Gdy ukraińskie władze wprowadziły godzinę policyjną (czytaj całkowity zakaz wychodzenia z domów), odpowiedź na pytanie, co bardziej dręczy – cisza i bezruch jeszcze niedawno czteromilionowej metropolii czy głuche wybuchy w oddali – przestaje być oczywista. To całkowite odcięcie daje zbyt dużo czasu na rozmyślanie.
Logika godzin policyjnych jest jakoś powiązana z planami ukraińskiego wojska. Wprowadzając ją, albo spodziewa się ono ataku, albo samo się do niego szykuje. Często z sukcesami. We wtorek i w środę poinformowano o odbiciu terenów na północ i północny-zachód od rogatek Kijowa, czyli w zasadzie o odrzuceniu Rosjan i zamrożeniu ich potencjalnej ofensywy. Gdy tylko podano tę wiadomość, na stolicę zaczęły spadać pociski. I to zupełnie blisko centrum. Tak, jakby Rosjanie chcieli powiedzieć, że nie odpuszczą. Albo każą stolicy oczekiwać na szturm, albo będą ją bombardować, tak by obrońcy wreszcie się poddali. To nie wchodzi w grę, co oznacza wojnę pozycyjną na miesiące, jeśli nie na lata.