Reklama
Obejrzałem stand-up w wojennym Kijowie. Nie mogłem na niego nie pójść. Sama myśl, że ktoś może organizować występy kabaretowe w kraju ogarniętym krwawą i brutalną wojną, wydawała się surrealistyczna. W pogodną, wiosenną sobotę w jednym ze stołecznych klubów był komplet publiczności. Dwugodzinnego występu nie przerwał alarm ostrzegający przed zagrożeniem rakietowym (a klub znajdował się w piwnicy, czyli w stosunkowo bezpiecznym miejscu). Formuła wieczoru, w którym po solowych występach każdego z czworga artystów nastąpiła ich improwizowana rozmowa, sprzyjała poruszaniu tematów, którymi żyją dziś Ukraińcy. Stand-up zamienił się w interesujący przegląd obyczajowości ostrzeliwanej stolicy.
„Jak się dowiedziałem o wojnie? O piątej rano dzwoni do mnie ktoś przez Messengera. Zrzucam. Dzwoni znowu. Znów go zrzucam. Więc pisze. Okazało się, że to znajomy komik z Islandii: «Stary! Kijów jest atakowany! Chłopie! Śpisz czy zginąłeś!? Proszę, oddzwoń!». Gość z jakiejś wyspy, kawał drogi stąd, zaproponował, żebym przyjechał do niego z rodziną. Zaoferował pieniądze, mieszkanie. Komik z Islandii, 5 min po ataku Rosji. Ciocia z Petersburga napisała po pięciu dniach na Viberze: «Nie wychodźcie z domu». Gdyby był atak jądrowy, napisałaby: «Wasieńka, nie wychodź dziś na balkon, jest troszkę niebezpiecznie»”.
Po czasach radzieckich Ukraińcom pozostało mnóstwo więzów z Rosjanami. Towarzyskich, rodzinnych, przyjacielskich. W sondażu z 2011 r., czyli z czasów, gdy rosyjska agresja nie wpływała jeszcze na szczerość odpowiedzi, 28 proc. Ukraińców deklarowało, że ma w Rosji bliskich, a 21 proc. dalekich krewnych. 15 proc. mówiło o przyjaciołach i tyle samo o znajomych (odsetki się nie sumują, bo można było podać kilka odpowiedzi). Po 2014 r., a zwłaszcza po 24 lutego 2022 r., te relacje zaczęły się psuć. To wspólne doświadczenie ogromnej części Ukraińców, także moich rozmówców. Wielu deklaruje, że nawet ich bliska rodzina woli wierzyć rosyjskiej telewizji niż własnym krewnym z Ukrainy. Ludzie masowo zrywają kontakty. Niektórzy próbują przekonywać, inni się spierają. Jedni podchodzą do sprawy ze stoickim spokojem, inni przeżywają osobiste dramaty. Zerwanie rosyjsko-ukraińskich więzów społecznych to jeden z wielu przejawów emancypacji narodowej, a im bardziej Władimir Putin stara się promować tezę o trójjedności narodów wschodniosłowiańskich, tym silniej ta emancypacja postępuje.
„Bukwalno nieskolko dniej nazad wiernułaś w Kijew… Dobra, żartowałam. Dosłownie kilka dni temu wróciłam do Kijowa… Kto z was ostatnio przeszedł na ukraiński? Ja ostatnio przeszłam i zauważyłam, że traktuję ludzi z zachodniej Ukrainy niczym szczupłe dziewczyny. One nie muszą nic robić, a ja, żeby przejść na ukraiński, muszę się postarać”.

Reklama
Wielu moich rozmówców w dojrzałym życiu podjęło decyzję o przejściu na ukraiński. Zwłaszcza po 2014 r. W sytuacjach publicznych i oficjalnych nie wypada już mówić po rosyjsku. Inaczej niż po ukraińsku nie mówią ani Petro Poroszenko, ani Wołodymyr Zełenski, chociaż obaj pochodzą z rodzin rosyjskojęzycznych. Nawet Wiktor Janukowycz jako prezydent przemawiał po ukraińsku. Po 24 lutego ten proces jeszcze przyspieszył. Widać to w sondażach. Ostatnie badanie Rejtynhu wykazało, że 51 proc. ankietowanych mówi w domu po ukraińsku, 15 proc. po rosyjsku, a reszta - w obu językach. Rok wcześniej było to odpowiednio 47 i 25 proc., a w czerwcu 2013 r., czyli przed rewolucją godności i późniejszą agresją Rosji - 43 i 36 proc. Analiza tych danych i obserwacje wskazują, że rosyjskojęzyczna część społeczeństwa zaczyna przechodzić na bilingwizm, starając się w miarę możliwości szlifować mowę ojczystą. W niektórych regionach, z Kijowem na czele, postępy dobrowolnej ukrainizacji są uderzające. Miejscowi żartują, że dokona się ona w całości, jeśli na „mowę” przejdą taksówkarze.
„Pojawił się nowy strach, oprócz tego, że umrę. Strach, że jestem Rusnią (pogardliwe określenie Rosjan jako zbiorowości - red.). Dziwią mnie normalne rzeczy. Byłam w aptece i tam stoi farmaceuta, a za nim robot robi wu-wu-wu i przyjmuje zamówienia. A ja na to: Wow! To oni tak żyją? Mają w aptece coś poza głogiem?”.
Analizy znanych z imienia i nazwiska rosyjskich ofiar wojny wskazują na znaczną nadreprezentację żołnierzy z najbiedniejszych regionów Federacji Rosyjskiej. Polegli moskwianie i petersburżanie są rzadkością. Znacznie częściej giną wojskowi z Buriacji, Dagestanu czy Tuwy, dla których kontrakt z armią jest często jedyną możliwą drogą kariery zawodowej. Nic dziwnego, że przyjeżdżając na Ukrainę, choćby do zasobnych miasteczek - sypialni pod Kijowem, wielu doznawało szoku. Mieszkańcy wyzwolonych już terenów opowiadają, jak okupanci kradli czajniki elektryczne bez podstawek albo dziwili się, że na wsiach ludzie mają w domach toalety. Ukraińska polityka informacyjna wykorzystuje każdy taki przypadek, by umacniać pewność siebie obrońców. Opowieści o ukraińskich Romach kradnących „ruskie czołgi” czy Buriacie, który wycinał kable ze słupów, by „zabrać do domu internet”, wyglądają na legendy miejskie, ale służą budowie poczucia wyższości nad agresorem. Nada się każdy stereotyp, choćby ten o „bojaryszniku”, nalewce na głogu, którą kilka lat temu masowo zatruli się mieszkańcy Irkucka.
„Podeszła do nas staruszka, dała nam półtora kilograma jabłek. Poprosiła, żebyśmy oddali je żołnierzom, bo nic innego nie ma. Na pierwszym punkcie kontrolnym sprawdzali dokumenty. Dajemy żołnierzom te półtora kilograma, opowiadamy o staruszce, a żołnierz pyta: «a po ch… nam te jabłka?». Patrzymy, a obok niego drugi punkt kontrolny ze snickersów i jabłek”.
Powiedzieć, że wojna obronna stała się dla Ukraińców prawdziwą wojną ojczyźnianą, w której niemal każdy stara się być przydatny, to nic nie powiedzieć. Ruch wolontariacki, który powstał już w 2014 r., rozwinął się do niebywałych rozmiarów. W wielu sklepach wiszą tabliczki informujące, że określony procent od utargu trafia na potrzeby wojska, a uliczni muzykanci zastąpili zwyczajowe „zbieram na piwo” informacją „10 proc. idzie na ZSU”, czyli Siły Zbrojne Ukrainy. W efekcie zdarza się, że na front nierzadko trafia mnóstwo akurat nieprzydatnych towarów. Z kwietniowego sondażu Rejtynhu wynika, że 45 proc. Ukraińców pomaga armii finansowo, 35 proc. bierze udział w ruchu wolontariackim, a 5 proc. służy w obronie terytorialnej. Gdy po 24 lutego zaczęto formować oddziały terytorialsów (czy też, jak to się tu określa, „teroborony”), chętnych było dużo więcej niż miejsc i broni. W efekcie w niektórych dzielnicach Kijowa obok faktycznej teroborony powołano cztery czy pięć fal ewentualnej rezerwy. A Ukraińcy, którym nie udało się zaciągnąć, czują potrzebę, by się z tego wytłumaczyć przed rozmówcą. Dezercje? Są, znamy nawet stawki za pomoc w nielegalnym wyjeździe z kraju. Ale Ukraina nie ma problemu z ochotnikami do walki z Rosją.
„Naczytałam się różnych ostrzeżeń, żeby nie pokazywać obcym drogi, bo mogą być dywersantami. Idę któregoś dnia przez miasto. Naprzeciwko idzie jakiś podejrzany człowiek i pyta, jak dojść do dworca. Lubię pomagać ludziom, więc odpowiedziałam. Odszedł, a ja myślę: o rany, jestem dywersantką!”.
Państwo skutecznie nauczyło ludzi podejrzliwości. W marcu ogromny sprzeciw budził sam widok aparatu fotograficznego czy robienia zdjęć telefonem. W telewizji pokazywano reklamy społeczne ostrzegające przed dywersantami. Ich autorzy radzili, by zwracać uwagę na obcych kręcących się po okolicy, robiących zdjęcia, wypytujących o drogę, zwłaszcza jeśli mówią z rosyjskim akcentem (akcent Rosjanina różni się od akcentu rosyjskojęzycznego Ukraińca i mieszkańcy świetnie wychwytują różnicę). Nie było to bezcelowe, bo zwłaszcza w pierwszych tygodniach agresji w miastach, m.in. w Kijowie, pojawiały się rosyjskie grupy zwiadowczo-dywersyjne, które zresztą próbowały zlikwidować ukraińskich przywódców z Wołodymyrem Zełenskim na czele. Ale ofiarami ludowej podejrzliwości często padali także dziennikarze, którym wściekli przechodnie czasem utrudniali nagrywanie. W drugiej połowie kwietnia porady, „jak rozpoznać dywersanta”, zaczęły znikać z dyskursu publicznego i atmosfera polowania na czarownice nieco osłabła.
„Przez ponad dwa miesiące wojny ani razu nie zszedłem do schronu. Proszę o aplauz, jeśli też ani razu nie byliście w schronie [gromkie brawa]. Jesteśmy nowymi antyszczepionkowcami. Wszyscy słyszeliśmy, jak jeden facet na jedną noc poszedł do schronu i teraz nie może mieć dzieci”.
Bywa, że syreny ostrzegające przed atakiem rakietowym wyją w ukraińskich miastach po kilka razy dziennie. 8 maja w Kijowie uruchamiano je siedmiokrotnie. W regionach przyfrontowych groźba jest realna i namacalna. Donbas jest regularnie ostrzeliwany nie tylko pociskami manewrującymi, lecz także artyleryjskimi - w ten sposób Rosjanie torują drogę piechocie i kolumnom pancernym. Liczne rakiety lecą w stronę Charkowa i Odessy. Miasta centralnej i zachodniej Ukrainy rzadko jednak padają ofiarami podobnych ataków, a jeśli nawet, to pociski zwykle lecą w stronę infrastruktury krytycznej - składów paliwowych, ważnych obiektów przemysłowych, jednostek wojskowych i infrastruktury kolejowej. Stąd relatywnie niewielka liczba ofiar, która sprawia, że mieszkańcy Kijowa, Lwowa czy Winnicy żyją w poczuciu względnego bezpieczeństwa. W sieci można znaleźć znakomite aplikacje na smartfony informujące o alarmach (syreny obrony cywilnej nie wszędzie słychać), ale prawie nikt już z nich nie korzysta. Alarm nie wygania ludzi z ogródków restauracyjnych czy sklepów. Większe poruszenie widać najwyżej dobę, dwie po tym, jak jakaś rakieta jednak spadnie na dane miasto. W efekcie - mimo apeli władz lokalnych i centralnych, by nie lekceważyć ostrzeżeń - schrony świecą pustkami. To poczucie bezpieczeństwa bywa złudne. 28 kwietnia rakieta trafiła w blok w Kijowie, zabijając mieszkającą w nim dziennikarkę Radia Swoboda Wirę Hyrycz. W mieście przebywał wtedy sekretarz generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych António Guterres. Powszechnie zinterpretowano to jako kolejny dowód pogardy Władimira Putina dla tego typu instytucji.
„Kto jeszcze ma takie marzenie, że jak już dadzą Ukrainie rakiety, to żeby akurat wam dali wybrać, w co pier…nąć? Chciałbym, żeby wprowadzili do Dii (odpowiednik mObywatela - red.) funkcjonalność «je…nij w Rosję». Któregoś dnia budzę się rano i widzę, że płonie skład paliw pod Biełgorodem, który dzień wcześniej znalazłem na Google Maps. Nie jestem wierzący, ale teraz codziennie zasypiam, myśląc «krymski most, krymski most…»”.
Ukraińcy śnią o zemście i triumfie nad Rosją. Większość uważa, że po tym, co stało się w Buczy, Irpieniu czy Mariupolu, nie ma już drogi do pojednania z Rosjanami. Przy tym każdy, kogo o to zapytałem, deklaruje, że po zakończeniu i zwycięstwie zamierza się upić ze szczęścia. Włącznie z przekonanymi abstynentami.
Notabene stand-up ruszył pół godziny po rozpoczęciu prohibicji. W praktyce nikt jej już nie przestrzega. Ukr`aińskie władze podchodzą do sprawy celowościowo. Zakaz sprzedaży alkoholu (w Kijowie obowiązujący od godz. 16) ma uniemożliwiać awantury, zwłaszcza z udziałem osób uzbrojonych, choćby z teroborony. To efekt incydentów z pierwszych dni inwazji, w których niejednokrotnie padały ofiary śmiertelne. Ale jeśli ktoś w czasie prohibicji spokojnie pije piwo, nawet w kawiarnianym ogródku, policja nie reaguje. To jedno z wielu świadectw nieco anarchicznego charakteru narodowego Ukraińców, z którego są bardzo dumni. Jeśli czegoś nie wolno, ale bardzo się chce, to można, o ile nikomu się przy okazji nie przeszkadza. ©℗