Bogusław Sonik: Sprawiedliwy jest tylko Bóg

Bogusław Sonik fot. Darek Golik
Bogusław Sonik fot. Darek Golik Poseł Platformy Obywatelskiej, samorządowiec, działacz opozycji demokratycznej w czasie PRL. W latach 2004–2014 deputowany do Parlamentu EuropejskiegoDziennik Gazeta Prawna / Darek Golik
19 maja 2017

Zawsze twierdziłem, że trzeba otworzyć akta bezpieki, przeżyć to jakoś. Lepiej zmierzyć się z przeszłością, niż chować przed nią, tym bardziej że to bezskuteczne. Prawda i tak nas dopadnie

2945758-okladka-magazyn-dgp-19.jpg

Został jeden, Bronek Wildstein.

Tak, Wildstein i Pyjas wnieśli nam Maleszkę w wianie...

Moja obecna żona, Lilka Batko, Gosia Gątkiewicz, Ela Krawczyk, Józek Ruszar – wszyscy byliśmy z „Beczki”, akademickiego duszpasterstwa dominikańskiego. To Rysiek Terlecki zaproponował nam spotkanie z takimi hipisującymi studentami polonistyki i filozofii.

...A wtedy już nie „Pies”, bo jako znanego hipisa „Psa” widywałem go w końcu lat 60., kiedy przesiadywał na Plantach pod BWA. Wtedy, w 1976 r., miał okres biały, czyli chodził ubrany cały na biało, kończył studia w Lublinie, znał wszystkich w Krakowie i Warszawie.

On nas skontaktował z Wildsteinem i Pyjasem, i w ten sposób w mieszkaniu Bronka na Chocimskiej nastąpiło pierwsze spotkanie dwóch światów. Szybko przestali być dla nas mocno zabawowymi, wszystko kontestującymi chłopakami, zanurzonymi w swojej filozofii i poezji. My podpisaliśmy ich pismo w obronie zawieszonego na studiach Wildsteina, oni zaczęli zbierać podpisy pod listami KOR. Szybko się polubiliśmy.

Rzeczywiście tam chodziliśmy na najlepszą wtedy w Krakowie kawę u legendarnej pani Kazi. Tam rozdawałem ulotki KOR, zbierałem podpisy, spotykałem się z ludźmi. Biesiady były gdzie indziej.

Spotkaliśmy się w grudniu 1976 r., a w maju 1977 r. go zabili, ale to było bardzo intensywne pół roku, bardzo się zbliżyliśmy.

Mirosław Dzielski mówił o nim „wysokobiałkowy komputer pozbawiony ludzkich uczuć”, ale nam się chyba wtedy taki nie wydawał. Był wdzięcznym kompanem do rozmów i palenia gigantycznych ilości papierosów. Przesiadywał często, jak wszyscy, w mieszkaniu Lilki na Grodzkiej, kilka kroków od Rynku. Gdy mu brakło słuchaczy, gadał do lustra. Nie przychodziło nam do głowy, że mógłby zdradzić.

Myśmy aż tak rozrywkowi nie byli, ale w „Beczce” ćwiczyliśmy się w podejściu do życia publicznego przez debaty i dyskusje o tym, jak Ewangelia każe nam się angażować w życie publiczne. Dla mnie zresztą wzorem był Kościół południowoamerykański, który walczył z dyktaturami.

Interesowała mnie. Wtedy to się wydawało bardzo kuszące. W nas też zwyciężało myślenie, że nie można odrzucać zderzenia ze światem, że Kościół to nie tylko zakrystia.

To był cały kontekst: w marcu zbieramy podpisy pod listem protestacyjnym, jesteśmy coraz bardziej osaczani, straszą, robią rewizje, pojawiają się ohydne anonimy na temat Pyjasa wzywające do rozprawienia się z nim, my składamy wniosek do prokuratury o ściganie autora, a trzy dni później Staszek ginie. Milicja odmawia odnotowania w zeznaniach, że byliśmy inwigilowani, żadna z gazet nie chce wydrukować prostego nekrologu o mszy u dominikanów! A poza tym Wildstein widział Pyjasa w prosektorium, widział jego obrażenia. Stawało się jasne, że został zamordowany.

Była. Nie mogliśmy się dać zniszczyć po kolei. Wszystko ułożyło się w ciąg: akurat były juwenalia, na ulicach mnóstwo studentów, więc rzucamy hasło do ich bojkotu, organizujemy przemarsz pod Wawel i ogłaszamy powstanie SKS.

Wie pan, to był czas, kiedy kończyliśmy studia, wylatywaliśmy z gniazda...

Niewykluczone, taka też była intencja SB – wyizolować nas, zastraszyć, przekonać, że nic się nie da zmienić, skłonić do podjęcia normalnego życia, najlepiej z dala od wielkich ośrodków. Dlatego też część naszych przyjaciół wylądowała na wsiach jako nauczyciele, w Krakowie dla takich, jak my, pracy nie było.

Przyszła oferta od losu, by stanąć po jasnej stronie mocy, i ją przyjąłem. Potem nie było odwrotu. To znaczy, pewnie był, ale nikt go nie chciał dokonywać.

Bardzo poetycko opisuje ten czas, trochę piękny, ale bardziej parszywy. To banał, ale takie filmy są ważne, bo przywracają pamięć o imponderabiliach. Przecież to film o fundamentalnej zdradzie i jej konsekwencjach.

.

Tak było, niestety. Po 1990 r. wcale nie rozpoczęto śledztwa w sprawie śmierci Pyjasa, przez wiele lat był wciąż blokowany dostęp do dokumentów. To był rodzaj omerty.

No tak, ujawniliśmy Maleszkę, a wtedy dowiedzieliśmy się, że jesteśmy donosicielami.

Zawsze twierdziłem, że trzeba otworzyć akta bezpieki, przeżyć to jakoś. Lepiej zmierzyć się z przeszłością, niż chować przed nią, tym bardziej że to bezskuteczne. Prawda i tak nas dopadnie.

Jedno z drugim nie ma nic wspólnego.

Jestem przeciwnikiem takiej postawy, że jeżeli się z kimś nie zgadzam, bo ktoś mnie nawet obraził, to potem już się z człowiekiem nie widuję, nie podaję mu ręki czy mówię o nim same złe rzeczy.

Nie widziałem problemu, by pójść na 80. urodziny Kozłowskiego, bo on poza tym fatalnym epizodem przez długie lata robił dużo dobrego.

Na urodziny nie, ale jeszcze kilka lat temu rozmawialiśmy. A było to po bardzo ostrej konfrontacji między nami w kwestii śledztwa w sprawie śmierci Pyjasa.

Stało się, ja się z nimi nie zgadzałem, nie zgadzam i mówię to głośno.

Ależ skąd!

Nie mamy ze sobą zbyt wiele wspólnego, ale ponieważ wszyscy jesteśmy z Krakowa, to zachowujemy formę.

On nigdy nie zachowywał (śmiech). Ostatnio mi powiedział, że dłużej mieszka w Warszawie niż w Krakowie.

Jeśli chodzi o Krzysztofa Kozłowskiego, to widzę w tym syndrom ministra spraw wewnętrznych, który wchodzi do MSW, a ta machina go najpierw oswaja, a potem otorbia do tego stopnia, że on przyjmuje zupełnie nową perspektywę. Zresztą podobnie było z Kostkiem Miodowiczem czy z innymi ludźmi, którzy poszli do ministerstwa, tworzyli UOP i pokochali fachowców ze starych służb.

To perwersyjny umysł adwokata, który jest gotów zaangażować się w obronę każdego.

Romanowski kompletnie oszalał! Plecie bzdury, bo mu pasują do ideologii. Niech sobie przeczyta książkę Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów” o sprawie Przemyka, może to przywróci mu pamięć o tym, jak w PRL wyjaśniano sprawy śmierci zadanych przez aparat.

Dlaczego?

Tak było!

To są ludzie, którzy w 1990 r. weszli z przekonaniem, że budujemy Polskę na nowo, to, co się za nami ciągnie, jest nieistotne i trzeba to odłożyć na półkę. Mroki przeszłości? Nie ma na to czasu, zostawmy to, zajmijmy się wyzwaniami nowych czasów. Przyjęto model hiszpański, gdzie po śmierci gen. Franco zdecydowano, by zostawić przeszłość, nie ruszać jej, bo tylko przeszkadza.

Lepiej późno niż wcale.

Ja i stowarzyszenie Maj’77, którego jestem prezesem, protestowaliśmy przeciwko temu.

Ale się nie udało, a przecież mówiono, że akta SB należy po prostu zalać betonem i już nigdy do tego nie wracać. Pomysł, by lustrację zamknąć i przeszłości nie ruszać, nie umarł w latach 90.

Przypomnę, że utworzono IPN i ustawę lustracyjną również z poparciem mojej partii.

Nasz obecny przewodniczący...

To prawda, że byli i tacy ludzie, ale ja odpowiadam za siebie.

Kilkudziesięciotysięczny marsz jest jak okręt, do którego czasem się przyczepią różne glonojady.

Ja tam esbeków nie widziałem...

Na pewno glonojadami są ci, którzy nie przeszli weryfikacji i zostali usunięci ze służb w 1990 r. Natomiast nie nazwałbym tak tych, którzy weryfikację przeszli i pracowali w służbach przez dwadzieścia lat. Im Polska zaproponowała pewien kontrakt, czytelną zasadę funkcjonowania: od teraz pracujecie dla nas, uczciwie.

Ja się z nimi nie bratam, szedłem z grupą trzydziestolatków. Z telewizji dowiedziałem się, że byli na tej demonstracji. Ja ich nie zapraszałem, ale do takiego tłumu każdy może dołączyć.

Ja widziałem red. Renatę Kim z „Newsweeka” z tęczową flagą i jej nikt nie wypraszał.

Nie przyglądałem się.

Tylko Pan Bóg jest sprawiedliwy.

Już panu mówiłem, że przy takiej skali marszu to się mogło zdarzyć. A jako reprezentanci służb mundurowych szli ci, którzy zostali pozytywnie zweryfikowani po 1989 r. Im już raz odebrano przywileje emerytalne za pracę w SB do 1989 r., a teraz odbiera im się je za pracę w III RP. A przecież oni dostali od wolnej Polski promesę, którą im się teraz odbiera.

No tak, ale komisja weryfikacyjna w MSW działała w imieniu Rzeczypospolitej.

To co mamy teraz powiedzieć? Weryfikowali was niewłaściwi ludzie, niesłusznie zostaliście przyjęci do pracy, nie będziecie mieć żadnej emerytury? Oni teraz uważają, że Polska ich zawiodła, czują się pokrzywdzeni.

Tak, słusznie. Ci ludzie służyli Rzeczypospolitej po 1989 r., bo ich zaakceptowano, a teraz są za starzy na zmianę życia. A los tych, którzy weryfikacji nie przeszli i trafili do agencji ochrony, jest mi obojętny.

No właśnie.

Ja też tak sobie to wyobrażałem! Byłem przekonany, że prokuratura zrobi wszystko, tymczasem wystarczyło spojrzeć na najgłośniejsze sprawy – morderców ks. Popiełuszki czy Pyjasa. Wszędzie tam był ten sam mechanizm, czyli jeden osamotniony prokurator, który się miotał w sytuacji całkowitej niemożności. Niechęć przełożonych, żadnej pomocy ze strony innych instytucji, blokada na utajnione materiały SB.

Ja z nim rozmawiałem, chciałem zweryfikować kilka rzeczy, szczególnie agenturalność Karkoszy. To nie miało sensu, on unikał odpowiedzi, schodził na poboczne tematy, niczego nie powiedział.

Mówiłem mu, że niech spróbuje wieść normalne życie, niech sobie pisze o jazzie czy o czymś, ale on machał ręką, że nie będzie niczego mówił, o niczym pisał, bo Adam mu zabronił wypowiadać się publicznie.

Nie wiem, tak mówił Maleszka, ale to nie ma znaczenia.

Wykorzystuję ją, funkcje, które dzięki niej pełnię, do robienia pożytecznych rzeczy, nie zawsze związanych z życiem partyjnym.

To słyszałem, ale ja od kilkunastu lat jestem zaangażowany w sprawy ochrony środowiska, byłem wiceprzewodniczącym komisji w Parlamencie Europejskim, w Sejmie też. Tu mogę naprawdę coś zrobić.

Chcę, jestem jednym z trojga kandydatów Platformy, ale decyzje, kto będzie kandydował, zapadną najwcześniej w grudniu.

Niech mi pan wierzy, że to nie dlatego, że jeszcze muszę coś osiągnąć. Byłem szefem instytucji kultury, Biura Kraków 2000 i wiem, jak wiele rzeczy można zrobić, gdy człowiek o czymś decyduje, ma możliwość realnego wpływu na rzeczywistość. Bo powiedzmy sobie szczerze, że bycie posłem czy europosłem to zupełnie inna moc sprawcza. Jako poseł opozycji możesz sobie pisać interpelacje i kolędować po możnych tego świata, a prezydent miasta...

O, zdecydowanie!

To widać, gdy się nagle człowiek znajdzie poza nią. Wtedy jest – Francuzi mają takie określenie – déboussolé, kompletnie zdezorientowany, nie wie, w którą stronę iść. To pokazuje, jak bardzo polityka pochłania i dlatego trzeba się bronić, by cię nie pochłonęła w całości. 

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.