Z poślizgu wychodzi się, dodając gazu – radzą rajdowcy. Rządzący Turcją Recep Tayyip Erdogan zastosował tę zasadę w polityce: zarządził wcześniejsze wybory.
Dziennik Gazeta Prawna
Czas pozbyć się chorób starego systemu – rzucił prezydent Turcji w trakcie transmitowanego w telewizji orędzia, w którym zapowiedział na 24 czerwca przyspieszone wybory. – Sytuacja w Syrii i wszędzie indziej sprawia, że bezzwłocznie należy przejść do nowego systemu rządów, by silniej kształtować przyszłość kraju – tłumaczył.
Gdy tylko Erdogan – nazywany przez rodaków Sułtanem – zniknął z ekranu, nad Bosforem zawrzało. I cały czas wrze: wybory były planowane dopiero na przyszły rok, opozycja liczyła na to, że do tego czasu uda się jej wzmocnić, a popularność rządzącej Turcją od 16 lat Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) osłabnie. Bo wzorcowo rozwijająca się od dekady gospodarka złapała zadyszkę, rządy AKP stają się z miesiąca na miesiąc coraz bardziej zamordystyczne, na wschodnich rubieżach kraju ponownie rozgorzał konflikt z Kurdami, tureckie oddziały walczą w Syrii, a w więzieniach roi się od ludzi, którzy kiedyś byli elitami.
Reklama
Ale nic z tego. „Wojna nie polega na tym, by oczekiwać, że wróg nie zaatakuje, ale na tym, by uniemożliwić mu ten atak” – tę mądrość ze „Sztuki wojny” Sun Tzu posiadł niewątpliwie Erdogan. Dokładnie rok temu Sułtan dostał od Turków zielone światło dla zmian – ponad 51 proc. wyborców opowiedziało się w referendum za zmianami w konstytucji wprowadzającymi de facto system prezydencki.

Reklama
Turecka opozycja do dziś jest przekonana, że wyniki referendum są co najmniej dyskusyjne: w dniu głosowania państwowa komisja wyborcza zniosła wymóg użycia oficjalnie oznaczonych urn wyborczych – i w ostatecznym rozrachunku mogło się takich dodatkowych urn pojawić nawet 1,5 mln. Z kolei aktywiści uczestniczący w kampanii przeciw zmianie konstytucji lądowali przed referendum na komisariatach, a dziennikarze w aresztach – wszyscy pod zarzutem „znieważania prezydenta” lub „hańbienia wartości religijnych i wzniecania nienawiści”. Pacyfikowanie oponentów było tym łatwiejsze, że w Turcji obowiązywał – i obowiązuje do dziś – stan wyjątkowy wprowadzony po nieudanej próbie puczu przeciw Erdoganowi latem 2016 r.
– To wszystko jest cywilnym zamachem stanu – krzyczał niedawno w parlamencie lider niegdyś niepodzielnie rządzącej krajem, a dziś opozycyjnej Partii Republikańskiej, Kemal Kiliçdaroglu. Zrelacjonowana przez dziennik „Hurriyet” pyskówka zamieniła się w absurd, gdy republikańscy deputowani zaczęli zarzucać politykom AKP, że w czasie próby wojskowego przewrotu w 2016 r. „ukrywali się” przed puczystami. – Hańba – sapał Erdogan, który obserwował burzliwą debatę, by w końcu demonstracyjnie opuścić budynek parlamentu.
Z podobną swadą politycy AKP ucinają krytyczne uwagi płynące ze świata. Na początku ubiegłego tygodnia Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy zasugerowało Ankarze, by odłożyła wybory na bardziej odległy termin. – Na szali jest demokratyczna legitymacja tych wyborów, które zostałyby zorganizowane w czasie obowiązywania stanu wyjątkowego. Obecność policji w punktach głosowania mogłaby mieć odstraszający wpływ na głosujących. Wszystkie tego typu czynniki w poważny sposób podważają demokratyczną naturę wyborów – pouczali członkowie komitetu monitorującego Zgromadzenia. – Rada Europy powinna pilnować swojego nosa – odpowiedział na te apele premier Binali Yildirim, na początku tygodnia przebywający z wizytą w Hiszpanii. – To nie ona będzie wybierać, tylko Turcja – uciął.
Nadciągający sztorm
– Rozpisując wcześniejsze wybory parlamentarne i prezydenckie na 24 czerwca, prezydent Erdogan zamierza popłynąć na fali nacjonalizmu i zyskać mandat do sprawowania pełni władzy, zanim ciemne chmury nad gospodarką przerodzą się w sztorm z prawdziwego zdarzenia – taką obrazową metaforą podsumowują intencje Sułtana autorzy analizy opublikowanej przez amerykański think tank Brookings Institution, Kemal Kirişci i Kutay Onayli.
Ankara mogłaby zapewne skwitować, że chodzi o burzę w szklance wody. Co prawda o dwucyfrowym wzroście gospodarczym można już zapomnieć, ale w ubiegłym roku turecka gospodarka rozwinęła się o – wciąż imponujące – 7,4 proc. – Zaledwie dwumiesięczna kampania wyborcza to dla inwestorów zagranicznych dobre wieści – tłumaczył wicepremier Mehmet Şimşek w wywiadzie dla Bloomberga. – Wybory będą szybkie, bezbolesne dla gospodarki, okres niepewności szybko dobiegnie końca, sytuacja będzie klarowna – zachwalał.
Problem w tym, że to już jedynie cień świetności sprzed kilku minionych lat, na dodatek prognoza na ten rok jest jeszcze słabsza – według „Financial Times” Turcja nie dobije nawet do progu 5 proc. Ba, analitycy banku Goldman Sachs są jeszcze mniej optymistyczni. – Oczekujemy, że turecka gospodarka będzie w 2018 r. rosnąć w tempie 4 proc. – zapowiedział bank pod koniec marca.
Eksperci wytykają, że turecka lira straciła w relacji do dolara połowę wartości w ciągu ostatnich pięciu lat, a w pierwszym kwartale tego roku biła rekordy słabości. Inflacja według wyliczeń niezależnych od rządu ośrodków miała dobić do poziomu 11 proc. Koniunktura kręci się, bo Turcy na potęgę zaczęli brać kredyty, a rząd nie skąpi funduszy stymulujących poszczególne sektory gospodarki.
Od początku roku zachwiały się dwa potężne koncerny, w tym potentat na rynku słodyczy Yildiz Holding – ich długi mają sięgać w sumie 9 mld dol. A według „Financial Times” to zaledwie wierzchołek góry lodowej długów, jakie narobiły tureckie firmy. Co więcej, od czasu udaremnionego wojskowego przewrotu dwa lata temu nad Bosforem ubyło milionerów – i to nawet o 5 tys. osób. Nie dlatego, że Turcy zbiednieli: z kraju uciekli ci związani z ruchem Fethullaha Gülena – rodzajem muzułmańskiego Opus Dei – a ich śladem podążają najprawdopodobniej biznesmeni i członkowie establishmentu sympatyzujący z opozycją. Te nastroje przekładają się też – wbrew uspokajającym twierdzeniom wicepremiera Şimşeka – na podejście inwestorów zagranicznych, którzy w najlepszym przypadku przyczaili się, czekając na rozwój sytuacji.
Ultranacjonalistyczna nadzieja
Trudno się zatem dziwić, że eksperci mówią o „ciemnych chmurach” nad gospodarką. Jeżeli dzisiaj nikt jeszcze nie zwraca na nie uwagi, to już pod koniec roku przeciętny Turek może zacząć odczuwać te nadciągające kłopoty na własnej skórze, a AKP może tracić poparcie. To prawdopodobnie był argument przeważający szalę – gdyż jeszcze kilka tygodni temu dopytywany o możliwość zorganizowania wcześniejszych wyborów Erdogan kategorycznie wykluczył taką opcję. Dziś sam przyznaje, że przekonał go do niej lider ultranacjonalistycznej Partii Ruchu Narodowego (Milliyetçi Hareket Partisi, MHP).
Moment jest idealny: dotychczasowa opozycja jest w totalnej rozsypce. W ciągu ostatniego roku na jej liderkę wyrosła Meral Akşener. Ta 60-letnia była działaczka MHP jeszcze przed ubiegłorocznym referendum zaczęła wyrastać na największą nadzieję tureckiej polityki. – W systemie parlamentarnym mamy mechanizm checks and balances (wzajemnego kontrolowania się instytucji). W Turcji czegoś takiego nie ma – przekonywała, nawołując do storpedowania planów zmiany ustroju przez Sułtana. – Ktokolwiek dostanie tak wielką władzę, zwariuje. Zwariowałabym, gdyby chodziło o mnie – zapewniała.
Kilka tygodni temu „The New York Times” nazwał ją „najbardziej nieustraszonym z przeciwników Erdogana”. Niewątpliwie należy do najbystrzejszych: już kilka miesięcy temu twierdziła, że Sułtan rozpisze przedterminowe wybory prezydenckie na drugą rocznicę nieudanego puczu – pomyliła się raptem o trzy tygodnie. Niewątpliwie jest niestrudzona – od czasu kampanii przed referendum niemal cały czas jest w drodze, objeżdżając większe i mniejsze miasta w całym kraju. I niewątpliwie jest politycznym dynamitem – jej Partia Dobra (Iyi Partisi, IYI) powstała zaledwie w październiku ubiegłego roku, a w efekcie decyzji o wcześniejszych wyborach wręcz nabrała impetu. Na początku ubiegłego tygodnia przejście do partii Akşener obwieściło 15 posłów Partii Republikańskiej, co zresztą okazało się celowym, bezprecedensowym zabiegiem umożliwiającym opozycji wprowadzenie nowego gracza do parlamentu. Transfer najwyraźniej nie był Sułtanowi w smak. – Oni zapaskudzają parlament – skwitował prezydent.
Ta irytacja nie jest żadnym zaskoczeniem, przynajmniej na chwilę opozycja pokazała kły i jedność. Poza tym jednak po 16 latach rządów AKP można byłoby się spodziewać, że każda opozycja będzie silna – choćby dzięki zmęczeniu elektoratu opatrzoną już ekipą. Tymczasem nad Bosforem adwersarze Sułtana wydają się wyjątkowo niezborni. Wspomniana już Partia Republikańska (CHP) przez dekady była opoką Republiki i wyrazicielką aspiracji establishmentu: świecka, proeuropejska – ale też legitymizująca nadzwyczajny wpływ armii jako strażnika tego kursu – partia miała w Turcji rząd dusz. Dopóki sama nie zapędziła się w kozi róg.
CHP nie poradziła sobie z pogłębiającym się kryzysem gospodarczym i galopującą inflacją na przełomie wieków. Przez dekady lekceważyła konserwatywny elektorat z mniejszych miast i z głębi Anatolii. Proeuropejski kurs oznaczał konieczność pogodzenia się z przegraną na rzecz Erdogana w 2002 r. i finalnie – konieczność potępienia pogróżek, jakie padały pod adresem AKP ze sztabu generalnego armii. Partii zabrakło też liderów – przez pierwszą dekadę tego stulecia ugrupowaniem rządził Deniz Baykal, dziś polityk 80-letni i skompromitowany rzekomym romansem ze swoją niegdysiejszą sekretarką. Od 2010 r. partią zarządza z kolei 70-letni Kemal Kiliçdaroglu, któremu nie tylko brak już energii i charyzmy, ale jeszcze na dodatek jest alewitą – członkiem bliskiej szyizmowi mniejszości religijnej, którą w Turcji od dziesięcioleci darzy się dużą dozą nieufności (jeszcze u progu lat 80. nad Bosforem dochodziło do okazjonalnych pogromów społeczności alewickich). W ostatnich, powtórzonych wyborach na jesieni 2015 r. CHP z trudem zdobyła nieco ponad 24 proc. głosów.
Na tym jednak kończy się lista poważnych przeciwników AKP i Sułtana. Jeszcze kilka lat temu największe nadzieje wiązano z liderem kurdyjskiej Demokratycznej Partii Ludowej Selahattinem Demirtaşem. Miał charyzmę, spore zaplecze wyborcze i młodość. Kariera ledwie 45-letniego dziś polityka dobiegła jednak dramatycznego końca po próbie przewrotu dwa lata temu – Demirtaş został aresztowany pod zarzutem współpracy z partyzantami z Partii Pracujących Kurdystanu (PKK), a w grudniu ubiegłego roku stanął przed sądem. Łącznie grożą mu 142 lata więzienia.
W parlamencie pozostają już tylko dwie siły – ultranacjonaliści z MHP, którzy z niegdysiejszego politycznego zaplecza organizacji Szare Wilki i prawicowych bojówek przekształcili się w przybudówkę AKP, oraz niewielka islamistyczna Partia Szczęścia, kierowana przez kolejnego matuzalema – 77-letniego Temela Karamollaoglu.
Partia Dobra, Partia Republikańska i Partia Szczęścia ogłosiły w ubiegłym tygodniu zawiązanie przedwyborczego sojuszu wymierzonego w AKP. Nie było to trudne, bo żadne z ugrupowań nie ma szczególnie wyrafinowanego programu wyborczego – Akşener sprowadza swoją agendę polityczną do przywrócenia wolności słowa (wypuszczenia dziennikarzy z więzień) i odpolitycznienia wymiaru sprawiedliwości. Ale trzeba to sobie jasno powiedzieć: los mediów czy sądownictwa nie jest wielkim zmartwieniem przeciętnego kupca z Anatolii czy mieszkańca stambulskiego blokowiska. Co innego, gdyby potencjalny kryzys gospodarczy zaczął pustoszyć mu portfel. Stąd też wyprzedzający atak Erdogana w zasadzie podcina opozycji skrzydła, zanim jeszcze zdążyła je choć trochę rozwinąć.
Nieszczęśliwe małżeństwo
– Była czwarta nad ranem, kiedy policja zaczęła dobijać się do moich drzwi. „Otwierać! Otwierać!” – wrzeszczeli. Jak tylko otworzyłem, musiałem położyć się na ziemię. Mieli potężne karabiny i nosili kominiarki – opowiadał Denizhan Eren, 23-letni student z szacownego Uniwersytetu Bogaziçi w Istambule. Z 30 zatrzymanych w ten sposób studentów prawie połowa została umieszczona w areszcie, grozi im proces.
Turcja to dziś kraj w stanie wojny – i nie tylko o stan wyjątkowy chodzi. Od końca stycznia zaczęły się bombardowania północnej części Syrii, okolic zamieszkanego przez Kurdów miasta Afrin – po nich zaś ruszyła operacja lądowa, opatrzona oficjalnym kryptonimem „Gałązka oliwna”. Ankara postanowiła w ten sposób spacyfikować lokalne oddziały YPG – kurdyjskiej milicji wspieranej przez Amerykanów, które jeszcze kilka lat wcześniej desperacko stawiały opór oddziałom Państwa Islamskiego w regionie. Teraz YPG jest uznawana przez Turcję za przedłużenie partyzantki PKK.
Zajęcie Afrin w połowie kwietnia zostało przyjęte przez rząd i wspierające go media wybuchem euforii. Studenci uczelni Bogaziçi z kolei odpowiedzieli na medialną kampanię własną demonstracją – na kampusie uniwersyteckim rozwinęli transparent z hasłem: „Nie powinno się świętować okupacji ani masakry”. Była to czytelna aluzja do faktu, że turecka ofensywa w Syrii przyniosła dziesiątki, a może i setki ofiar, przede wszystkim cywilnych. Do protestu można by zresztą dopisać drugie tło: zarówno operacja wojskowa na terytorium Syrii, jak i obowiązujący w Turcji stan wyjątkowy pozwalają AKP sięgać po środki takie, jak choćby prewencyjna obecność mundurowych w punktach wyborczych.
Stąd też tak ostra reakcja na protesty na kampusach. Nie ograniczała się ona do wizyt funkcjonariuszy w kominiarkach o świcie, na temat studentów wypowiedział się też sam Erdogan. – To zdrajcy i terroryści – oznajmił. – Anulujemy ich prawo do dalszego kształcenia się – skwitował. Podobny los spotkał w sumie ok. 200 osób, które wzięły udział w rozmaitego rodzaju pikietach. Nie trzeba zresztą ruszać się z domu, żeby podpaść władzy. Odkąd zaczęła się operacja „Gałązka oliwna”, w całym kraju zatrzymano już 648 osób za krytyczne posty umieszczone w mediach społecznościowych.
Wojenka w Syrii jest dla Ankary użyteczna: bojowe wzmożenie służy mobilizacji elektoratu, choć jedynie niewielki krok dzieli piewców pacyfikacji Kurdów od przesady – na jednym z wieców Erdogan przytulił przebraną w mały mundurek kilkuletnią dziewczynkę i tak zagrzewał ją do oddania życia za ojczyznę, że dziecko zalało się w końcu łzami.
Liczy się jednak demonstracja siły. Mniejsza już o protesty Syrii – reżim Baszara al-Asada nigdy nie był sojusznikiem Ankary, oba kraje dogadywały się w zasadzie tylko w kwestiach związanych z tłumieniem niepodległościowych aspiracji Kurdów, nie mówiąc już o tym, że Asadowie wywodzą się z mniejszości alewickiej. Erdogan zyskał okazję do zademonstrowania swojej siły światowym mocarstwom: stojącej za Damaszkiem Rosji, wspierającej Kurdów Ameryce, próbującej mediować w Afrin Francji (i stojącej za nią Europie), a wreszcie próbującej dyskretnych nacisków ONZ. Co może mieć swoje daleko idące konsekwencje – na marginesie operacji Afrin istnieje ryzyko, że w Syrii Turcy i Amerykanie zaczną do siebie strzelać.
A to oznaczałoby konflikt wewnątrz NATO, gdzie Turcja dysponuje drugą co do wielkości armią i strzeże południowo-wschodniej flanki Sojuszu. Napiętą sytuację w kuluarach wojskowego aliansu tygodnik „The Economist” dyplomatycznie określa jako „nieszczęśliwe małżeństwo”, ale jest ona znacznie bardziej dramatyczna – tureccy mundurowi znani zachodnim sojusznikom znikają ze swoich biur szybciej, niż ktokolwiek byłby w stanie przewidzieć. Po fali aresztowań na podstawie zarzutów o kolejne spiski (sprawa organizacji Ergenekon, która w 2006 r. miała planować przewrót) dwa lata temu przez armię przeszło prawdziwe tsunami. Za kraty trafiło ok. 11 tys. wojskowych, którzy wzięli udział w próbie puczu lub przynajmniej mieli z nią sympatyzować. Z biur NATO z dnia na dzień odwołano ok. 400 oficerów, z których część wolała zostać na Zachodzie niż wracać nad Bosfor. Ba, Turcy nie wpuścili w ubiegłym roku deputowanych z Niemiec, którzy chcieli odwiedzić niemieckich żołnierzy w bazach Incirlik i Konya. To akurat miała być zemsta za to, że nieco wcześniej Berlin i Amsterdam uniemożliwiły Erdoganowi namawianie niemieckich i holenderskich diaspor tureckich do poparcia zmian w konstytucji. Sułtan otwarcie nazwał wówczas niemieckich liderów „wrogami Turcji”.
Dyktatura sułtanatu
Ironia losu. Półtorej dekady temu polityczny autsajder, jakim wówczas był Erdogan, został wybroniony przez Europę w imię reguł demokracji. Dzisiaj zamienił się w groźniejszą – bo potężniejszą i żywiącą się konfliktami – karykaturę swoich prześladowców sprzed niemal dwóch dekad. – Turcja wciąż formalnie zachowuje procedury demokratyczne – zastrzegają eksperci. Ale procedury to nie wszystko, niemal każdy przepis można interpretować. I tu zaczyna się pole do popisu dla technicznych wybiegów, jak przemieszczanie punktów wyborczych „do bezpieczniejszych lokalizacji”, „wyjątkowe” stosowanie nieoznakowanych urn wyborczych, zmiany granic okręgów wyborczych, zarzuty o zdradę i terroryzm.
Każda akcja wywołuje reakcję. „The Economist” już po ubiegłorocznym referendum dotyczącym uprawnień prezydenckich uznał Turcję za dyktaturę. W styczniu monitorująca przestrzeganie swobód i procedur demokratycznych organizacja Freedom House obniżyła ocenę kraju: z częściowo przestrzegającego zasad demokracji do nieprzestrzegającego tych reguł.
Politolodzy usilnie próbują jeszcze ważyć słowa. – Przepisy stanu wyjątkowego mogą uniemożliwić tureckim wyborcom jakiekolwiek protesty – piszą w analizie Kirişci i Onayli. – Sytuacja w Turcji nie jest porównywalna do tej w Armenii, gdzie fala demonstracji zmusiła premiera do dymisji. Z drugiej jednak strony protesty w sprawie zniszczenia parku Gezi w Istambule w 2013 r. (pikiety przeciw zabudowaniu jednego z miejskich parków przerodziły się w gwałtowne antyrządowe zamieszki – red.) były dla wszystkich niespodzianką. W przypadku prawdziwego czy nawet podejrzewanego oszustwa wyborczego demonstracje mogą z łatwością przerodzić się w przemoc, podważając legitymację wyborów i destabilizując cały kraj – ucinają. Co do tego jednak, jak wyglądałaby taka destabilizacja, nikt nie chce dywagować. Bo strach o tym myśleć.