Stałam w wieczornym korku na autostradzie w Denver, gdy dostałam wiadomość od córki, że nastoletni syn naszych znajomych właśnie został przewieziony do Mountain Crest Behavioral Center – to centrum interwencji kryzysowej w naszym mieście, do którego trafiają dzieci z problemami psychicznymi i po próbach samobójczych. Znam to miejsce doskonale, bo latami przejeżdżałam koło niego, zawożąc córki do szkoły. I niemal codziennie widziałam dzieci wyprowadzane z policyjnych wozów, bo niedoszli samobójcy z automatu dostają w Ameryce mundurową „ochronę”. Ostatnio rzadko się zdarzało, by przed ośrodkiem nie stał choć jeden radiowóz. Częściej widywałam dwa, a nawet trzy policyjne auta zaparkowane przed wejściem.
Telefon od córki bardzo mnie zasmucił, lecz nie zdziwił: nie mam w gronie znajomych ani jednego młodego człowieka, któremu udałoby się przetrwać lata liceum i studiów bez choćby jednej interwencji psychiatrycznej i leczenia. Żadnego. Podczas spotkań towarzyskich wymienianie się namiarami na sprawdzonych terapeutów i psychiatrów stało się tak samo powszechne i normalne jak poszukiwanie kontaktu do dobrego hydraulika.

Zdrowie i polityka

Reklama
Podobnie nie zdziwiła mnie informacja, która dotarła do mnie jeszcze tego samego wieczoru. W Salt Lake City, w ramach przygotowań do wyborów parlamentarnych – midterms – gubernatorowie zorganizowali szczyt, który poświęcili w całości kryzysowi zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży. Żeby nie było wątpliwości – szczyt był jak najbardziej wydarzeniem politycznym, obliczonym na to, by w ostatniej chwili rzucić wyborcom łakomy kąsek, który ułatwi im podjęcie decyzji.
Kto uważnie obserwuje USA, zapewne już odnotował, że temat zdrowia psychicznego nieletnich przewinął się w tym roku przez całkiem sporą liczbę kampanii. W moim Kolorado stał się najważniejszym, obok kwestii wysychania rzeki Kolorado i inflacji, punktem programu wyborczego obu kandydatów ubiegających się o fotel senatora: demokraty Michaela Benneta oraz republikanina Joego O’Dea. Poświęcili problemowi całą jedną debatę – było to pierwsze tego typu wydarzenie w historii wyborów w Stanach.

Reklama
Z kolei szef Krajowego Związku Gubernatorów, Phil Murphy z New Jersey, przyjechał na szczyt z gotowym planem działania o nazwie Strengthening Youth Mental Health. Jego inicjatywa na rzecz wzmocnienia zdrowia psychicznego młodzieży jest wzorowana na projekcie, który już realizuje we własnym stanie. W Salt Lake City zebrał podpisy reszty kolegów i koleżanek, by zacząć wdrażać projekt w całym kraju. Pomysł wzbudza kontrowersje, bo wiele wskazuje na to, że fundusze na tworzenie nowych struktur medycznych odpowiedzialnych wyłącznie za leczenie dzieci oraz młodzieży mają pochodzić z tej samej puli, z której już opłaca się psychologów i terapeutów zatrudnianych w szkołach.
Wiadomo, że demokrata Murphy, polityk o opinii pragmatyka, ma prezydenckie ambicje. Ten plan to sygnał, że zdrowie psychiczne młodzieży – obok ekonomii oraz bezpieczeństwa – będzie w jego ewentualnej kampanii do Białego Domu jednym z najważniejszych tematów. Murphy, a z nim rosnąca rzesza polityków z obu partii, zaczynają dostrzegać, że zapunktują tym nie tylko u rodziców, lecz także u wszystkich, którzy dostrzegają, że w państwie chorych i słabych ludzi nie może być mowy o zdrowej ekonomii.

Statystyki wiejące grozą

Statystyki samobójstw, depresji i nerwic wśród młodych Amerykanów nieustannie rosną. Clarify Health Institute (CHI), centrum analityki medycznej z San Francisco, we wrześniu opublikowało raport pod znamiennym tytułem „The Kids Are Not Alright” (Dzieci nie mają się dobrze). Informuje w nim, że od 2016 r. do 2021 r. hospitalizacje psychiatryczne w grupie poniżej 19. roku życia wzrosły o 61 proc. – z 30 do 48 na każdy 1 tys. przyjęć. Zaś w grupie 12–15-latków mówimy aż o 85-proc. wzroście, przy czym dziewczęta są grupą 2,5 raza liczniejszą niż chłopcy. Liczba wizyt na pogotowiu w związku ze stanem zdrowia psychicznego u nieletnich wzrosła o 20 proc. Z kolei think tank National Alliance on Mental Illness podał w marcu, że z myślami samobójczymi zmaga się już co piąty licealista i student (15–24 lata), a co 10. ma za sobą próbę samobójczą. Samobójstwa stały się w tym przedziale wiekowym drugim powodem zgonów (pierwszym jest nieustannie śmierć spowodowana bronią palną).
Przed pandemią, gdy po raz ostatni prowadzono na ten temat badania, samobójstwa odpowiadały za 14 zgonów młodzieży na każde 100 tys. śmierci (dane za American Foundation for Suicide Prevention). Co prawda Amerykę wciąż wyprzedzają w tym rankingu Japonia, Szwecja i Kanada, ale jeśli chodzi o skalę depresji u nieletnich, to USA pozostają zdecydowanym liderem w gronie państw wysoko rozwiniętych.
Jak podaje rządowe Center for Disease Control w raporcie z 2021 r., chroniczne poczucie smutku i bezradności ma aż 44 proc. amerykańskich dzieci i młodzieży w wieku szkolnym. Dziesięć lat temu wskaźnik ten wynosił 26 proc. Naczelny lekarz Ameryki Vivek Murthy w grudniu 2021 r. ogłosił stan pogotowia w związku ze stanem zdrowia psychicznego młodych – to pierwszy tego typu alarm w historii USA.

Winni i przestraszeni

Zapewne część czytelników jest gotowa wzruszyć ramionami i przypomnieć mi, że młodzież jest dziś po prostu o wiele mniej odporna psychicznie. Że statystyki depresji i samobójstw rosną wszędzie, a pandemia tylko pogłębiła ten trend. Że młodych na całym świecie porusza lęk o stan planety i kierunek globalnej polityki. Że dodatkowe spustoszenie czynią w ich duszach media społecznościowe oraz nieustanny dostęp do wiadomości, w których dominują tragedie i nieszczęścia. To prawda. Ale młodych Amerykanów przygniata coś jeszcze. Coś, co wyróżnia ich na tle rówieśników z innych części świata.
– Już w szkole podstawowej przypominano nam na każdym kroku, że jesteśmy krajem, który konsumuje, niszczy i marnuje najwięcej na świecie – mówi mi Katie Doing, 22-latka z Seattle. – Chodziło oczywiście o uwrażliwienie nas na kwestie ekologiczne i nierówności ekonomiczne. Dziś to rozumiem, ale jako dziecko słyszałam co innego: że to, jak żyję i co robię, jest złe, bo ktoś przez to strasznie cierpi. Dzieci w fabrykach w Bangladeszu, które szyją mi ubrania. Zwierzęta w oceanie, które zjadają moje plastikowe torby na zakupy. Rosłam z poczuciem winy, że jako obywatelka USA przykładam rękę do procesu niszczenia świata, i szczerze wierzyłam, że jego koniec nastąpi za nie więcej niż 100 lat.
Katie obroniła w tym roku licencjat z psychologii i od kilku miesięcy pracuje jako pomoc terapeutyczna w ośrodku psychiatrycznym Child Study and Treatment Center w Seattle. Do własnych doświadczeń dorastania w Ameryce w pierwszych dekadach XXI w. może teraz dołączyć doświadczenia swoich pacjentów. – Lądują tu dzieciaki, które – mimo iż pochodzą z dobrych domów i wychowują się w pełnych i troskliwych rodzinach – są przekonane, że świat jest strasznym miejscem, w którym siebie nie widzą. Nie wiem, czy dorośli zdają sobie sprawę np. z tego, do czego doprowadza nas chroniczny lęk o to, czy wyszedłszy rano do szkoły, wrócimy z niej żywi. Stajemy się neurotykami? Mamy nerwice? Oczywiście. Bo mamy ku temu powody – opowiada młoda terapeutka.
Katie zwraca też uwagę na fakt, że zaburzenia oraz załamania psychiczne u dzieci i młodzieży potęguje bieda. Ta zaś, mimo iż Ameryka pozostaje najbogatszym krajem świata, jest w grupie wiekowej do 18 lat najwyższa ze wszystkich krajów rozwiniętych. – I nie tylko rozwiniętych – podkreśla Katie. – Jest wyższa niż w Malezji i nawet niektórych krajach afrykańskich. Z drugiej strony, nie trzeba być w dzisiejszej Ameryce biedakiem, by na myśl o przyszłości odczuwać paraliżujący lęk. Moje pokolenie nie ma złudzeń, że stabilne życie z normalnymi zarobkami, którymi cieszyli się nasi dziadkowie i do pewnego stopnia rodzice, już się skończyło. Jako pracownik społeczny już wiem, że nie będę miała nawet co marzyć o własnych czterech kątach. Nie w dzisiejszych realiach. Szanuję mój kraj za to, że wciąż pozostaje relatywnie wolny. Na razie nikt mnie nie zaaresztuje za wyrażanie poglądów czy orientację seksualną, ale gdy słyszę hasła, że „Ameryka to kraina spełnionych marzeń”, chce mi się krzyczeć. Bo czyich marzeń i jakich? Widzimy, jak się żyje, pracuje i zarabia w innych częściach świata. Słyszymy, co o nas mówią inni, i to jest brzemię, pod którym naprawdę bardzo trudno jest się nie ugiąć – wyjaśnia Katie.
Zatrzymajmy się na tym ostatnim: chodzi o wizerunek USA na świecie i oceny, jakie się wystawia temu krajowi. Jako kraj Ameryka nigdy nie była łatwym miejscem do życia. Wie to każdy, kto próbował zapuścić tu korzenie. Ale do końca ubiegłego wieku jej wewnętrzne problemy i bolączki nijak się miały do jej międzynarodowej renomy. Mistrzyni autokreacji w dobie, gdy przepływ informacji można było o wiele lepiej kontrolować, pozostawała dla reszty świata obiektem marzeń oraz symbolem pozytywnych wartości i idei. Z początkiem nowego tysiąclecia utrzymywanie takiego wizerunku stawało się coraz trudniejsze. Najpierw przyszły kompromitujące Amerykę wojny Busha juniora w Iraku i Afganistanie, a zaraz po nich wybuch globalizacji oraz nowych technologii, które skurczyły świat, a przede wszystkim sprawiły, że nie było już ucieczki od obnażenia wszystkiego przed wszystkimi. Amerykański wizerunek potężnie ucierpiał, a proces jego zmiany wciąż trwa. Po rządach Donalda Trumpa i rewolucji ruchu Black Lives Matter określenia „rasiści” i „hipokryci” należą do tych bardziej łagodnych, które można usłyszeć pod adresem kraju jeszcze nie tak dawno nazywanego pompatycznie „lśniącym miastem na wzgórzu”.
Wczujmy się w sytuację młodego człowieka, który słyszy, że jest „rasistą i hipokrytą”, bo przecież Ameryka to jego ojczyzna. I który na dodatek wiedzę o tym, za co świat go tak nie lubi lub dlaczego się z niego śmieje, czerpie z najbardziej brutalnego i bezwzględnego źródła informacji, jakim są media społecznościowe. Człowieka, który w jednym z najbardziej newralgicznych momentów życia, gdy budzi się w nim także poczucie społecznej i obywatelskiej tożsamości, dostaje przekaz, że na skutek wad ojczyzny jest gorszy i głupszy od innych. Co więc robi? W geście obrony przyjmuje postawę antyamerykańską i antypatriotyczną. – Badania nie pozostawiają wątpliwości. Dzisiejsza młodzież jest dużo mniej patriotyczna niż poprzednie pokolenia w jej wieku – wyjaśnia Franscesco Duina, socjolog z Bates College w stanie Maine i autor „Broke and Patriotic: Why Poor Americans Love Their Country” (Odrzuceni i patrioci: dlaczego ubodzy Amerykanie kochają swój kraj).
W lipcu 2021 r. w sondażu I&I/TIPP na pytanie o poczucie dumy z własnej ojczyzny 69 proc. respondentów powyżej 24. roku życia potwierdziło, że w mniejszym lub większym stopniu ją odczuwa. Ale w przedziale 18–24 lata było to tylko 35 proc. respondentów, przy czym więcej, bo 36 proc., oświadczyło, że się za Amerykę wstydzi. Życie w poczuciu wstydu i złości na własny kraj nie pozostaje bez wpływu na psychikę. – To automatycznie nasuwa pytania, jak silne w młodych Amerykanach jest w takim razie poczucie przynależności i kim się czują – mówi Duina.

Szkoła wylewa dziecko z kąpielą

Na te pytania nikt jeszcze nie odpowiedział. Reporterzy „Newsweeka” zapytali jednak rok temu, jakie konkretne zarzuty młodzi Amerykanie stawiają ojczyźnie. W efekcie w lipcu 2021 r. ukazał się artykuł pod tytułem „Why Millennials and Gen Z Aren't Proud to Be American?” (Dlaczego milenialsi i pokolenie Z nie są dumni z bycia Amerykanami?), który rzuca sporo światła na samopoczucie młodych obywateli USA. Wśród wypowiedzi znalazły się poniższe: „Wstydzę się Ameryki, odkąd poznałem jej prawdziwą historię. Od dawna nie identyfikuję się z jej kulturową spuścizną, ale obecnie czuję, że wręcz jej nienawidzę, bo jestem na nią skazany. Nie wiem, jak można żyć z tą wiedzą, a wciąż odczuwać z Ameryki dumę. Jestem z tego powodu tak pogubiony, że aż czuję się chory”; „Nasz kraj nie został stworzony z myślą o równych prawach dla osób czarnoskórych oraz rdzennych mieszkańców tych ziem. Tymczasem nawet nazwanie tych rzeczy po imieniu po dziś dzień automatycznie zmienia mnie we wroga milionów Amerykanów, którzy mi na to odpowiedzą, że jestem zaślepiona nienawiścią do ojczyzny”; „Współczesny amerykański patriotyzm to tylko skuteczne pranie mózgu. Ludzie, którzy przyznają, że są z Ameryki dumni, po prostu wybrali alternatywną rzeczywistość i nie mają zamiaru nawet podjąć próby zakwestionowania tego, czego ich nauczono”.
Zatrzymajmy się przy ostatniej wypowiedzi – bo dołująca młodych psychicznie relacja z ojczyzną ma dodatkowe źródło. Chodzi o specyfikę tutejszej szkoły. – Korygując dawny, triumfalistyczny obrazek Ameryki, jaki zionął ze szkolnych podręczników, współczesna szkoła bombarduje dzieci informacjami o tym, co nam w naszej historii, polityce i kulturze nie wyszło, nie robiąc z kolei wystarczająco miejsca na celebrację ważnych idei i aspiracji – wyjaśnia Steven Smith, politolog z Uniwersytetu Yale i autor książki „Reclaiming Patriotism in the Age of Extremes” (Odzyskiwanie patriotyzmu w epoce skrajności).
W dodatku wydarzenia z przeszłości, którymi starsze pokolenia Amerykanów karmiły swoją miłość do ojczyzny, np. zwycięstwo nad III Rzeszą czy udział w obaleniu komunizmu, dla milenialsów i zetek są zamierzchłą przeszłością. W ich życiu nie pojawiło nic, co mogłoby pełnić podobną rolę. – Młodzi Amerykanie, jak to młodzi na całym świecie, myślą dziś kategoriami globalnymi, takimi jak eliminacja rasizmu i walka z globalnym ociepleniem. Nie są to jednak cele, które budują poczucie narodowej wspólnoty, dumy z własnego kraju – konkluduje Smith.

Naprawić świat

Zapytałam Katie Doing, co jej zdaniem najbardziej pomogłoby dzieciom i nastolatkom odzyskać lepszą kondycję psychiczną. Odpowiada bez wahania. – Wyjęcie im z rąk smartfonów, na których już nawet pięciolatki oglądają pornografię. I kontrola treści w internecie, do których mają dostęp. To z miejsca zlikwiduje część zaburzeń, które są wynikiem kontaktu z obrazami i przekazem, na które umysł w tym wieku nie jest gotowy. Po drugie, obecność dorosłych. Ale nie w sensie karmicieli i szoferów, co czynią dzisiaj najchętniej, lecz autorytetów, mentorów, też tarcz ochronnych przed hejtem wylewającym się na nas. Pytanie tylko, czy dorośli podejmą się takiej roli i czy sami będą mieli na to siły. Niestety oni też kiepsko radzą sobie psychicznie, a do tego pracują na kilku etatach, by wiązać koniec z końcem – nieoptymistycznie ocenia rzeczywistość Katie.
Czy gdyby jednak dorośli stanęli na wysokości zadania, amerykańskie nastolatki poczułyby się lepiej? Rośnie grono ekspertów, które nie jest o tym przekonane. Należy do nich m.in. Danielle Carr, antropolożka z Instytutu Badań Społecznych i Genetycznych przy Uniwersytecie Kalifornii w Los Angeles. Pod koniec września wsadziła kij w mrowisko, publikując na łamach „The New York Times” esej „Mental Health Is Political” (Zdrowie psychiczne to polityka). Podważyła w nim tezę, że mamy do czynienia z epidemią zaburzeń psychicznych, z którą uporamy się, gdy będziemy łożyć na leczenie psychiatryczne o wiele więcej niż dotychczas. „Kryzys, który powoduje naszą złą kondycję psychiczną, to nie to samo co kryzys zdrowia psychicznego. Nauka dostarcza coraz więcej twardych dowodów na to, że chronicznie podwyższony poziom hormonów stresu niszczy struktury mózgu odpowiedzialne za funkcje kognitywne i emocjonalne. (…) Przezwyciężenie kryzysu zdrowia psychicznego wiąże się ściśle z polityką tworzenia infrastruktury, która będzie chronić ludzi przed takim stresem, mówimy więc o dostępie do mieszkań, edukacji, opieki nad dziećmi, zarobków, za które da się normalnie przeżyć, prawa do ludzkich warunków pracy oraz o skutecznej walce z nadciągającą apokalipsą klimatyczną” – wskazuje Carr. Tylko czy Ameryka jest gotowa to przyjąć do wiadomości? ©℗