Nowemu premierowi Wielkiej Brytanii jednego nie sposób odmówić: prezentuje zupełnie inny styl niż jego poprzedniczka. Zwłaszcza jeśli idzie o brexit. Theresa May chciała rozstać się z Unią w pokojowy sposób. Boris Johnson woli trzasnąć drzwiami.
Szef brytyjskiego rządu przypomina o tym każdym wystąpieniem i każdą decyzją. W sukurs idą mu jego współpracownicy deklarujący w mediach, że kraj jest gotów na twardy brexit. Co więcej, Londyn nie planuje żadnych rozmów z Unią. Główny brytyjski negocjator powiedział w tym tygodniu kolegom w Brukseli, że chętnie pogada o stosunkach z Unią, ale dopiero po rozwodzie.
To znacząca zmiana kursu, ale też taktyka negocjacyjna. Chodzi o to, żeby za wszelką cenę przekonać przeciwnika, że jest się gotowym na wszystko, w tym wypadku – twardy brexit. Kiedy się przestraszy, sam zaproponuje powrót do stołu negocjacyjnego.
Reklama
Nie jest to nowa metoda w dyplomacji. Na Chinach właśnie wypróbowuje ją Donald Trump. W przypadku Europy problem polega jednak na tym, że był już jeden premier, których chciał w ten sposób wymusić na Brukseli ustępstwa – i sromotnie przegrał. Tym premierem był Aleksis Tsipras.
Grecja w 2015 r. i dzisiejsza Wielka Brytania to dwie kompletnie różne rzeczywistości. Niemniej jednak są pewne podobieństwa. Zarówno Tsipras, jak i Johnson doszli do władzy dzięki obietnicy postawienia się Europie. Obydwaj już w momencie objęcia rządów postawili swoim partnerom z Europy warunek sine qua non. Johnson nie chce rozmawiać o porozumieniu wyjściowym, dopóki Bruksela nie odpuści w kwestii granicy z Irlandią. Tsipras nie chciał siadać do stołu negocjacyjnego bez obietnicy darowania części długów.

Reklama
Autorem greckiego planu gry był minister finansów Janis Warufakis. Uważał, że trzeba grać kartą wyjścia ze strefy euro. Był przekonany, że jeśli wierzyciele Grecji w to uwierzą, ustąpią.
Zmieńmy nieco niektóre elementy i wyjdzie taktyka Downing Street. Jeśli Bruksela uwierzy, że 31 października dojdzie do twardego brexitu, to nagle okaże się, że do porozumienia wyjściowego, które dotychczas było nienegocjowalne, można jednak wrócić.
W 2015 r. Warufakis miał w ręku poważny straszak: rozpad strefy euro. W końcu jeśli Grecy wprowadziliby u siebie nową walutę, to mógł to zrobić każdy kraj unii walutowej w tarapatach. Grexit mógł więc oznaczać bankructwo (albo poważne problemy) innych państw, w tym przede wszystkim mocno zadłużonych Włoch, którym skoczyłyby nagle koszty obsługi zadłużenia (w myśl zasady: mniej pewni – muszą więcej zapłacić).
Dyskusji jednak nie było. Warufakis dzisiaj wspomina, że rozmowy z wierzycielami Grecji – tzw. trojką, czyli tercetem instytucji – Komisją Europejską, Europejskim Bankiem Centralnym oraz Międzynarodowym Funduszem Walutowym – przypominały odbijanie się od ściany do ściany. Klaus Regling – szef Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego, instytucji finansującej bailouty – powiedział mu wręcz, że jeśli będzie to koniecznie, to ma wstrzymać wypłatę emerytur, byle tylko dotrzymać terminów spłat kolejnych transz funduszowi.
Ostatecznie greccy wierzyciele nie kupili blefu, a Tsipras z potyczki wyszedł na tarczy: nie tylko w połowie 2015 r. zgodził się na trzeci bailout, ale też na związane z nim, jeszcze bardziej drakońskie oszczędności. Czyli zrobił dokładnie na odwrót, niż obiecywał, dochodząc do władzy. Inna sprawa, że w przypadku Grecji stawka była znacznie wyższa; nawet Warufakis wspomina, że koszty społeczne wyjścia z euro i wprowadzenia nowej drachmy byłyby katastrofalne.
Johnson zdaje się myśleć podobnie. Jego straszakiem są konsekwencje gospodarcze twardego brexitu. Ostatecznie jednak brytyjski gambit może okazać się jednym mostem za daleko. Tak jak przejrzano blef Tsiprasa, tak samo może być z Johnsonem.
Dotychczas wszystkich, którzy wypominają mu, że twardy brexit to gospodarcze seppuku dla Zjednoczonego Królestwa, wyzywał od czarnowidzów i defetystów. Jednak gdy Izba Gmin po raz trzeci głosowała za porozumieniem wyjściowym premier May i było wiadomo, że jeśli nie zostanie przyjęte, to Wielka Brytania nie tylko nie wyjdzie, ale jeszcze będzie musiała zorganizować wybory do europarlamentu – Johnson spękał. Zapomniał o tym, że przez dwa lata na łamach „The Daily Telegraph” wylewał pomyje na ten dokument i ostatecznie za nim zagłosował. Jak będzie tym razem?