Afery korupcyjne z udziałem polityków głównych partii powodują, że otwiera się pole do przejęcia prezydentury przez populistów.
Brazylii grozi nie tylko to, że zbliżające się wybory prezydenckie (za cztery i pół miesiąca) wygra jakiś prawicowy czy lewicowy populista, ale o przejęcie władzy będą walczyć niemal zupełnie przypadkowi ludzie. Upadek klasy politycznej w tym kraju – będącym ósmą co do wielkości gospodarką świata i aspirującym do roli ponadregionalnego mocarstwa – jest tak głęboki, że trudno znaleźć kandydata, który ma choćby dwucyfrowe poparcie.
W minionym tygodniu z ubiegania się o reelekcję zrezygnował Michel Temer. – Jestem realistą. Wiem, co zrobiłem, a czego nie zrobiłem (pełniąc urząd) – powiedział w telewizji. Tak naprawdę to jego dokonania wcale nie są złe. Od kiedy w połowie 2016 r. przejął władzę po impeachmencie Dilmy Rousseff, zdołał przeforsować trochę reform gospodarczych, w tym zwłaszcza prawa pracy, które pozwoliły Brazylii wyjść z najgorszego od dziesięcioleci kryzysu. Wzrost PKB nie jest duży, bo według prognoz w tym roku nieznacznie przekroczy 2 proc., ale sukcesem jest to, że w ogóle gospodarka rośnie, zważywszy, że w latach 2014–2016 zanotowała ona 11 kolejnych kwartałów na minusie. Sukcesem Temera jest też opanowanie inflacji, która z dwucyfrowego poziomu na początku 2016 r. zeszła w kwietniu do akceptowalnego poziomu 2,8 proc. Z tym, że bolesne reformy gospodarcze nie są czymś, co przysparza głosów, a konto Temera obciąża to, że jak niemal wszyscy brazylijscy politycy jest uwikłany w afery. W efekcie wskaźnik aprobaty dla jego działań wynosi ok. 4 proc., zaś w sondażach przed październikowymi wyborami dostawał ok. 1–2 proc. głosów. Temer udzielił poparcia Henrique Meirellesowi, który przez wiele lat był szefem banku centralnego, a do niedawna ministrem finansów. Ten jest wprawdzie ceniony w międzynarodowych kręgach finansowych, ale nie przez Brazylijczyków – w sondażach dostawał ostatnio mniejsze poparcie niż Temer.
Reklama
W hipotetycznych sondażach do niedawna bezapelacyjnie prowadził były lewicowy prezydent (2003–2011) Luiz Inacio Lula da Silva, który deklarował zamiar startu, do czego jednak nie dojdzie, bo w kwietniu rozpoczął odsiadywanie 9,5-letniego wyroku za korupcję. W tej sytuacji kandydatem Partii Pracujących, z której wywodzą się Lula i Rousseff, będzie zapewne były burmistrz Sao Paulo Fernando Haddad, ale na niego chce głosować też tylko 3–4 proc. pytanych.
Najwięcej, bo aż ok. 45 proc. Brazylijczyków, jeszcze nie wie, na kogo zagłosuje i fakt, że lista kandydatów nie jest jeszcze zamknięta, nie jest głównym powodem. Liderem jest dziś prawicowy populista Jair Bolsonaro – wieloletni członek Kongresu, a wcześniej oficer armii, który stylizuje się na brazylijskiego Donalda Trumpa. Zapowiada ostrą walkę z przestępczością i korupcją oraz przeprowadzenie liberalnych reform gospodarczych. Opowiada się za liberalizacją prawa do posiadania broni, przywróceniem kary śmierci, znany jest z obraźliwych wypowiedzi na temat kobiet, mniejszości rasowych i seksualnych, a także z obrony wojskowej dyktatury. Bolsonaro jest jedynym kandydatem z dwucyfrowym poparciem. Za nim są działaczka ekologiczna i kandydatka w poprzednich wyborach Marina Silva oraz weteran polityczny o lewicowych poglądach Ciro Gomes. Dopiero na kolejnym miejscu jest pierwszy polityk mający według kręgów biznesowo-finansowych racjonalny program gospodarczy. Były gubernator Sao Paolo Geraldo Alckmin ledwie przekracza w sondażach 5 proc. i nawet jego wejście do drugiej tury wydaje się mało realne.