Afera Tomasza Szmydta to zaledwie epizod długiego meczu pomiędzy służbami specjalnymi Wschodu i Zachodu. Teraz nie możemy dać sobie zbyt łatwo wbić kolejnych goli.

„Znamiona zdrady państwa” – tak tuż po środowym spotkaniu Kolegium ds. Służb Specjalnych premier Donald Tusk skomentował sprawę ucieczki Tomasza Szmydta na Białoruś. Szmydt – wciąż sędzia II Wydziału Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie – przebywa od 22 kwietnia na urlopie wypoczynkowym. Według PAP miał orzekać w m.in. sprawach wytoczonych szefowi ABW (o odmowę wypłaty uposażenia funkcjonariuszowi), prezesowi Sądu Okręgowemu w Warszawie czy komendantowi stołecznej policji (w sprawach o odmowę udostępnienia informacji publicznej). Był wyznaczony do składu orzekającego w sprawie przeciwko Prezesowi Rady Ministrów o odmowę dopuszczenia do informacji tajnych.

Przewidziane prawem procedury jeszcze nieco potrwają, ale rzeczywiście trudno mieć tutaj wątpliwości. Ewidentnie mamy do czynienia ze zdradą, czyli świadomą i celową współpracą ze służbami obcego państwa, wymierzoną w interesy Polski. Do ustalenia pozostają natomiast istotne detale: jak długo ta współpraca trwała, jakie szkody spowodowała do tej pory, jakie może jeszcze spowodować w przyszłości, no i przede wszystkim – kto tutaj, na miejscu, wspomagał wrażą działalność Szmydta. Czynem bądź zaniedbaniem.

Mniej istotne jest to, dla której wschodniej służby pracował zdekonspirowany właśnie agent. Wydaje się, że dla Dyrekcji Wywiadu Zagranicznego KGB w Mińsku, ale nie można wykluczyć również Głównego Zarządu Wywiadu Sił Zbrojnych Białorusi (czyli tamtejszego GRU) ani ewentualności, że prawdziwi oficerowie prowadzący Szmydta są w Moskwie. To de facto i tak jeden wielki – kontrolowany przez Kreml – kombinat wywiadowczy. Alaksandr Łukaszenka co prawda bardzo się kiedyś starał o przejęcie suwerennej kontroli nad białoruskimi służbami specjalnymi, ale przegrał tę rozgrywkę i pogodził się z realiami.

Pozostało mu dbanie o przynajmniej względną lojalność kierownictwa i personelu poszczególnych „firm”, także poprzez ułatwianie im pracy i dawanie pola do popisu. Temu m.in. służył prezydencki dekret nr 344, który jesienią 2023 r. znacząco poszerzył kompetencje służb wywiadu zagranicznego (również wojskowych), a jako ich główne zadanie wskazał „wdrażanie proaktywnych środków” służących niezwykle szeroko pojętemu bezpieczeństwu Białorusi. Tym dekretem „baćka” oficjalnie dał więc swoim oficerom zielone światło dla organizowania wszelkich prowokacji mających osłabiać dowolne państwa lub organizacje, które w Mińsku (lub w Moskwie) zostaną uznane za nieprzychylne czy groźne. W ślad za zadaniami poszły nowe struktury, kadry, fundusze…

A pamiętajmy, że już wcześniej nie było biedy. W przeciwieństwie do wielu decydentów na Zachodzie przywódcy ze Wschodu wiedzą bowiem dobrze, że inwestycje w wywiad i kontrwywiad są wyjątkowo opłacalne z politycznego i strategicznego punktu widzenia.

Stoimy więc w obliczu wyjątkowo groźnego przeciwnika. Profesjonalnego, dobrze zorganizowanego, bezwzględnego, konsekwentnie zadaniowanego przez ośrodki polityczne, opierającego się na doświadczeniu operacyjnym wielu pokoleń oficerów i znakomitej bazie teoretycznej (dekady wytężonej pracy rosyjskich i radzieckich specjalistów od walki informacyjnej). I na długofalowo budowanej agenturze. Nie tylko w Polsce, także u naszych sojuszników (co w tej akurat sprawie też ma potencjalnie spore, a niestety chyba niedoceniane znaczenie).

Agent podręcznikowy

O tym, że Tomasz Szmydt pracował dla tego wywiadowczego imperium, i to raczej od dawna, świadczą liczne poszlaki. Na przykład łatwość, z jaką zdobywał zaufanie przełożonych i politycznych sojuszników. Analizując jego karierę, można dojrzeć nie tylko pewne wrodzone talenty, lecz także ślad profesjonalnego wyszkolenia. Przychodzi na myśl historia instalowania na Zachodzie kpt. Czechowicza – asa wywiadu PRL infiltrującego niegdyś skutecznie środowisko emigracyjnego Radia Wolna Europa. Uderza w niej nacisk na identyfikację i wykorzystanie słabych stron osobowości poszczególnych osób, z którymi przyszło mu pracować, a także na manifestacyjną gorliwość. Prosty mechanizm, który pojawił się także u Szmydta. Gdy było to w cenie, wziął aktywny udział w nagonce na tych, którzy stanęli partii rządzącej na drodze (w tzw. aferze hejterskiej, gdy grupa ludzi z otoczenia Zbigniewa Ziobry szukala haków na nieposłusznych władzy sędziów i atakowała ich w internecie). Gdy zmieniły się wiatry, gwałtownie zmienił front i z równym zapałem usiłował wkraść się w łaski nowej ekipy. Po drodze najwyraźniej umiejętnie typował wpływowe osoby, które były albo zbyt mało inteligentne, albo zbyt mocno zaangażowane emocjonalnie w walkę partyjną, by przejrzeć dość prymitywną grę „kameleona”. I korzystał z ich wsparcia, jak się teraz okazuje – całkiem często.

Oczywiście nie każdy, kto się tak zachowuje, musi być obcym agentem. Ale obcy agent, który chce przetrwać i awansować w newralgicznych miejscach infiltrowanego państwa bez względu na wymianę ekip politycznych, musi taki sposób działania opanować perfekcyjnie.

Gdyby Szmydt był tylko oportunistą bez powiązań zewnętrznych, raczej nie musiałby uciekać z kraju – wbrew temu, co teraz opowiada, w polskich realiach nic konkretnego mu nie groziło z racji jego wcześniejszych działań – dość obrzydliwych, ale niekaranych u nas gardłem, więzieniem ani nawet grzywną. A nawet jeśli miałby się czego obawiać, to bardzo wątpliwe, by wybrał na miejsce schronienia akurat Białoruś, gdyby nie miał z nią wcześniejszych powiązań. Jest wiele innych krajów, z którymi Rzeczpospolita nie ma umowy o ekstradycji, kuszących zdecydowanie ładniejszymi widokami i cieplejszym klimatem – a przede wszystkim zdrowszą atmosferą polityczną.

Szmydt wylądował jednak w Mińsku, po czym natychmiast zaczął występować w reżimowych mediach (rosyjskich też). Z ewidentnie skonstruowanym przez tamtejszych specjalistów od propagandy przekazem. Zapewniono mu też stosowne „rezonatory” w mediach społecznościowych. Czas założenia oraz sposób prowadzenia i pozycjonowania w sieci poszczególnych kont Szmydta na Facebooku, Telegramie, TikToku czy VKontaktie wyraźnie świadczy o tym, że jest to robota zawodowców ze służb (zapewne białoruskich).

Ocena samej ucieczki też nie budzi wątpliwości wśród specjalistów: niemal wszyscy od początku twierdzą, że była to zawczasu przygotowana i uruchomiona w momencie zagrożenia operacja tzw. eksfiltracji, czyli ewakuacji cennego agenta.

Spóźniony kontrwywiad

I tu pojawia się pierwsza poważna wątpliwość. Otóż Szmydt w Mińsku jest dla swoich wywiadowczych i politycznych zwierzchników mimo wszystko mniej cenny, niż gdyby pozostawał w Warszawie. Skoro zdecydowano się go wyciągnąć, powód mógł być tylko jeden – groźba rychłej dekonspiracji. Nie tylko jego samego (to pół biedy, mógłby sobie dowolnie długo tkwić za kratkami jako „więzień polityczny” i w tym charakterze dostarczać paliwa działaniom propagandowym, podobnie jak niegdyś Mateusz Piskorski z partii Zmiana). Obawiano się raczej, że zatrzymany Szmydt będzie sypać i ujawni inne, istotne aktywa wywiadowcze, którymi dysponuje w Polsce strona rosyjsko-białoruska. To zaś oznacza, że po pierwsze, sędzia nie był tutaj mało znaczącym pionkiem i że raczej nie działał „od wczoraj”, a po drugie, że kontrwywiad jednak w Polsce działa.

Z tym ostatnim nie zgadza się Tomasz Siemoniak, minister koordynator służb specjalnych. Według niego Szmydt miał wyjeżdżać na Białoruś, które to wyjazy kontrwywiad miał przegapić. Teza o całkowitej niekompetencji naszych służb przed 2024 r., lub tym bardziej o ich politycznie motywowanej ślepocie, jest rzecz jasna na rękę politykom opcji obecnie rządzącej. Jak wprost pisze gen. Piotr Pytel, szef wojskowego kontrwywiadu za czasów poprzednich rządów PO, domniemana wizyta na Białorusi mogła się odbyć „pod parasolem służb PiS”.

W domyśle: gdy ekipa rządząca się zmieniła, oficerowie ABW czy SKW mogli uznać, że „już można” zająć się sprawami, które wcześniej były ryzykowne z punktu widzenia ich karier. Gdyby tak było, to wbrew pozorom wcale nie byłaby to dobra wiadomość. Szybkie następowanie po sobie faktów (rozpoczęcie operacji kontrwywiadowczej przeciwko Szmydtowi prawdopodobnie na przełomie lat 2023/2024 i jego ewakuacja na początku maja) oznaczałoby bowiem, że przeciwnik ma w strukturze naszych służb źródło, które praktycznie natychmiast wszczęło alarm.

Na trop agenturalnej działalności Szmydta mogły też trafić inne, sojusznicze służby. Może przypadkiem, realizując inne operacje przeciwko rosyjskiej i białoruskiej agenturze, nawet poza granicami Polski. A może ktoś z naszych służb „pomógł przypadkowi” i wobec niedrożnych kanałów we własnej firmie postanowił dla dobra sprawy podrzucić jakieś informacje przyjaciołom? To nie jest niemożliwe – warto przypomnieć, że wedle pogłosek, dość powszechnych w branży bezpieczeństwa i całkiem prawdopodobnych, za skompromitowaniem eksprezydenta Litwy Rolandasa Paksasa stała niegdyś CIA. Wtedy chodziło zarówno o niejasne powiązania z Rosją niektórych współpracowników głowy państwa, jak i o jej własne kontrowersyjne decyzje, niekoniecznie przekraczające próg zdrady czy agenturalności. Ale to Amerykanie, wobec celowej bierności lub nieudolności ówczesnych służb litewskich, mieli dostarczyć dowodów, które w 2004 r. stały się podstawą do skutecznego impeachmentu.

Łączenie kropek

Niedostrzeganie przez dłuższy czas całego ciągu sygnałów alarmowych trudno nazwać łagodniej niż bardzo poważnym błędem i zaniedbaniem. Jak się teraz okazuje, w środowisku dość powszechna była np. wiedza o tym, że bardzo dobrze zarabiający sędzia ma permanentne kłopoty finansowe. A to bardzo pomaga w werbunku. Przypomina mi się osoba Jacka Jurzaka – pracującego w latach 80. XX w. dla wywiadu RFN, który po zatrzymaniu zeznał, że „miał kosztowne hobby” (startował w wyścigach samochodowych, zresztą z sukcesami), na które nie wystarczała niezła skądinąd pensja inżyniera. Jakie kosztowne hobby lub inny powód do niestandardowych wydatków miał Szmydt, pewnie dowiemy się niebawem. Trochę za późno.

Oczywiście nie każdy rozrzutny urzędnik czy polityk z automatu musi stawać się obiektem wzmożonego zainteresowania kontrwywiadu. Ale akurat ten mógł, bo po pierwsze, prowadził sprawy newralgiczne dla bezpieczeństwa państwa, a po drugie, powinien „wyświetlać się” przy badaniu powiązań osób ewidentnie umoczonych w trefne działania. Tuż po jego ucieczce internauci potrafili rysować grafy, w których jedna lub dwie kreski łączyły Szmydta z mocno zinfiltrowanym środowiskiem kibolskim czy aktywistami organizacji prowadzących działalność wyraźnie zbieżną z celami rosyjsko-białoruskiej propagandy. Tu nie były nawet potrzebne systematyczna kontrola operacyjna, na którą wobec środowiska sędziowskiego nie pozwalają aktualne przepisy, ani aprioryczne procedury sprawdzające, też (niestety) nieprzewidziane w naszym systemie. Wystarczyło połączyć kropki. Komuś zabrakło albo wyobraźni, albo wolnych sił i środków, a może nawet chęci, żeby zachęcić do tego podwładnych. Z fatalnym skutkiem.

Straty są bowiem poważne. Po pierwsze, dzięki świetnie uplasowanemu agentowi wrogi wywiad przez dłuższy czas pozyskiwał informacje ze styku naszych służb i sądownictwa – np. o tym, jakie są powody odrzucania wniosków o dostęp do informacji kwalifikowanych. Dzięki temu wiedział, czego unikać. Po drugie, Szmydt mógł celowo poszerzać oka sieci, przepychając przez nie konkretne osoby (dokładne badanie jego orzeczeń jest oczywistą koniecznością). Po trzecie, przez jego ręce przechodziły materiały operacyjne, zawierające potencjalnie kompromitujące informacje o wielu osobach ubiegających się o funkcje publiczne. To dla obcego wywiadu uzysk wręcz bezcenny, bo dający punkt wyjścia do kolejnych werbunków. Przy tych korzyściach operacyjnych dzisiejsza użyteczność Szmydta jest bliska zeru. Przekaz o wspaniałych Rosji i Białorusi oraz zamordystycznej Polsce i zdradzieckim NATO kupią u nas pewnie tylko nieliczni, i tak już zmanipulowani, fani różnych Leszków Sykulskich czy Wojciechów „Jaszczurów” Olszańskich. Swoją drogą, oskarżenia o agenturalność względem ministra Radosława Sikorskiego, jakie wysuwali politycy PiS, brzmiały lepiej, zanim zaczął je kolportować Szmydt za pomocą rosyjsko-białoruskich tub propagandowych.

Młot na przeciwnika

Przed Polską teraz dwie drogi. Może grać dokładnie tak, jak życzą sobie macherzy z Moskwy i Mińska: naginać merytoryczne argumenty na potrzeby wewnętrznej walki politycznej i traktować aferę jak maczugę w kampanii wyborczej. Robią to już zarówno osoby z zaplecza politycznego Donalda Tuska, które wbrew faktom starają się zrobić z całego PiS partię głęboko prorosyjską, jak i Jarosław Kaczyński oraz jego akolici uparcie pomijający głębokie powiązania Szmydta z ich własnym obozem, za to na siłę wyolbrzymiający przelotny flirt cwanego agenta z niektórymi politykami KO i przychylnymi im mediami. To działa, jeśli celem jest utwardzanie i tak twardych segmentów elektoratu. Problem w tym, że skutecznie odciąga uwagę (i środki) od realnej walki z przeciwnikiem zewnętrznym. Bo ten, zgodnie ze starą zasadą, nie wkłada nigdy wszystkich jajek do jednego tylko koszyka. Montuje agenturę w możliwie wszystkich układach politycznych. Może ją potem wykorzystywać zarówno do podgrzewania sporów i siania chaosu, jak i do załatwiania konkretnych spraw, gdy dana opcja jest akurat u władzy.

Potrzebujemy więc rozsądnej powściągliwości w używaniu sprawy sędziego Szmydta do walki międzypartyjnej (bądźmy realistami – całkowicie tego nie unikniemy). W zamian należy pilnie wyciągać merytoryczne wnioski z błędów cudzych i własnych. Bo bez winy nie jest tu nikt, nawet jeśli ów ciężar rozkłada się nierównomiernie. Osłabianie organizacyjne, finansowe i kadrowe naszych służb specjalnych nie zaczęło się osiem lat temu.

Potrzebujemy zmian w prawie, ale też w budżecie. Bo najlepsi nawet ludzie, jeśli będzie ich za mało i nie będą mieli wystarczających pieniędzy, nie będą w stanie przeciwstawić się rozpędzonej machinie państw rosyjskiego i białoruskiego z całym szeregiem wyspecjalizowanych instytucji szpiegowskich, dywersyjnych i dezinformacyjnych. Potrzebujemy ponadto nowych platform kooperacji z sojusznikami – i narzędzi budowy zaufania, niezbędnych w tej współpracy. Bo spece ze służb amerykańskich, brytyjskich i francuskich, ale też ukraińskich, szwedzkich czy litewskich patrzą teraz uważnie, jakie wnioski wyciągają Polacy ze swojej wpadki i jakiego rodzaju akcje naprawcze podejmą. W zależności od ich oceny uznają nas za pożytecznego i pewnego partnera… albo nie – ze stratą dla nas i naszych możliwości zapewniania sobie bezpieczeństwa.

Premier, poza innymi, skądinąd słusznymi działaniami, zapowiedział uruchomienie komisji mającej zbadać rosyjskie i białoruskie wpływy w Polsce. Zobaczymy po ciągu dalszym, na początek po jej składzie, czy nie wyjdzie z tego tylko „kij na PiS” i medialny teatr. Zapowiedział też refleksję nad tym, czy objąć środowisko sędziów i prokuratorów obowiązkowymi procedurami sprawdzającymi. Niewątpliwie jest tu sporo do poprawy, ale potrzeba rozwagi, by nie wylać dziecka z kąpielą, to znaczy nie naruszyć ważnej z punktu widzenia demokracji zasady niezawisłości sędziów.

Sprawa Szmydta nie powinna nam też przysłonić ryzyka wiążącego się z funkcjonowaniem innych środowisk, np. lekarzy (wrażliwa informacja medyczna to dla werbownika też ciekawy materiał), dziennikarzy, naukowców i ekspertów… Wszędzie będzie opór. Alternatywą dla wypracowania uczciwych mechanizmów bezpieczeństwa jest jednak to, że zamiast naszego kontrwywiadu „opiekę” nad przedstawicielami tych branż roztoczą specjaliści z Moskwy i Mińska. Warto o tym pamiętać.

Kluczowym zadaniem na dziś pozostaje sprawdzenie, kto i w jaki sposób krył i wspierał karierę Tomasza Szmydta. On nie mógł działać sam i w próżni. Ewakuując go, przeciwnik postanowił chronić o wiele cenniejsze aktywa. Jeszcze możemy pokrzyżować mu plany. ©Ⓟ