Bardzo drogie to nasze państwo. Po półrocznej telenoweli związanej z nadawaniem ofensywnych wobec przedsiębiorców uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy, premier Donald Tusk w końcu oświadczył: prace nad reformą nie będą kontynuowane i sprawa jest zamknięta. To dobra informacja, gdyż nadanie arbitralnego narzędzia urzędnikom, którzy mieliby prawo do przekształcania umów B2B w umowy o pracę według własnego widzimisię i bez liczenia się z realiami rynkowymi, było niebezpieczne dla obrotu gospodarczego. Ponadto mogło silnie uderzyć w wiele firm, które na takim sposobie współpracy oparły swój model biznesowy – z korzyścią zarówno dla siebie, jak i świadczeniodawców.

Drastyczny pomysł reformy PIP. Dobrze, że go zamknięto

Pomysł zrodzony w Ministerstwie Rodziny był drastyczny. Forsowano go przez wiele miesięcy, ogłaszając kolejne wersje projektu, a za uzasadnienie służyła nadinterpretacja tzw. kamienia milowego. Jednocześnie projekt niweczył całą politykę obecnego rządu związaną z deregulacją. Ta akcja – przeprowadzona przez tzw. zespół Rafała Brzoski – dawała nadzieję, że dochodzi do zerwania ze znanym od dekad modelem państwa, w którym urzędnicy mogą zrobić niemal wszystko wedle swego uznania.

Nie wiadomo, dlaczego premier Tusk zdecydował się na taki krok akurat teraz, bo o reformie głośno jest już od pół roku. Być może zrobił tak, obserwując sondaże i chcąc zniwelować szkodliwy wpływ tego projektu na wizerunek rządu. A może po długim namyśle wolnorynkowe podejście zwyciężyło. Lepiej późno niż wcale. Ale warto na tym „późno” się zatrzymać.

Ile kosztowała epopeja z Państwową Inspekcją Pracy?

W całej tej historii jest bowiem jeszcze jeden element, który bulwersuje. Reforma PIP, która właśnie trafiła do kosza, stanowi jaskrawy przykład legislacyjnej niestabilności i braku strategii państwa w kluczowych obszarach. Ministerstwa mogą w dowolny sposób miesiącami wydawać pieniądze na ekspertów, prawników i legislatorów, prowadzić setki konsultacji, zamawiać dziesiątki opinii i analiz, aby na końcu te tysiące godzin ludzkiej pracy – za którą płacą przecież podatnicy – rozpłynęły się w powietrzu. O niepewności rynku i przedsiębiorców nie trzeba nawet wspominać, bo napisano o tym wiele.

Może po tej epopei z Państwową Inspekcją Pracy warto postawić pytanie, ile ta zabawa w legislację kosztowała. Jaki jest rachunek tego wielkiego zamieszania, które dzisiaj się kończy? Bo gdyby koszty były jawne, a ktoś by je na serio liczył i przedstawiał do publicznej wiadomości, to kolejny „reformator” pewnie by się poważnie zastanowił następnym razem, podejmując decyzję o reformie – niekonsultowanej w rządzie, niezgodnej z umową społeczną, prącej wbrew rynkowi i wreszcie opartej na urzędniczej idei kontroli, stworzenia narzędzia, które wcale nie jest potrzebne naszej wspólnocie. Bo myśl, że wszyscy są nieuczciwi i trzeba ich kontrolować, powinna być dawno za nami, tymczasem takie historie jak ta z PIP przypominają, że tak nie jest.

Mam nadzieję, że będzie dobry morał z tej historii. I następnym razem, zanim ktoś siądzie do urzędniczego biurka napisać kolejną ustawę wywracającą świat, przypomni sobie reformę PIP i to, że plany też kosztują.