Mówili: „Oddamy cię chłopakom z okopów, niech się zabawią, a potem porąbią cię na kawałki i zakopią gdzieś w polu”. Rozumiałam, że mogą to zrobić. Właśnie dlatego, że mogą.

Zbrodnie popełniane przez Rosjan na jeńcach i cywilach na okupowanych obszarach Ukrainy nie są odstępstwem od normy ani wynikiem działań zdemoralizowanych żołnierzy. To systemowy element terroru oraz polityki zastraszania ludności cywilnej, w pełni akceptowany i wspierany przez dowódców. Tak wynika z opowieści osób, które przeżyły rosyjską okupację, i z raportów instytucji dokumentujących zbrodnie dla przyszłych trybunałów.

Ołena Łazariewa, elegancka pani po „50”, w 2014 r., gdy Rosjanie przynieśli na Donbas wojnę, pracowała jako anestezjolog w donieckiej klinice. Rozmawiamy w Kijowie niemal dokładnie 10 lat po tamtych wydarzeniach.

Ołena Łazariewa: Nie wyjechaliśmy z mężem, bo sądziliśmy, że to się wszystko szybko skończy. Zresztą dokąd wyjeżdżać? Tu jest twój dom, życie, twoja przeszłość. Miałabym to porzucić, bo jakiś chłopiec w mundurze przyszedł i powiedział, że to jest teraz jego ziemia? Aresztowali nas z mężem w październiku 2014 r., oskarżając o szpiegostwo. Takie było sformułowanie: szpiegostwo na rzecz zagranicznego państwa Ukraina. Ale jaka to zagranica? Jestem obywatelką Ukrainy, Donieck to ukraińskie miasto. Złapali mnie, kiedy wracałam z nieokupowanej części Ukrainy, dokąd pojechałam w swoich sprawach. Męża zatrzymali tego samego dnia w naszym mieszkaniu, ale wtedy o tym nie wiedziałam. Złapali mnie, przesłuchali, zaczęli torturować i grozić.

Ją i jej męża Andrija bezpieka zmusiła do odczytania przygotowanego oświadczenia, w którym małżonkowie przyznawali się do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy. Nagranie było potem pokazywane w donieckiej telewizji jako dowód na skuteczność działań kontr wywiadu w obronie młodej republiki przed agresją kijowskiej junty.

Ołena Łazariewa: Pierwszego dnia zawieźli mnie do bezpieki na przesłuchanie. Grozili mi, dusili plastikową torebką, szturchali pistoletem między żebra. Zadawali mnóstwo pytań, a gdy zbyt wolno odpowiadałam albo odpowiadałam nie tak, jak chcieli – wracali do duszenia. Założyli mi kajdanki i zacisnęli tak mocno, że traciłam czucie w rękach. Nie dawali wody ani nie pozwalali wyjść do toalety. Nie widziałam twarzy, bo przez całe przesłuchanie miałam torbę na głowie. Ale było ich siedmiu albo ośmiu. I Rosjanie, i miejscowi – można to odróżnić po akcencie. Przesłuchanie trwało do głębokiej nocy.

Ludmyła Husejnowa ma 62 lata, z których trzy spędziła w rosyjskich katowniach. Spotykamy się najpierw w Kijowie, a potem na jego przedmieściach. Mija pięć lat od jej zatrzymania przez nominalnie separatystyczną, a faktycznie sterowaną przez Rosjan bezpiekę. Gdy w 2014 r. Rosjanie po raz pierwszy napadli na Ukrainę, pracowała jako specjalistka bhp na ptasiej fermie. Nie ukrywała patriotycznych poglądów. Poza tym często przekraczała linię rozgraniczenia między Doniecką Republiką Ludową a Ukrainą, po czym wracała na tereny okupowane, zwracając na siebie uwagę.

Ludmyła Husejnowa: Przekazywałam pomoc wolontariuszom i naszym żołnierzom, którzy wtedy bronili Mariupola. Chodziło mi o to, żeby wiedzieli, że po tamtej stronie frontu też są ludzie, którzy ciepło myślą o Ukrainie. W zamian dostałam sztandar od batalionu Lwiw z podpisami żołnierzy i napisem „Dla patriotów Nowoazowska”. Przewiozłam go na tereny okupowane i schowałam. Leży do dziś w bezpiecznym miejscu. Tamtego sztandaru nie znaleźli, ale wcześniej zrobiłam mu zdjęcie i te fotografie gdzieś wypłynęły. To był pretekst, żeby mnie w 2019 r. zatrzymać, choć w sumie równie dobrze mogli to zrobić wcześniej. Widziałam potem donosy, które pisano na mnie od 2014 r. Powodem dla donosu było nawet to, że z przyczyn pryncypialnych nie wystąpiłam tam o emeryturę (od samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej – red.).

Na Husejnową donosiły cztery osoby, w tym dwaj koledzy z pracy. Ona i Łazariewa przez pewien czas siedziały w Izolacji, tajnym areszcie w Doniecku powstałym na terenie dawnej fabryki materiałów izolacyjnych, którą po upadku w 2010 r. przekształcono w placówkę artystyczną o tej samej nazwie.

Ołena Łazariewa: Cele w Izolacji mieściły się na parterze, w budynku administracji dawnej fabryki. Na pierwszym piętrze były pokoje strażników. W ciągu dnia brali nas, żebyśmy robiły remont ich pomieszczeń, sprzątały je. W Izolacji były eksponaty wykonane w postindustrialnym, postmodernistycznym stylu. Wśród nich taka wielka rura z kotłowni, wystylizowana na pomadkę do ust. Pierwsze, co zrobili, to ją wysadzili. Z jakiegoś powodu im przeszkadzała. Przed niektórymi celami zostawili za to tabliczki. Były cele z napisem „Księgowość”, „Dział kadr”. Ale zamiast biurek znajdowały się w nich zaimprowizowane prycze zrobione z jakichś metalowych konstrukcji, na których leżały drewniane drzwi.

Ludmyła Husejnowa: W Izolacji spędziłam 50 dni, a resztę czasu w donieckim areszcie nr 5, w celi z 20 kobietami. Wszystkie poza mną były więźniarkami kryminalnymi. Połowa z nich walczyła po stronie Rosji, inne miały syna czy brata, który służył. Dla nich od pierwszej minuty byłam ukropką (pogardliwe określenie Ukrainki – red.). Niektóre siedziały za narkotyki, ale była też taka, która po pijaku razem z kochankiem zamordowała poprzedniego kochanka i zjadła jego ciało. Jeśli do kolonii karnej przywożą mniej więcej czystą wodę, choć nie jest to woda pitna w naszym rozumieniu, to do „piątki” przywozili brudną wodę z jakimiś larwami i śmieciami.

Ołena Łazariewa: Do jedzenia dawali niedogotowaną, zarobaczoną kaszę. Jedynym jadalnym pożywieniem był chleb. Posiłki roznosili inni więźniowie. Gdy była akurat normalniejsza zmiana, starali się wydawać trochę więcej chleba, bo wszyscy rozumieli, że tej bałandy jeść się nie da. Ale byli i tacy, którzy dawali dwie kromki chleba i tyle.

Ludmyła Husejnowa: Wydawali po 1,5 l wody na dobę. To miało wystarczyć do picia i mycia. Cele latem nagrzewały się do 50 st. C. Powietrze nieruchome, nagrzane metalowe kraty i prycze, kamienne ściany. Da się w takich warunkach zachować kobiecą godność?

Ołena Łazariewa: Łatwo stracić poczucie czasu. Starałyśmy się liczyć dni, jakoś je oznaczać. W kwestii godzin było łatwiej, bo słyszałyśmy syreny w pobliskiej hucie (sygnalizujące początek i koniec zmiany – red.). Myśmy miejscowe, więc wiedziałyśmy, o której je włączają. To pozwalało się mniej więcej zorientować, która godzina. W celi stale było włączone światło. Na noc go nie wyłączali. Kiedy spało się na górnej pryczy, lampa wisiała 50 cm od głowy i świeciła prosto w twarz. A ponieważ byłyśmy pod stałym nadzorem kamer, kiedy ktoś przykrywał głowę, przychodzili i obrzucali nas wulgaryzmami. Ja nie jestem jakaś nadmiernie delikatna, też mi się zdarza rzucić mocnym słowem. Ale takiego potoku bluzgów w życiu nie słyszałam.

„Wobec mojej mamy zastosowano okrutne tortury, żeby ją zmusić do podpisania zeznań: pobicia, podduszanie, rażenie prądem, wkręcano jej śruby w kolana i regularnie gwałcono”

Ludmyła Husejnowa: Spałyśmy na starych materacach. Te materace latami były obsikiwane przez więźniów chorych na epilepsję albo psychicznie. Były całe w plamach i pełne pluskiew. Nie dostarczali nam środków higieny. Kobiety podczas okresu wykorzystywały strzępki wypełnienia materaca. To wywoływało stany zapalne. Politycznym leków nie wydawano. Pewnego razu zachorowałam. Mocno spadło mi ciśnienie, nie mogłam wstać ani jeść. Wydawało mi się, że umieram. Współosadzone poiły mnie herbatą, żebym nabrała sił. Nawet kryminalne ruszyło, bo w pewnym momencie podniosły raban, zaczęły walić rękami w ściany, kopać w drzwi. Przyszli klawisze i zrobili mi zastrzyk, po którym spałam przez kilka dób. Ale generalnie pomocy lekarskiej nie ma. Widziałam kobiety z potwornymi krwotokami z miejsc intymnych, które traciły przytomność, ale i tak nikt im nie pomagał.

Ołena Łazariewa: Mówili: „Oddamy cię chłopakom z okopów, niech się zabawią, a potem porąbią cię na kawałki i zakopią gdzieś w polu”. I co im powiesz? Rozumiałam, że mogą to zrobić. Właśnie dlatego, że mogą. W Izolacji mogli zrobić wszystko, co chcieli. Te odgłosy bicia, które słyszałam w nocy z sąsiednich cel albo korytarza… Mężczyzn zmuszali do maszerowania godzinami albo śpiewania rosyjskich pieśni patriotycznych. Szczególnie lubili „Wstawaj, strana ogromnaja…” („Powstań, ogromny kraju…”, radziecka pieśń z czasów II wojny światowej – red.). Do dziś, kiedy gdzieś usłyszę tę melodię, cała się trzęsę.

Ludmyła Husejnowa: Śledczy, który prowadził moją sprawę, nie bił mnie. Ale kiedy mnie do niego wieźli, zakładali mi worek na głowę i kajdanki. Niczego nie widzisz, masz buty bez sznurówek, które ciągle spadają ze stóp. Strażnicy rozmyślnie podstawiają ci nogi, popychają na ściany, spadasz ze schodów, bo ich nie widzisz. Każdy upadek to okazja, żeby cię skopać. Szłam dalej, starając się nasłuchiwać, skąd zaraz spadnie cios i co wróży dźwięk ich kroków.

Ołena Łazariewa: Wydaje mi się, że to zboczeńcy. Podczas przesłuchania odblokowali mój telefon i weszli w listę kontaktów. Pracuję w klinice w męskim kolektywie, więc jasne, że większość numerów była do nich. Pytali, czy z nimi sypiam. O każdego. Jakby jakiś guzik w głowie im się włączał. Skoro masz w telefonie wiele kontaktów do mężczyzn, to znaczy, że na pewno z nimi sypiasz.

Kto usłyszy wyrok po trwającym często wiele lat śledztwie, jest „etapowany” (przenoszony) do kolonii karnej. To odziedziczone po czasach radzieckich miejsca odosobnienia, w których osadzeni żyją w dużych barakach, a nie w więziennych celach. Znamy je z opisów Aleksandra Sołżenicyna czy Warłama Szałamowa. Często kara wiąże się z przymusową pracą i niszczącym wysiłkiem fizycznym.

Ludmyła Husejnowa: W kolonii pali się węglem. Więźniarki są zmuszane do przenoszenia 50-kilogramowych worków na własnych plecach. Do tego na co dzień praca niewolnicza. Więźniarki prowadzi się do niej rano, po apelu. Pracuje się od ósmej rano do ósmej wieczorem w szwalni. Szyje się także mundury dla rosyjskich wojskowych, co jest dodatkowym narzędziem poniżenia. Główna różnica między kolonią a aresztem polega na tym, że w tej pierwszej pozwala się na widzenia z bliskimi raz na trzy miesiące. Tyle że za dowolną przewinę mogą takie widzenie odebrać. Raz na tydzień można przez pięć minut porozmawiać z bliskimi przez telefon, ale i ten przywilej można łatwo stracić. A jeśli ktoś nie ma pieniędzy, by doładować rachunek, człowiek jest pozbawiony i tego.

P. (nazwisko do wiadomości redakcji) siedzi w donieckiej niewoli od kilku lat. Podczas jednego z takich widzeń udało jej się opowiedzieć o swoim losie bliskiej osobie. Opis dotarł do jej córki: „Wobec mojej mamy zastosowano okrutne tortury, żeby ją zmusić do podpisania zeznań: silne pobicia, podduszanie torebką polietylenową, rażenie prądem, w tym z założoną w tym czasie maską przeciwgazową, co uniemożliwiało krzyk i oddychanie. Mama niejednokrotnie traciła przytomność. Żeby ją ocucić, oblewali ją wodą i przystawiali do ciała paralizator. Wkręcano jej śruby w kolana i regularnie gwałcono, dwukrotnie fingowano rozstrzelanie, wywożono do lasu, grożąc śmiercią. Mama miała regularne krwotoki z genitaliów. Fizycznym torturom towarzyszył potężny nacisk psychologiczny. W końcu doprowadzili ją do próby samobójczej, z której cudem została odratowana. W tym czasie mama wielokrotnie miewała ataki epilepsji, na które nikt nie zwracał uwagi”.

Ludmyła Husejnowa: To, o czym pisze ta kobieta, dzieje się z wieloma kobietami w niewoli.

Ołena Łazariewa została zwolniona z niewoli w grudniu 2019 r. i przekazana Ukraińcom w ramach wymiany jeńców. Wielka wojna zastała ją na wolnych terytoriach.

Ołena Łazariewa: Chyba ktoś z administracji kolonii powiedział nam, że szykuje się wymiana i trzeba wypełnić masę dokumentów. Głównie takich, że nie mamy żadnych pretensji do administracji. Plus prośba o ułaskawienie do kierownika Donieckiej Republiki Ludowej, czyli Denysa Puszylina.

Międzynarodowe prawo wojenne nie przewiduje możliwości brania do niewoli cywilów, więc nie wypracowano też procedur, zgodnie z którymi takie wymiany mogą się odbywać. W większości przypadków, kiedy Rosjanie i Ukraińcy umawiają się na wymianę, dotyczy to więc wojskowych. Wyjątki są bardzo rzadkie, ale się zdarzają. Ludmyła Husejnowa początek inwazji przeżyła za kratami, ale i jej udało się opuścić tereny okupowane. Kijów i Moskwa porozumiały się w sprawie wymiany więzionych kobiet w październiku 2022 r.

Ludmyła Husejnowa: Możemy w przybliżeniu powiedzieć, że w niewoli przebywa jeszcze ok. 2 tys. kobiet cywilów. Są wśród nich takie, które siedzą od 2017 r. Gdy zbliżało się moje uwolnienie, pewna kobieta, też polityczna, złapała mnie za rękę i ze łzami w oczach poprosiła, by przekazać światu, by o niej nie zapomniał. Mam ją wciąż przed oczami. Wiem po sobie, że ci kaci oprócz przemocy fizycznej stosują też psychologiczną. Mówią ci bez przerwy, że po tamtej stronie nikt na ciebie nie czeka, nikomu nie jesteś potrzebna, rodzina się ciebie wyrzekła, a państwo się nie interesuje.

Ołena Łazariewa: I my tak czasem myślałyśmy. Każdego dnia, czasem po parę razy na dobę, przekonują cię, że nikt cię nie potrzebuje, że ta twoja Ukraina o tobie zapomniała. Niby wiesz, że to nieprawda, ale kiedy słyszysz to każdego dnia, zaczynasz w to wierzyć. Myślisz, że może faktycznie nie jesteś nikomu potrzebna.

K. (nazwisko do wiadomości redakcji), z którą spotykam się w Kijowie, ze względów zawodowych uczestniczyła w jednej z ostatnich wymian jeńców na granicy obwodu sumskiego z Rosją.

K.: Mieszkańcy przygranicznych wsi nie wiedzieli, którą trasą pojadą byli jeńcy ani o której przejedzie konwój. Mimo to, kiedy pędziliśmy w stronę Kijowa, na drodze w środku nocy stały całe wsie. Ludzie świecili ekranami telefonów, latarkami, machali do nas. Stali godzinami, żeby pomachać przez ułamek sekundy. Chłopaki płakali na ich widok. Im też wbijano do głów, że nikt o nich nie pamięta. A zwykli Ukraińcy po prostu powitali bohaterów.

Ołena Łazariewa: Gdy przejechaliśmy przez nasze pozycje i się zatrzymaliśmy, złapałam jakiegoś żołnierza i poprosiłam o telefon, żeby dać znać bliskim. Dzwonię do syna, mówię: „Witia, jestem tu, już na wolności”. A on na to: „A ja cię właśnie oglądam w telewizji”.

Husejnowa po wyjściu na wolność zaangażowała się w opowiadanie światu o tym, co przeżyła ona i co wciąż przeżywają inne więźniarki. Współpracuje z polskim Centrum im. Rafała Lemkina, powołanym przez Instytut Pileckiego dla dokumentowania rosyjskich zbrodni. Zespół centrum jeździ po terenach wyzwolonych i pozostałej części Ukrainy, szuka świadków i ofiar zbrodni. Dane są zbierane tak, by mogły służyć w przyszłych procesach rosyjskich zbrodniarzy. Do publikowanych raportów trafiają w pełni zanonimizowane relacje (znane są tylko płeć i przedział wiekowy świadka), ale sędziowie będą mieli dostęp do danych osobowych.

Szczególne miejsce zajmuje przemoc seksualna. Dochodzi do niej zarówno w aresztach i koloniach karnych, jak i na terenach okupowanych przez Rosję.

Raport „Przemoc seksualna rosyjskich wojsk okupacyjnych wobec ukraińskich kobiet” powstał na podstawie relacji 60 świadków, głównie kobiet. Pracowała przy nim także Iryna Dowhań. W 2014 r. porwali ją donieccy rebelianci i rosyjscy żołnierze. Uszkodzili jej słuch wystrzałami z pistoletu tuż przy głowie, grozili gwałtem zbiorowym, wreszcie przywiązali do słupa i wystawili na bicie i plucie ze strony przypadkowych przechodniów. Cudem uratowało ją zdjęcie zrobione przez zachodniego fotoreportera. Gdy obiegło media, watażkowie zdecydowali się ją uwolnić. Jej historia stała się jednym z pierwszych symboli okrucieństwa rosyjskiej agresji. A zarazem dowodem, że rozgłos potrafi pomóc ofiarom prześladowań.

Ołena Łazariewa: Tam powstał cały system katowni. Zaczęli go opracowywać w 2014 r. w Doniecku i Ługańsku, a teraz przenoszą go na nowo okupowane terytoria w obwodach chersońskim i zaporoskim.

Wnioski z raportu Centrum im. Rafała Lemkina: „Dziś dysponujemy świadectwami jedynie części ocalałych. Ich relacje są przerażające: kobiety wyciągane w nocy z domów, rozbierane, uderzane kolbami automatów, matki gwałcone razem z córkami, staruszki zmuszane do stosunków oralnych, grupowe gwałty na kobietach i mężczyznach w niewoli. Brutalność rosyjskich wojskowych jest wręcz zdumiewająca. Zmuszaniu do stosunków towarzyszyły pobicia, wybijanie zębów, cięcie ciała nożem”.

Ludmyła Husejnowa: Po II wojnie światowej odbył się proces w Norymberdze, ale w trakcie niego nie powiedziano słowa o przemocy seksualnej. Myślę, że przez to, iż wszyscy uczestnicy wojny się jej dopuszczali. Teraz już wiemy, że wielka liczba niemieckich kobiet padła ofiarą gwałtów. Wiadomo, jak wiele radzieckich kobiet dotknął ten sam los. Nikt tego nie potępił. Sprawcy chcą się czuć jak zwycięzcy, choćby w zetknięciu ze słabszym od nich człowiekiem. Ta chęć zderza się z całkowitym poczuciem bezkarności i bezgranicznej władzy nad innym. Kiedy zaczynamy o tym mówić, wydaje mi się, że ktoś może się nad sobą zastanowić, ktoś wycofać ze względu na strach przed karą. Ktoś zobaczy, że człowiek, którego chciał złamać, jest silniejszy, bo zaczyna mówić. Nie złamałeś tej kobiety, nie złamałeś mnie, nie złamałeś mojej godności. Nie udało ci się, nie jesteś zwycięzcą.

Raport „Przemoc seksualna…”, kobieta w wieku 65+: „Zapukali do drzwi. Moja matka otworzyła drzwi, czterech z nich wtargnęło do środka i chcieli zgwałcić dziewczynę. Miała mniej niż 18 lat. Matka krzyczała, walczyła, próbowała bronić córki, ale nie dała rady. Było ich czterech, z karabinami maszynowymi. Bili ją kolbami karabinów. Najpierw zgwałcili córkę, była jeszcze dziewicą. A potem matkę. Szydzili z niej. Powiedzieli: «Jeśli komuś powiesz, przyjdziemy i zadźgamy was w nocy»”.

Kobieta w wieku 75+: „Usłyszałam jakby kliknięcie. Serce mi zamarło. A potem dziwnie cicho. W domu coś jakby kapało. Patrzę: krew. Rzuciłam jakieś szmaty… Potem spojrzałam tam… Tam leżał mój zięć. On go tam położył… I nogi tak mu położył, głowę przy lodówce. Poprawiłam mu nogi, myślę, że teraz poprawię mu głowę. Wzięłam jego głowę w ten sposób i wszystko było już miękkie… On jeszcze żył… I tam taki dźwięk, jakby ktoś miał czkawkę. Pomyślałam, że mogę go opatrzyć. Ale zobaczyłam, że już przestał oddychać. Zamknęłam mu oczy… Pochowaliśmy ciało mojego zięcia w ogrodzie”.

Mężczyzna w wieku 45+: „18 listopada ok. godz. 20 grupa rosyjskich najeźdźców przeszła przez wioskę, pukając do drzwi ludzi i domagając się alkoholu. Koło czwartego domu przyszli do rodziny z żoną, mężem i dwójką dzieci w wieku 4 i 13 lat. Rano znaleźliśmy męża zastrzelonego na środku podwórka, żonę na parterze z oznakami przemocy seksualnej, a dwoje dzieci na drugim piętrze postrzelone w głowy. To było takie okrucieństwo… Ciało nosiło ślady przemocy. Według świadków kobieta została zgwałcona”.

Ludmyła Husejnowa: Na pierwszym miejscu nie chodzi o zaspokojenie potrzeb seksualnych. Najważniejsze jest poczucie władzy. Nie ma znaczenia, o kogo chodzi, czy to młoda, czy też starsza kobieta, czy też jeszcze dziecko.

Monika Andruszewska, koordynatorka raportu kierująca pracami grupy zbierającej świadectwa dla Centrum im. Rafała Lemkina: To nie są spontaniczne czyny żołnierzy, ale działanie systemowe. Widać to na przykładzie katowni i nieoficjalnych więzień tworzonych przez Rosję na terenach okupowanych, gdzie praktycznie natychmiast po przybyciu ofiary są rozbierane, upokarzane i macane, gdzie masowo wykorzystuje się groźby o charakterze seksualnym wobec ofiar i ich bliskich. Jak podkreślają byli jeńcy, nie ma to na celu zaspokojenia potrzeb seksualnych. To po prostu forma tortur, taka jak bicie. Jeżeli w dziesiątkach nielegalnych więzień dzieje się to samo, możemy powiedzieć, że to element rosyjskiej strategii łamania psychiki ofiary.

Ludmyła Husejnowa: W Izolacji wiesz, że strażnicy, mężczyźni, bez przerwy cię obserwują. Tam są szerokokątne kamery, które obejmują całą celę. Przebierałam się wyłącznie pod pościelą. W areszcie, kiedy mnie do niego przewieziono, nie trzeba było już chodzić w worku na głowie, jeśli nie liczyć doprowadzeń do śledczego. Kiedy się tam rozebrałam, zdziwiłam się, dlaczego cała lewa strona mojego ciała jest czarna. Pomyślałam, że jestem brudna albo ubranie przebarwia. Potem zrozumiałam, że to siniaki, że mam ciało czarne od bicia.

15 maja 2024 r. ukraiński rzecznik praw obywatelskich Dmytro Łubineć raportował o 292 udokumentowanych przypadkach przemocy seksualnej, której okupanci dopuścili się po 24 lutego 2022 r. Jeśli się weźmie pod uwagę, że Ukraina nie ma kontroli nad 18 proc. terytorium, a część ocalonych ukrywa swoje przeżycia, ta liczba to ułamek realnej skali dramatu. Państwo w przyspieszonym trybie szkoli policjantów, prokuratorów i lekarzy, by wiedzieli, jak postępować z ocalonymi.

Iryna Mykyczak, dyrektorka koordynacyjnego centrum zdrowia psychicznego: W ramach Narodowej Służby Zdrowia Ukrainy powstał specjalny program szkoleń dla lekarzy, które mają pomóc im konsultować i udzielać pomocy ofiarom przemocy seksualnej. Centrum korzysta ze wsparcia wicepremier Olhy Stefaniszyny, która koordynuje współpracę z międzynarodowymi partnerami w tym zakresie. Chcielibyśmy, by nasi fachowcy przyswoili sobie nawyki rozmowy z ludźmi, którzy potencjalnie mogli paść ofiarą tego typu przemocy, ale nie zdecydowali się dotychczas o niej opowiedzieć.

Ludmyła Husejnowa: Oni się bardzo starają, przechodzą szkolenia, ale to nie jest proste. My też dzielimy się naszymi doświadczeniami z rozmów z organami państwowymi. Nie zawsze wygląda to tak, jak by się chciało. Cieszę się, że oni się starają, słuchają nas. Osobiście rozmawiam ze śledczymi. Ale rozumie pan, że, mówiąc otwarcie, z jakąkolwiek sympatią by do ciebie podchodzili, to ta trauma zawsze da o sobie znać. Wieczorem wracasz do domu, nie możesz spać albo zasypiasz i budzisz się od własnych krzyków. Te koszmary nigdy cię nie opuszczają. Albo przynajmniej potrzeba na to bardzo dużo czasu. Niemniej głęboko wierzę, że kobietom wystarczy siły moralnej i duchowej, żeby nie milczeć. I mężczyznom, bo takie rzeczy dzieją się także z nimi.

Raport „Przemoc seksualna…”, kobieta w wieku 55+: „Widziałam przez kratę, jak przyciągnęli mężczyznę z opuszczonymi spodniami. Nie pamiętam jego twarzy, pamiętam, że miał opuszczone spodnie. I ciągnęli go dalej, był gdzieś w pobliżu. Widziałam tych, którzy stali plecami do mnie – tych milicjantów kolaborantów. I ten zatrzymany strasznie krzyczał, bo zaczęli go gwałcić. A on tak jęczał. I wtedy ktoś z tłumu zaczął mówić: «Nie, nie tutaj, nie tutaj, zaciągnijcie go do celi». Kiedy zaczął jęczeć, było to tak przerażające, że zakryłam uszy, głowę i oczy, żeby nie słyszeć”.

W marcu ukraiński zespół dziennikarzy śledczych Slidstwo Info przedstawił film „Win też” (On też), opisujący losy mężczyzn, którzy doświadczyli przemocy seksualnej. Takie przypadki wcale nie są rzadkie; co trzecia ofiara, o której wiedzą prokuratorzy, to mężczyzna. Raport ONZ twierdzi, że mówi o tym połowa przepytanych byłych jeńców. Dziennikarze przekonali czterech, by przed kamerami opowiedzieli o gwałtach. A potem ustalili nazwiska dwóch sprawców i do nich zadzwonili. Obaj odrzucili oskarżenia o współudział w gwałtach.

Monika Andruszewska: Kobiety, których świadectwa zawarliśmy w raporcie, bardzo często pochodziły z miejscowości przygranicznych. To samo może się wydarzyć w jakiejkolwiek miejscowości europejskiej graniczącej z Rosją czy Białorusią, jeśli my zostaniemy zaatakowani. Pojawiają się głosy, by Ukraina zrezygnowała z prób wyzwolenia terenów okupowanych. Wówczas pozostawiłaby jednak swoich obywateli na pastwę rosyjskiej armii. Przykład okupowanej od 2014 r. części obwodu donieckiego, gdzie przez rosyjskie katownie przeszły tysiące osób, pokazuje, że Rosja wykorzystuje cywilów jako zakładników. Żeby to powstrzymać, należy wspierać siły zbrojne Ukrainy. Im mniej terenów okupowanych przez Rosję, tym mniej rosyjskich gwałtów wojennych. Chciałabym, by kobiety w Europie wymagały od polityków inwestycji w rozwój armii swoich krajów i wsparcia militarnego dla Ukrainy. To jedyne gwarancje bezpieczeństwa przed Rosją. ©Ⓟ

ikona lupy />
Getty Images / fot. Paula Bronstein/Getty Images