy wyraz umieścić w odpowiedniej tabelce, co jest żmudną pracą. Ale należy też przeanalizować znaczenie, wydźwięk emocjonalny użytych określeń i wyrażeń.
Wspomniała pani, że można także określić, czy język polski jest ojczystym językiem autora. Nawet jeśli dobrze nim operuje. I wskazać narodowość.
Owszem. Robię takie ćwiczenia z moimi studentami, wśród których jest wielu obcokrajowców. Proszę ich, aby każdy z nich napisał list, np. z żądaniem okupu jako porywacz dziecka. Oczywiście anonimowo. A potem wspólnie staramy się ustalić poszczególnych autorów. Bo inne błędy zrobi Rosjanin, będą się zwłaszcza wiązały z użyciem słowa „który”, różnie będzie liczył piętra (dla Rosjanina parter to już pierwsza kondygnacja), a inne Niemiec czy Anglik. W świecie lingwistów kryminalistycznych głośna była sprawa uprowadzenia milionera Paula Heisego latem 1989 roku. Sprawcy przysłali rodzinie list z żądaniem okupu w wysokości 2 mln franków. Grozili, że jeśli nie dostaną pieniędzy, zamordują ofiarę. Było w nim wiele błędów gramatycznych i choć był podpisany „Dein Vater”, wszystko wskazywało na to, że nie pisał go uprowadzony. Analiza tekstu wykazała, że autorem listu był ktoś, dla kogo językiem rodzimym był serbski. Pozwoliło to policji zawęzić krąg, w którym poszukiwano sprawców. Potem okazało się, że ekspert miał rację.
Ciężki kaliber sprawy.
Zdarzają się i mniejszego. Dam taki przykład: zaniepokojony ojciec zleca ekspertyzę e-maili od 12-letniej córki, którą była żona wywiozła do Niemiec. Chce wiedzieć, czy to faktycznie dziewczynka pisze do niego, gdyż uderzył go wielki entuzjazm dziecka, zachwyt nowym otoczeniem, ani słowa o tęsknocie... Analiza wykazuje, że autorem nie mogło być dziecko w tym wieku, to eksżona dyktowała, co ma napisać. Podobna historia była z listem, który jakoby napisała nastolatka, uczennica jednej ze szkół, skarżąc się w nim na mobbing, jaki ma stosować wobec uczniów jej nauczyciel. Okazało się, że ktoś podszywał się pod dziewczynkę, nieudolnie zresztą. Robił błędy, których dziecko w tym wieku nie robi, za to używał określeń, których także by nie użyło. Przejaskrawił. Badając tego typu sprawy, zwraca się też uwagę na kwestie pozajęzykowe, np. na zawartość merytoryczną tekstu. Tak było w sprawie, kiedy poproszono o ocenę, czy podpisany imieniem i nazwiskiem pracownik jednej z redakcji jest autorem donosu na temat mobbingu panującego w tej firmie. Analiza wykazała, że nie napisał go żaden z pracowników gazety: było w nim za wiele uogólnień, za mało szczegółów oczywistych dla osób tam zatrudnionych. Autor starał się stworzyć rzeczywistość wirtualną, nie wiem, w jakim celu, może nie lubił tej gazety. A może chciał narobić kłopotów osobie, której nazwiskiem się podpisał.
To fascynujące zajęcie, zaczynam pani zazdrościć.
Prawda? Jestem szczęśliwa, że mogę robić to, co robię. Dziwię się tylko, że jestem w tym osamotniona w Polsce. Lingwiści wolą analizować teksty pisarzy, język reklamy, co oczywiście także jest bardzo ważne i interesujące. Ja wolę jednak sprawy związane z prawdziwym życiem. Faktem jest, że zwykle dotyczą tej ciemnej strony ludzkiego życia, co może odstraszać. Pamiętam np. sprawę 40-letniej kobiety, która zarzuciła swojemu ojczymowi, że ją gwałcił, kiedy miała 15 lat. Dowodem był pamiętnik, który miała pisać jako nastolatka. Pytanie brzmiało: czy jest autentyczny? Jeden biegły potwierdził, że pisała go własnoręcznie. Drugi, że zeszyt pochodzi sprzed 25 lat. Jednak mogła go przecież napisać później, żeby sprokurować fałszywy dowód. Jednak analiza lingwistyczna wykazała, że także idiolekt pochodzi sprzed ćwierćwiecza.
Ojczym został skazany?
Nie wiem, o tej sprawie mi opowiadano. Rola biegłego kończy się w momencie wydania ekspertyzy. Ale mogę opowiedzieć o interesującym przykładzie z Anglii. Tam kobieta zleciła zabójstwo swojego męża, oferując za to 20 tys. funtów. Jej rozmowa z wykonawcą wyroku, jaka odbyła się w samochodzie, została jakimś cudem nagrana. Mężczyzna pyta: – Mam zabić pani męża? Tak czy nie? Yes or no? Ona na to: – Yeees? – z taką wznoszącą intonacją. I proszę sobie wyobrazić, że została uniewinniona. Na podstawie intonacji. Intonacja, tak samo jak inne pozajęzykowe elementy, jest szalenie istotna. To często wychodzi w sprawach o mobbing, gdzie zwykle dokonujemy ekspertyz kolegialnych – na podstawie werbalnych i niewerbalnych komunikatów – w składzie lingwista, psycholog i psychiatra. Taki przykład: w pozwie zapisano, że pozwany dopuścił się mobbingu w stosunku do swojego podwładnego, ośmieszając go w celu obniżenia autorytetu. Ale co, kiedy, w jaki sposób? Pytamy o to powoda. Odpowiada, że pozwany publicznie zarzucał mu brak kompetencji. Jak? Powiedział: „ustalenia podjęte przez pana muszą być poparte żelaznymi dowodami”. To już zmienia nieco postać rzeczy, ma inny wydźwięk niż „ośmieszanie w celu obniżenia autorytetu”, prawda? Dlatego kontekst i konkret są takie ważne.
Uczestniczycie w rozprawach?
Niekoniecznie. Korzystamy też z nagrań zeznań świadków opowiadających o tym, co się działo w miejscu pracy. W każdej wypowiedzi można wyróżnić kilka funkcji językowych. Pierwsza to sposób wyrażania emocji: „O, jak się cieszę!”, „Jestem załamana” etc. Kolejna to funkcja wpływu na odbiorcę: „nie wolno”, „trzeba”, „powinniście”; „Proszę, niech mi pan da jeszcze jedną szansę”.
Dalej są tzw. funkcje fatyczne, służące podtrzymaniu rozmowy: „Co pani nie powie!”, „Tak?”, „Faktycznie?”, „No i wiesz”, „No i słuchaj”... Jest też funkcja perswazyjna, mająca na celu przekonanie kogoś o czymś: „Daję słowo”, „Jestem pewien”, „Uwierz mi”. Jeśli ktoś zbyt często używa jakiejś funkcji, powtarza, przejaskrawia, można podejrzewać, że usiłuje coś ukryć. Wyobraźmy sobie, że świadek wciąż powtarza „nie wiem”. Nie „nie mogę sobie przypomnieć”, nie „nie jestem pewien”, ale „nie wiem”. Liczy się, ile razy i w jakich okolicznościach to mówi. Można wywnioskować, czy rzeczywiście nie wie, stara się sobie przypomnieć, czy osłania krótkim „nie wiem” jak tarczą.
To duża odpowiedzialność, pani opinia może przesądzić o losie człowieka.
Zdaję sobie z tego sprawę. Stres jest spory. Ale staram się być pomocna. Kiedy powiedziałam, że analizuję każdą kropkę, nie była to przenośnia. Miałam sprawę, w której sprawcę udało się zidentyfikować właśnie po kropkach. Miał zwyczaj stawiania tego znaku po każdej spacji, niezależnie od tego, czy był to środek, czy koniec zdania. To była jego charakterystyczna cecha, która go zdradziła. Tylko jeśli ja w Polsce muszę robić wszystko „na piechotę”, w Niemczech Federalny Urząd Kryminalny dysponuje lingwistyczną bazą danych dotyczących kategoryzowania sprawców. Zbierają tam fragmenty tekstów – te wszystkie listy z pogróżkami, z wymuszeniami okupu, teksty zniesławiające i dotyczące stalkingu, tak jak się gromadzi w bazie odciski linii papilarnych. Ma to dwie główne zalety. Jeśli Hans Schmidt popełnił jakiś czyn karalny, w którym narzędziem było słowo pisane, i po jakimś czasie go powtórzy, można go łatwo zidentyfikować. No i przepuszczając dany tekst przez taką językową bazę danych – nawet jeśli sprawca jest nowy – można wyłapać pewne charakterystyczne cechy świadczące o wykształceniu, pochodzeniu, wieku etc. sprawcy, np. że jest człowiekiem w wieku 35–40 lat, niewykształconym, pochodzącym z Górnego Śląska. Dużą część roboty może za nas wykonać komputer, byłoby łatwiej i szybciej.
Co nie jest bez znaczenia w sprawach porwań, kiedy liczy się każda minuta. Poza tym mam wrażenie, że takich spraw przybywa i będzie przybywać lawinowo – cyberstalkingu, oczerniania w sieci i tak dalej. Wówczas jeden ekspert, nawet najlepszy i najsprawniejszy, nawet ich większa grupa nie wystarczy.
Już jest ich mnóstwo. Jest coś takiego jak językoznawstwo korpusowe, przydatne zwłaszcza do analizy długich tekstów. Dla lingwisty kryminologa niezwykle przydatnym narzędziem jest słownik Korpus.pwn.pl, który pozwala stwierdzić, jaki wydźwięk ma dane wyrażenie, czy jest obraźliwe, czy nie, czy nacechowane agresją, czy obojętne. Nie można tego brać na wyczucie, dobrze porównać to z innym materiałem, a im jest on większy, tym lepiej – są bowiem określenia, które mają wiele kontekstów, np. 95 wyników daje poszukiwanie kontekstów słowa „przekręt”. Dam przykład zdania: „Kowalski zrobił przekręt na miarę XXI wieku” – czy to jest deprecjonujące, czy przeciwnie, stanowi komplement? Albo „Ten interes prowadzi typowy gruby Żyd z wielką głową”. To przykłady z konkretnych spraw.
Ja w żadnym z tych zdań nie widzę niczego jednoznacznie obraźliwego. Wszystko zależy od kontekstu.
Ano właśnie. W tekście z grubym Żydem chodziło o wpisy na temat firmy z Kielc. Dalej było, że właściciel gra nie fair, bo jest typowym żydowskim ścierwem. Tu już nie ma wątpliwości, że jest to obraźliwe. Za opiniowanie w tego typu sprawach biorą się czasem, niestety, osoby, które nie mają o lingwistyce kryminologicznej większego pojęcia. Nie zapomnę sprawy z 2010 roku: policjant z Poznania chce wylegitymować mężczyznę, który okazuje się być asesorem prokuratorskim. Ten nie chce pokazać dokumentów i zwraca się do funkcjonariusza: „Zamknij się, psie”. Biegła, która pisała opinię w tej sprawie, stwierdziła, że w tej odzywce nie było niczego obraźliwego ani nie miała ona wydźwięku agresywnego. Bo pies stróżuje przecież, policjanci sami o sobie mówią „psy”, był serial o ich pracy pod tym właśnie tytułem i tak dalej. Moim zdaniem była w tym agresja, i to bardzo intensywna, człowiek ten chciał obrazić i upokorzyć funkcjonariusza. Zwrócił się do niego na ty, użył rozkaźnika „zamknij się”, choć gdyby chciał być uprzejmy, mógł powiedzieć np. „lepiej niech pan nic nie mówi”. W tym kontekście „pies” był dodatkową formą wyrażenia pogardy.
Pamięta pani swoją pierwszą sprawę? Jak się w ogóle pani znalazła w gronie lingwistów kryminalistycznych?
Mnie ta dyscyplina zawsze fascynowała. Czytałam, dla swojej przyjemności, całą literaturę, jaka na jej temat ukazywała się na świecie, ale nie wiązałam z nią żadnych planów zawodowych, bo takiego zawodu w Polsce po prostu nie było. Czasem służyłam pomocą w rozwiązywaniu kryminalnych spraw, ale bardziej nieoficjalnie. Zaprzysiężona zostałam dopiero dwa i pół roku temu. Zaczęło się od tego, że miałam na studiach podyplomowych zajęcia z retoryki dla prawników. Mówiłam na nich między innymi to, że każdy z nas ma swój niepowtarzalny, wyjątkowy sposób komunikowania się ze światem. Mówiąc czy pisząc, zostawia coś w rodzaju językowego odcisku palca. Zachęcałam: powiem wam, jakie macie osobnicze cechy językowe. Bo jeśli lingwiści potrafią badać te cechy w odniesieniu do pisarzy, potrafią określić, czy nowo odkryty rękopis jest faktycznie dziełem Szekspira, wartym dużych pieniędzy, czy tylko falsyfikatem, to dlaczego nie robić tego samego w stosunku do przestępców. Byli na tych zajęciach ludzie różnych prawniczych profesji, także prokuratorzy. Zapalili się. Musieli o tym rozmawiać poza salą wykładową, bo później otrzymałam propozycję współpracy.
Jest jakaś sprawa, która szczególne utkwiła pani w pamięci? Może to była pierwsza, do której sporządzała pani opinię?
Każdą przeżywam, do każdej staram się sporządzić jak najbardziej fachową opinię. A te są obszerne, liczą po kilkadziesiąt stron. Do każdej sporządzam tabele, liczę. Potem mogę napisać np., że w materiale dowodowym brak przecinka przed spójnikiem „że” wystąpił 12 razy, a w materiale porównawczym 17 razy. Albo że brak przecinka przed spójnikiem przeciwstawnym „ale” wystąpił trzy razy, a w materiale porównawczym dziewięć. I wyciągnąć z tego wnioski. Ale to byłoby zbyt proste. Dam inny przykład, składniowy, polegający na tworzeniu dopowiedzeń w postaci odrębnych jednostek składniowych.
Przestaję rozumieć, co pani mówi.
To weźmy przykładowy tekst. Rozumie pani, nie mogę podawać szczegółów, aby nie umożliwiać identyfikacji. Załóżmy, że szantażysta pisze: „Numer tego telefonu komórkowego tylko do odbioru w sklepie. Po to, aby nikt na niego nie dzwonił podczas odbioru pieniędzy”. I dalej: „Zamieści pan to ogłoszenie w gazecie. Dlatego, aby męty pana słuchały”. Było tam jeszcze: „Umożliwi wam to, abyście mieli pieniądze na pokrycie waszych kosztów i zysk. Więc tej akcji nie traktujcie jako błyskawicznej”. Mógł tę samą treść – we wszystkich tych komunikatach – zamieścić w jednym zdaniu, użyć przecinka. Ale użył dopowiedzenia, bardzo charakterystycznego. Z treści przebijał szyk oficjalny – to „pokrycie kosztów”. Kiedy szukam wspólnych cech językowych pomiędzy materiałem dowodowym a porównawczym, pochodzącym od podejrzanego, to czasami znajduję ich kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt, co pozwala w sposób jednoznaczny identyfikować sprawcę.
Sprawiedliwości stało się zadość. Żałuję, że gazeta nie jest z gumy, bo jeszcze długo mogłybyśmy rozmawiać. O firmach szukających tych, którzy oczerniają je w sieci. Albo o plagiatach – równie gorącym temacie – w których sprawie pani też opiniuje.
W pierwszej kwestii chodzi o psucie komuś biznesu. Zła, a przy tym kłamliwa opinia rozpowszechniana za pośrednictwem internetu może przełożyć się na milionowe straty. Przy oskarżeniu o plagiat ceną jest dobre imię osoby o to oskarżonej. Mamy wprawdzie różne systemy antyplagiatowe, ale nie są one idealne. Może się na przykład zdarzyć tak, że autor jakiejś pracy cytuje źródło, ale nie daje cytatu z niego w cudzysłów, więc system ocenia to jako plagiat. I robi się awantura, jest nieprzyjemnie, kariera autora wisi na włosku. Dopiero porządna analiza lingwistyczna może ocenić, czy rzeczywiście „zrzynał”, czy był tylko niechlujny.
Ciekawa jestem, jakie jest pani zdanie na temat książki Wojciecha Sumlińskiego pt. „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”. Autor został oskarżony o plagiat oraz konfabulację, gdyż „wjazdy” do poszczególnych rozdziałów były podobne do fragmentów kryminałów typu noir autorstwa choćby Richarda Chandlera.
Nie analizowałam tej sprawy, znam ją tylko z przekazów medialnych. Ale zainteresowała mnie pani, dla własnej satysfakcji przyjrzę się jej bliżej.