Przy okazji mszczenia się na Polsce oraz krajach nadbałtyckich za wspieranie opozycji Alaksandrowi Łukaszence udało się rozkręcić dochodowy biznes. Od każdego sprowadzanego z Azji migranta białoruscy pośrednicy inkasują kilka tysięcy dolarów, zaś po dostarczeniu do Mińska przybysz musi płacić za każdą usługę – zupełnie pozbywając się oszczędności.
Jedynym zagrożeniem dla biznesu okazuje się szczelna granica z UE – koczujący i ogołoceni ze wszystkiego biedacy zaczynają generować koszty dla gospodarzy.