Z Jurasiem Ziankowiczem rozmawia Michał Potocki
Po wyjściu z białoruskiego obozu ogłosił pan zamiar pozwania Alaksandra Łukaszenki przed amerykańskim sądem. Jak wyglądają perspektywy sprawy?
Juraś Ziankowicz, białoruski opozycjonista, amerykański adwokat, w latach 2006–2007 współpracownik „Dziennika” (poprzednika DGP), w latach 2021-2025 odsiadywał wyrok 11 lat w białoruskim więzieniu za planowanie zamachu stanu, uwolniony w kwietniu w wyniku starań administracji Donalda Trumpa
ikona lupy />
Juraś Ziankowicz, białoruski opozycjonista, amerykański adwokat, w latach 2006–2007 współpracownik „Dziennika” (poprzednika DGP), w latach 2021-2025 odsiadywał wyrok 11 lat w białoruskim więzieniu za planowanie zamachu stanu, uwolniony w kwietniu w wyniku starań administracji Donalda Trumpa / Materiały prasowe / Fot. Ziankovich/Wikipedia

Nie chodzi o zemstę, tylko o sprawiedliwość. Moja historia jest jedną z tysięcy podobnych, chcę pokazać innym drogę do odszkodowania za wyrządzone im krzywdy. Na gruncie prawa amerykańskiego będzie to stosunkowo najłatwiejsze. Od 1789 r. istnieje ustawa ATS (Alien Tort Statute), która upoważnia obcokrajowców do wnoszenia pozwów do sądów amerykańskich o odszkodowanie od państw trzecich, jeśli naruszyły one prawo międzynarodowe. Są i inne przydatne ustawy: TVPA (Torture Victim Protection Act), która pozwala na pozywanie cudzoziemców za terroryzm, morderstwa czy tortury, czyli przestępstwa ścigane z mocy prawa międzynarodowego. Ta ustawa pozwala obejść immunitet suwerenny. Osoby prywatne nie są nim objęte.

Łukaszenka nie jest osobą prywatną, tylko głową państwa. Nawet jeśli politycznie go za taką nie uznajemy, to faktycznie nią jest, czego przejawem była jego niedawna rozmowa telefoniczna z prezydentem Donaldem Trumpem.

Zaraz do tego dojdziemy. Kolejną przydatną ustawą jest RICO (Racketeer Influenced and Corrupt Organizations Act), pozwalająca ścigać przestępczość zorganizowaną, w tym zagraniczne grupy przestępcze, a pod taką grupę można podciągnąć działania instytucji rządowych. Odpowiadając na pana pytanie, mogę się odwołać do kolejnej ustawy – FSIA (Foreign Sovereign Immunities Act), która zapewnia przestrzeganie immunitetu suwerennego w sądach amerykańskich, ale przewiduje pewne wyjątki. Pierwszy mówi – i z niego chciałbym skorzystać – że państwo nie może powoływać się na immunitet, jeśli popełnia akty terroru bądź dopuszcza się porwań.

To przykład samolotu linii Ryanair z Ramanem Pratasiewiczem na pokładzie, zmuszonego do lądowania w Mińsku.

Też. Inne wyjątki przewidują odpowiedzialność za ludobójstwo, za które Niemcy swego czasu były pozywane na mocy FSIA. Ja zamierzam udowodnić, że to, co stało się ze mną, czyli porwanie w Moskwie, było aktem terroru. Wtedy sąd ma prawo uchylić immunitet suwerenny i pozwolić na wytoczenie procesu białoruskiemu rządowi. Precedens już jest. Od kilku lat trwa sprawa adwokata z Kalifornii Emanuela Zeltsera, którego w 2008 r. skazano na Białorusi za rzekomy przemyt narkotyków. Uwolniono go za Baracka Obamy i wrócił do USA. Jego sprawa nie jest do końca jasna, w tle były rozgrywki dotyczące Borisa Bieriezowskiego i spadku po Badrim Patarkaciszwilim (odpowiednio rosyjski i gruziński oligarchowie, którzy skonfliktowali się z Kremlem – red.). Zeltser sądzi się z koncernem Biełnaftachim i dowodzi, że ponieważ należy on do białoruskiego rządu, to odpowiada majątkiem za jego działania. Biełnaftachim powołał się oczywiście na immunitet państwa, ale Sąd Najwyższy USA uznał, że w tym przypadku nie ma do tego prawa, ponieważ to, co się stało z Zeltserem, spełnia kryteria przestępstwa międzynarodowego. Mam nadzieję, że uda mi się na ten precedens powołać.

Były skuteczne precedensy uzyskania odszkodowań?

Były sprawy więźniów reżimów irańskiego czy wenezuelskiego z sumą odszkodowań rzędu kilku miliardów dolarów. Te pieniądze są wypłacane z zamrożonych aktywów państw. Rząd irański nie odpowiada na wezwania sądowe, bo gdyby raz to zrobił, to można by powoływać się na to jako na uznanie jurysdykcji amerykańskiego sądu.

Czy były precedensy dotyczące pozywania głów państw?

Nie słyszałem o nich, ale jeśli można uchylić immunitet państwa, to na tej samej zasadzie można uchylić immunitet głowy państwa.

Czego będzie pan żądał?

Będę wnosił o 35 mln dol. odszkodowania. To pieniądze, które straciłem w ciągu tych czterech lat odsiadki, pomnożone przez trzy, zgodnie z ustawami RICO i TVPA, które pozwalają na zasądzenie trzykrotności strat z tytułu nieuzyskanych dochodów.

Kiedy zamierza pan złożyć pozew?

Miałem nadzieję, że uda mi się to zrobić jeszcze przed przyjazdem do Polski, ale to jednak ogrom pracy. W tej chwili mam na liście ok. 40 pozwanych. Sądzę, że w sumie będzie to ok. 60 osób. Trzeba zdobyć dane każdej z nich, napisać uzasadnienie. Zamierzam udowodnić, że działali jako grupa zorganizowana, żeby móc skorzystać z RICO.

Kto będzie w grupie tych 60 szczęśliwców?

Zacznę od Łukaszenki. Potem przewodniczący Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego (KDB) Iwan Tertel, czołówka departamentu śledczego KDB, propagandyści, którzy opisywali moją sprawę w telewizji białoruskiej, łamiąc przy okazji prawa autorskie, ponieważ publikowali ukradzione nam nagrania narad, które prowadziliśmy na Zoomie. Nie mogą się powoływać na prawo cytatu, ponieważ te nagrania nigdy nie zostały upublicznione, lecz uznane za materiały śledztwa przez prokuraturę.

Prokuratura i w demokracji ma prawo ujawniania materiałów śledztwa.

Tak, ale to nie znaczy, że twory nie są chronione prawem autorskim. Poza tym chodzi o przepisy amerykańskie, a nie białoruskie, a łatwo udowodnić, że nagrania były wyświetlane na terenie USA, choćby na YouTubie, który należy do podmiotu prawa amerykańskiego.

Korzysta pan ze wsparcia struktur opozycji w ustalaniu tożsamości i adresów pozwanych?

Cyberpartyzanci mocno mnie wspierają, dostarczając informacje i weryfikując moje.

Szykuje się zapewne wieloletnia batalia prawna.

Myślę, że tak. I wydaje mi się, że rząd białoruski nie pójdzie śladem Iranu i będzie walczył w sądach.

Amerykańskie instytucje federalne angażują się w tego typu sprawy?

Mam zamiar wyciągnąć z nich dużo informacji. KDB występował o pomoc prawną, więc Departament Sprawiedliwości otrzymał z Mińska materiały śledcze. Widziałem je po stronie białoruskiej. Tamtejsze prawo nie pozwoliło mi na sporządzenie kopii, więc zamierzam je wyciągnąć od strony amerykańskiej na podstawie FOIA (Freedom of Information Act).

Powodzenia. Od czterech lat czekam na odpowiedź na własny wniosek złożony na podstawie FOIA.

Może warto pozwać instytucję, od której pan oczekuje odpowiedzi, do sądu federalnego, żeby przyspieszyć procedurę?

Amerykanie udzielili wtedy pomocy prawnej reżimowi?

Nie. Wiąże się z tym zabawna sytuacja. Od razu im powiedziałem, że na Amerykanów nie mają co liczyć. Ale oni mi udowadniali, że mają porozumienie ze Stanami, że wszystkie informacje zostaną dostarczone, moje aktywa w USA – aresztowane, przeszukają tam moje biura i mieszkania. Po roku spotkaliśmy się ze śledczym u niego w gabinecie. Powiedział mi, że przyszła odpowiedź strony amerykańskiej, ale pokazał samą końcówkę, w której było podziękowanie za współpracę KDB z Departamentem Sprawiedliwości USA i dopisek, że jeśli pojawią się dodatkowe pytania, proszą o telefon. Powiedziałem, że to jest kulturalnie ujęte spławienie. Później przeczytałem w aktach całość odpowiedzi. To były cztery słowa: „Odmawia się pomocy prawnej”.

Było jakieś uzasadnienie? Powołanie się na brak demokracji na Białorusi?

Nie, sama odmowa. W sprawie o znieważenie milicjantów, którą mi potem wytoczono, też zwrócono się o pomoc prawną. Przyszła odpowiedź na dwie strony tekstu, w której napisano, że to, o co się mnie oskarża, nie jest przestępstwem w Stanach Zjednoczonych, lecz prawem chronionym pierwszą poprawką do konstytucji. Efekt ten sam: odmowa.

Kwestia współpracy z USA prowadzi nas do drugiego krańca pana historii z więzieniem. Rzeczniczka Łukaszenki Natalla Ejsmant mówiła, że został pan uwolniony na prośbę Waszyngtonu. Jak to wyglądało?

Widziałem dokumenty śledcze, że przedstawiciele USA od dłuższego czasu starali się do mnie dotrzeć, ale zawsze im odmawiano. Po raz pierwszy spotkałem się z wysłannikami rządu amerykańskiego 4 stycznia 2025 r. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem też wiadomości od żony. Amerykanie powiedzieli, że wkrótce zostanę uwolniony, ale nie znają jeszcze konkretnej daty.

To było jeszcze za Joego Bidena.

Tak, pod sam koniec jego rządów, ale działał już wtedy zespół Trumpa ds. przekazania władzy. Ani KDB, ani przedstawiciele Waszyngtonu nie ukrywali, że to się dzieje dzięki aktywności Trumpa, który już wtedy postawił sobie za cel uwolnienie wszystkich Amerykanów przetrzymywanych nielegalnie za granicą.

Christopher Smith z Departamentu Stanu przyjechał do Mińska tuż po inauguracji Trumpa.

I wywiózł pierwszego amerykańskiego obywatela. To osoba niepubliczna, nie podaje się jej nazwiska. Wiem, że mieszka na Florydzie i była zatrzymana chyba za zniesławienie Łukaszenki w internecie. Dali tej osobie jakąś karę w zawieszeniu, przetrzymali nawet dwa tygodnie ponad przewidziany przez prawo termin, by przekazać Smithowi. Wiem z prasy i rozmów z dyplomatami, że zamiast mnie chcieli oddać młodego chłopaka, który próbował nielegalnie przekroczyć granicę litewsko-białoruską. John Cole (zastępca Keitha Kellogga, odpowiadającego u Trumpa m.in. za relacje z Ukrainą – red.) powiedział im, że ta osoba nie jest na liście osób nielegalnie więzionych i interesuje ich tylko Ziankowicz. W tej sytuacji Łukaszenka powiedział, by „zabrali sobie tego bin Ladena”. Tego dnia miałem spotkanie z Tertelem.

Jak wyglądało?

Wyprowadzono mnie z celi, zawieszając wszystkim innym więźniom spacery. Przeprowadzono do jakiegoś pomieszczenia reprezentacyjnego. Poczułem za plecami, że ktoś wszedł. Odwróciłem się. Tertel powiedział, że nie będzie się przedstawiał, bo zapewne wiem, kim jest. „Oczywiście, Iwanie Stanisławawiczu, doskonale wiem, kim pan jest”. Powiedział, że została podjęta decyzja o moim uwolnieniu. Że Łukaszenka nazajutrz wraca z Rosji i na 99 proc. podpisze dokumenty. Mówił, że były dyskusje na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa, że były głosy, by mnie nie uwalniać, ale Łukaszenka podjął inną decyzję, bo mnie bardzo szanuje. Jestem otwarty i szczery, a Łukaszenka docenia to w innych ludziach. Krótko mówiąc, usłyszałem w imieniu Łukaszenki wiele komplementów. On sam następnego dnia nazwał mnie bin Ladenem.

Godna podziwu konsekwencja.

Tertel powiedział, że mogę zostać na Białorusi albo ją opuścić. Gdy powiedziałem, że wyjadę, odparł, że dostarczą mnie na granicę i przekażą władzom innego państwa. Pokazano mi potem paszporty – amerykański i białoruski – i nakazano pokwitować odbiór. Mieli mi je oddać konwojenci na granicy. Ale oddali tylko amerykański. Dokumentu białoruskiego nie mam, podobnie jak papierów poświadczających uwolnienie. Nie mogę być nawet pewien, czy nie jestem teraz ścigany za ucieczkę z więzienia.

Od kiedy pan wiedział, że Amerykanie starają się o pana uwolnienie?

Od 4 stycznia. Spotkały się ze mną cztery osoby: z Białego Domu, Departamentu Stanu, wydziału konsularnego Departamentu Stanu i ze specjalnej grupy zajmującej się sprowadzaniem porwanych Amerykanów do domu.

Co to za grupa?

SPEHA, specjalny wysłannik prezydenta ds. zakładników. Komórka Departamentu Stanu, której szefa powołuje prezydent.

Wspomnieliśmy już o telefonie Trumpa do Łukaszenki, tuż przed spotkaniem amerykańskiego prezydenta z Władimirem Putinem. Jakie cele według pana stawiają sobie obie strony tego kiełkującego dialogu?

Łukaszence chodzi o uznanie za głowę państwa i gwarancję dla jego władzy, najlepiej dożywotniej, z prawem jej przekazania. Stąd zgoda na wypuszczenie więźniów politycznych. Gdy przyjechał Smith, to uwolniono jednego, Cole’owi oddano mnie, generałowi Kelloggowi – 14 osób. Miałem okazję chwilę porozmawiać z Cole’em podczas lotu powrotnego za ocean. Według mojego zrozumienia Łukaszenka może uwolnić kilkaset osób w zamian za uścisk dłoni Trumpa.

Trump sugeruje to na Truth Social.

Trudno mi natomiast określić, jakie jest znaczenie Białorusi w polityce amerykańskiej. Być może Waszyngton próbuje odciągnąć Mińsk od Kremla, bo ten białoruski „balkon” stanowi strategiczne zagrożenie dla NATO i Ukrainy. Łukaszenka natomiast jest z jednej strony zainteresowany, by ta wojna nigdy się nie kończyła, bo tylko wtedy będzie potrzebny i Putinowi, i Zachodowi. Z drugiej strony nie chce wciągać Białorusi do wojny, bo jeśli zmusi armię do walki z Ukraińcami, grozi mu prawdziwy zamach stanu. Armia nie zamierza za niego ginąć.

Byłaby to kontynuacja zamiarów Trumpa z pierwszej kadencji, gdy do Mińska przyjeżdżał jego doradca John Bolton i szef dyplomacji Mike Pompeo.

Pompeo też wywiózł więźnia politycznego.

Jeśli Łukaszenka wypuści większą partię więźniów w zamian za spotkanie z Trumpem, będzie to oznaczało powrót do liberalizacji z lat 2015–2019? Czy po prostu nałapie sobie potem kolejnych zakładników i będzie po staremu?

Łukaszenka przestraszył się protestów z 2020 r. Ich powtórka spędza mu sen z powiek. Dla liberalizacji musiałby rozluźnić system, pozwolić na wolność ekonomiczną, jakąś działalność opozycyjną. Boi się tego, więc nie wierzę, że na to pójdzie. Ale i Amerykanie będą mieli problem ze zniesieniem sankcji, jeśli nie będzie liberalizacji. Łukaszenka dzisiaj może wypuścić tysiąc osób, a jutro wsadzić do więzień dwa tysiące. Inna sprawa, że Białoruś jako jedyny sojusznik Rosji może być ciekawym partnerem Ameryki w rozgrywce z Moskwą. Niby jest tym sojusznikiem, ale takim, który chętnie by wsadził Putinowi nóż w plecy. Łukaszenka Putina też się obawia, a Putin nie jest zachwycony blokowaniem przez Łukaszenkę przejęcia białoruskich przedsiębiorstw. Łukaszenka represjonuje nie tylko prozachodnią opozycję, ale i agentów Moskwy. Reżim jest między młotem a kowadłem. Jest Zachód, który chciałby go obalić, i Putin, który też by chciał, ale w tym momencie nie może sobie na to pozwolić. Dlatego pokój w Ukrainie nie jest dla Łukaszenki najlepszym rozwiązaniem, bo da Putinowi wolną rękę do zaprowadzenia rosyjskich porządków na Białorusi. Wszystko to tworzy pewną przestrzeń do gry dyplomatycznej.

Czy patrząc wstecz, dostrzegł pan moment, w którym Amerykanie zaczęli rozmawiać z reżimem o pana uwolnieniu? Może złagodzono panu warunki odsiadki?

Raz było łatwiej, raz trudniej, trudno powiedzieć. Na pewno czułem, że służba więzienna ma zakaz stosowania wobec mnie przemocy fizycznej. Trochę korzystałem z tego poczucia nietykalności. Mogłem sobie pozwolić na ciut więcej.

Co ma pan na myśli?

Na przykład trochę bardziej po chamsku rozmawiać z dyrektorem więzienia. Zwłaszcza gdy siedziałem w karcerze, bo wiele więcej mi nie mogli zrobić.

Poza karcerem stykał się pan z innymi więźniami politycznymi?

Bardzo rzadko. Jest wyraźny zakaz. Czasem udawało się pogadać z kimś przez ścianę czy podczas konwojowania. Nie wiem, czy to był przypadek, czy błąd strażników. Raz widziałem akta medyczne innych więźniów. Wśród nich te z nazwiskiem Andrzeja Poczobuta.

Co z nich wynikało?

Widziałem tylko nazwisko.

W jaki sposób więźniowie kryminalni odnoszą się do politycznych?

Różnie. Ktoś mówi o sobie, że jest białoruskim patriotą i współpracuje z więzienną administracją. Ktoś traktuje cię z szacunkiem. Generalnie tam siedzą ludzie o niskim poziomie wykształcenia, więc stosunkowo łatwo zdobyć u nich autorytet. Błatni, czyli zawodowcy świata przestępczego, mieli zakaz kontaktowania się z politycznymi. Ale czasem mi pomagali. Raz na tydzień dostarczali do celi kawę, herbatę, papierosy. Po dwóch miesiącach administracja zorientowała się, co się dzieje.

Został pan zatrzymany w Moskwie w 2021 r. na spotkaniu z rzekomo antyłukaszenkowskim oficerem Sztabu Generalnego. Dlaczego zgodził się pan akurat na Moskwę? Skąd przekonanie, że jest pan dla Rosjan nietykalny?

W latach 2016–2020 brałem udział w projekcie, który zakładał nawiązanie dialogu między rosyjskim a ukraińskim społeczeństwem za pośrednictwem społeczeństwa amerykańskiego. Stąd pewne polityczne kontakty w Moskwie, przez które wydawało mi się, że pośredników raczej się nie aresztuje. Wygląda na to, że Putin, przygotowując się już wtedy do wojny, postawił kreskę na takim pośrednictwie.

Jakich argumentów używał oficer, który wyznaczył Moskwę na miejsce spotkania?

Podpułkownik Iwan Żurauski, który miał być organizatorem zamachu stanu, mówił, że białoruskie służby pilnują go na tyle mocno, że może bezpiecznie wyjechać tylko do Rosji albo Kazachstanu. Przy czym Kazachstan był opcją ryzykowniejszą. Od ludzi znających kuchnię usłyszałem, że można tam jechać, tylko mając osobiste gwarancje prezydenta Kazachstanu, bo oni blisko współpracują z Białorusią. Powiedzieli mi też, że służby kazachskie są mniej profesjonalne od białoruskich, za to bardziej brutalne.

Organizacja, z którą pan współpracował od 2016 r., to Rosyjska Fundacja Pokoju (RFM).

To był nasz partner po stronie rosyjskiej. Stara organizacja, jeszcze z czasów radzieckich.

Na jej czele stoi Leonid Słucki, obecny szef Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji, następca Władimira Żyrinowskiego. On odpowiadał za kontakty z wami?

Nie. Jego zastępca, Anatolij Sałucki.

Słucki i Sałucki? Brzmi jak postaci z kreskówki.

Sałucki to starszy pan, już wtedy miał ponad 80 lat. Jeszcze w czasach radzieckich wykonywał różne delikatne misje za granicą.

Za to Słucki jest zaangażowany w twardą politykę i nijak nie kojarzy się z dialogiem ani ugodowością.

Wtedy jeszcze żył Żyrinowski, a Słucki mocniej się angażował w RFM.

Trudno było nie oskarżyć pana o naiwność, gdy się okazało, że pojechał pan do Moskwy dobrowolnie. Jak pan to ocenia z dzisiejszej perspektywy?

Powiem tak: gdybym znał karty przeciwnika, to nie popełniłbym tego błędu. Kto przegrywa, tego można oskarżać o naiwność, ale ten, kto wygrywa, okazuje się bohaterem, któremu ryzyko się opłaciło. Różnie z tym bywa. W tamtej sytuacji wydawało mi się, że ryzyko może się opłacić.

Czy Żurauski w jakiś sposób uwiarygodnił swoje twierdzenia, że stoją za nim wpływowi ludzie z armii i można z nim bezpiecznie rozmawiać o zamachu stanu?

On naprawdę był oficerem Sztabu Generalnego. Nie sprawdzałem tego szczególnie, bo gdyby to była prowokacja KDB, to wyrobienie gościowi dokumentów, że jest oficerem Sztabu Generalnego albo nawet zatrudnienie prawdziwego oficera nie byłoby żadnym problemem. Podpułkownik w białoruskim systemie stoi wyżej niż w polskim. Poza tym pracował w wydziale szkoleń i rzeczywiście mógł jeździć po wszystkich jednostkach i rozmawiać z ich dowódcami. Brzmiał wiarygodnie.

Co zamierzaliście zrobić?

Zakładaliśmy, że Żurauski i jego ludzie jako wojskowi wiedzą, jak się przeprowadza operacje wojskowe. My tego nie wiedzieliśmy, bo nigdy nie organizowaliśmy zamachu stanu. Powiedziałem mu, że nie jestem wojskowym, więc to jego działka. Pytanie do nas dotyczyło tego, co dalej. Rozmawiam z kolegami z opozycji i wiem, że niewielu z nich rozumie, co robić minutę po obaleniu Łukaszenki.

Ryszard Kapuściński te dylematy świeżo wygranej rewolucji świetnie opisał w „Szachinszachu”.

Żurauski poprosił o przygotowanie planu reform. Co robić po minucie, paru godzinach, dniach. Powiedziałem, że rozpiszemy to na pięć lat. No bo tak: skoro Łukaszenka znika, to kto ma przejąć jego obowiązki? Rząd jest mianowany przez Łukaszenkę, więc nielegalny. To samo z parlamentem, władzami lokalnymi i sądami. Nie ma żadnego legalnego organu władzy państwowej. Skoro tak, to wszystko trzeba budować od zera. Ale kto ma podejmować decyzje i wydawać rozkazy? Pomysł był taki, by powołać juntę. Potem pisze się konstytucję na wzór Polski z pięcioletnim terminem ważności. Najpierw wojskowi decydują o wszystkim, potem wybiera się władze lokalne, następnie parlament, a na końcu prezydenta, po czym junta podaje się do dymisji. Częścią konstytucji miał być zapis, że wszyscy członkowie junty mają dożywotni zakaz sprawowania stanowisk państwowych. Żeby działali w interesie narodu, a nie własnym.

Nie było pomysłu, by oddać władzę Swiatłanie Cichanouskiej jako zwyciężczyni wyborów w 2020 r.? Potem ona mogłaby zrobić to wszystko, o czym pan mówi.

Ona nie miała autorytetu w wojsku. Oni od razu powiedzieli, że taka opcja nie wchodzi w grę. Poza tym, jak już się tworzy organ z pełnią władzy, to lepiej, żeby był kolektywny, a nie jednoosobowy.

Spośród trzech osób pociągniętych za to do odpowiedzialności pan poszedł na współpracę ze śledczymi. Nic pan na tym nie zyskał, bo dostał 11 lat, czyli nawet o rok więcej niż Alaksandr Fiaduta i Ryhor Kastusiou (Fiaduta wciąż odbywa karę, a chory na raka Kastusiou wyszedł na wolność w 2024 r. – red.).

Tak się stało. Kastusiou nie przyznał się do winy. Fiaduta przyznał się częściowo, ale zaprzeczył, jakobyśmy chcieli zamordować Łukaszenkę. Ja zaś zawarłem umowę przedsądową. Żeby było to możliwe, musiałem się przyznać do wszystkich zarzutów. Tymczasem oni wzięli fragment kodeksu karnego mówiący o ekstremizmie i wszystko z niego przepisali, włącznie z zagrożeniem dla bezpieczeństwa migracyjnego i demograficznego. Powiedziałem, że to śmieszne, ale mogę skorzystać ze znanej z amerykańskiej praktyki frazy „nolo contendere”: nie przyznaję się do winy, ale nie zaprzeczam zarzutom, nie będę się o nie spierać.

Stworzenie zagrożenia dla bezpieczeństwa migracyjnego w chwili, w której białoruski reżim ściągał z całego świata migrantów, by ich przerzucić na granicę z Litwą i Polską, brzmi szczególnie perwersyjnie.

Ustawa definiuje, czym jest ekstremizm, a prokurator odczytał definicję w całości. Mówiłem po każdym zarzucie „nolo contendere”, aż w pewnym momencie sędzia mnie spytał, czy aby na pewno sam siebie nie pomawiam. Odparłem, że tak jest napisane w umowie przedsądowej i muszę się z niej wywiązać.

Sędzia dał znać, że zdaje sobie sprawę z absurdu.

Zatrzymano mnie w kwietniu 2021 r., a w maju 2021 r. zmusili do lądowania samolot z Pratasiewiczem. W ciągu tego miesiąca bezpieka namawiała mnie, bym odegrał taką rolę jak później Pratasiewicz.

Dziennikarz „Nexty” przeszedł na stronę reżimu i hejtował opozycję w zamian za łagodne potraktowanie.

Powiedziałem, że to nie wchodzi w grę, wolę iść do więzienia. Usłyszałem, że więcej nie usłyszę takiej propozycji. A jednak po historii z Pratasiewiczem wrócili z ofertą umowy przedsądowej. Naradziliśmy się z adwokatem. Śledczy mieli wszystkie karty poza jakimiś drobiazgami. Żurauski od początku działał w interesie KDB, więc mieli nagranie ośmiu narad na Zoomie, wysyłane przez nas dokumenty. Co miałem do stracenia? Przepisy przewidywały, że po zawarciu umowy mogę dostać nie więcej niż połowę maksymalnego wymiaru kary, czyli sześć lat.

Dostał pan 11.

Po rozprawie adwokat mi powiedział, że więcej nikomu tak nie doradzi. Instytucja umowy przedsądowej była nowa, miała może rok, i dopiero mój proces pokazał, że to bzdura.

Złamali przepisy, które sami dopiero co wprowadzili?

Zrobili to chytrze, bo za próbę zamachu stanu faktycznie dostałem sześć lat, ale w ostatniej chwili dorzucono mi trzy zarzuty karne, których umowa nie obejmowała, i zasądzono za wszystko karę łączną 11 lat. Potem dorzucili mi kolejne zarzuty i dodatkowe dwa i pół roku.

Nie mogę nie zapytać o związki z Polską. Studiował pan tu, znakomicie mówi po polsku, a nawet współpracował pan z „Dziennikiem”, z którego po połączeniu z „Gazetą Prawną” powstał DGP.

Studiowałem, ale nie skończyłem studiów. W sumie spędziłem w Polsce ponad 10 lat. Najpierw jako dziecko, bo mój ojciec w latach 1980–1985 pracował tu w przedstawicielstwie Izby Handlu Zagranicznego ZSRR. Jedno z moich pierwszych wspomnień to czołgi przed naszym domem w czasie stanu wojennego. Potem w latach 1996–1999 studiowałem w Polsce. Wróciłem na Białoruś, bo się ożeniłem. Zająłem się działalnością opozycyjną, byłem członkiem władz centralnych Partii BNF i miejskim radnym w Mińsku. Współpracowałem z „Dziennikiem”. Mile wspominam tamte czasy.

Teraz prowadzi pan praktykę adwokacką w USA.

Skończyłem prawo na Ukraińskiej Akademii Bankowości w Sumach i wyjechałem do Stanów. Bycie adwokatem w USA wydawało mi się pięknym marzeniem, ale okazało się, że to nie takie trudne. Wystarczy skończyć roczne studia, by zdawać egzamin adwokacki. Nie wszystkie stany na to pozwalają, ale Nowy Jork akurat tak. W 2012 r. skończyłem te studia. Egzamin zdałem za trzecim razem.

W czym się pan specjalizuje?

W prawie korporacyjnym i imigracyjnym.

Za Trumpa ma pan pewnie sporo pracy.

Nie, bo jeszcze nie odnowiłem licencji. Została zawieszona, kiedy przebywałem w więzieniu, bo nie opłacałem składki adwokackiej. ©Ⓟ