Miesiąc temu w Londynie odbyła się premiera nowej książki Nialla Kishtainy’ego „Infinite City”. Możecie tytuł tłumaczyć na różne sposoby – zwłaszcza że na polskie wydanie na razie się nie zanosi. Może to być „Wieczne miasto”. „Miasto bez granic” lub „Miasto nieskończone”.

Rzecz traktuje o Londynie. Wielkiej, może największej metropolii w dziejach świata. Przynajmniej gdy chodzi o wpływ na rozwój oryginalnej, nierzadko wywrotowej myśli społecznej. Bo tym, co spina to londyńskie dziedzictwo, jest – zdaniem Kishtainy’ego – utopia. To dzięki niej właśnie nad Tamizą powstawały najważniejsze prace światowych wizjonerów, którzy próbowali wymyślić sobie lepszy, wręcz idealny świat.

Przy okazji zdałem sobie sprawę, że Kishtainy nie jest w Polsce autorem nieznanym. W tym roku na naszym rynku pojawiło się kolejne – już czwarte – wznowienie jego pierwszej książki „Krótka historia ekonomii”. Choć bardziej niż doskonale wpisuje się ona w tematykę niniejszej kolumny, to nigdy – przez naście lat jej istnienia – nie została przeze mnie opisana. Czas najwyższy naprawić to przeoczenie.

Niall Kishtainy „Krótka historia ekonomii”, tłum. Michał Zacharzewski, Wydawnictwo RM, Warszawa 2023 / nieznane

„Krótka historia ekonomii” jest dzieckiem swoich czasów. Dekady, która przyszła po kryzysie 2008 r. Charakteryzowały ją duży optymizm i nadzieja, że ekonomię uda się wyprowadzić z wąskiej neoliberalnej ścieżki, na którą zabrnęła, gdy kapitalizm pokonał komunizm, a potem się zglobalizował i kompletnie rozbisurmanił. Liczono więc, że pod wpływem krachu bankowego przyjdzie korekta. Jej źródeł upatrywano właśnie w powrocie do tradycji ekonomii wielonurtowej i heterodoksyjnej. A nie tylko z liberalnego abecadła.

Kolejne lata pokazały jednak, że nie jest to w praktyce aż takie proste. Ładnie i miło jest mówić o potrzebie zmiany. Ale gdy taka zmiana faktycznie przychodzi, to budzi ona przerażenie. Kończy się więc zazwyczaj na ruchach pozornych i kosmetycznych. Oraz na przekierowaniu debaty na inne pola. I to się dzieje dziś. W głównym nurcie liberalnej debaty ekonomicznej o zmianie raczej się mówi, niż się ją robi. A tych, co ośmielają się robić w polityce ekonomicznej coś faktycznie innego, przedstawia się jako „ignorantów” czy „populistów”. Ale mówiąc szczerze – także ta najnowsza książka Kishtainy’ego, ta o londyńskich utopiach – pokazuje, że ich autorzy nie zawsze bywali witani chlebem i solą. Przeciwnie, zwalczano ich, jak to wywrotowców. ©Ⓟ