I co, ilu uchodźców z Iraku widziałeś tutaj na ulicach? – pyta mnie na powitanie prof. Aleksij Ruža, szef departamentu psychologii na Uniwersytecie Dyneburskim. Widząc moje zakłopotanie, dodaje: – To tylko taki żart, oczywiście ich tu nie ma.
Od 10 sierpnia na Łotwie obowiązuje stan wyjątkowy, wprowadzony na trzy miesiące z powodu napływu migrantów – głównie Irakijczyków – od strony Białorusi. Tamtejsza Straż Graniczna informowała wtedy, że od 6 do 10 sierpnia funkcjonariusze udaremnili 283 próby nielegalnego przekroczenia granicy. W ciągu kolejnych trzech dni doszło do 245 takich prób. W sumie od wprowadzenia stanu wyjątkowego Łotwa odnotowała niecałe 1,4 tys. prób przekroczenia granicy. Ze względów humanitarnych wpuściła 38 osób i zatrzymała 390 kolejnych, które weszły na teren Unii Europejskiej nielegalnie. Nie ma informacji o tym, by ktokolwiek zginął na 170-kilometrowej granicy. W tym samym czasie Polska poinformowała o 9,4 tys. prób i zatrzymaniu 1,2 tys. osób.

Takie nieporozumienie

Reklama
Dla mieszkańców Łotwy stan wyjątkowy nie był takim wydarzeniem jak u nas – rok wcześniej z powodu pandemii rząd w Rydze ustanowił go na terytorium całego kraju. Ten obecny obejmuje większy obszar niż w Polsce – trzy graniczące z Białorusią powiaty i jedno miasto na prawach powiatu. W sumie prawie 7,3 tys. km kw., ponad 11 proc. powierzchni kraju. Położony 30 km od granicy Dyneburg jest największym ośrodkiem w jego obrębie. To drugie największe miasto na Łotwie (80 tys. mieszkańców), przed zaborami polityczne i kulturalne centrum Inflantów polskich. Założył je Stefan Batory.
W mieście nie ma jednak żadnych oznak tego, że obowiązuje tam nadzwyczajny reżim. Na ulicach nie widać wojska lub Straży Granicznej. Pomiędzy Rygą i Dyneburgiem kursują pełne pociągi i autobusy. Swietłana z punktu informacji turystycznej zapewnia, że nie ma problemów z dostępem do atrakcji turystycznych, są wystarczająco daleko od granicy. Niektóre z nich, jak dwór Ilgas, kurhan Robeznieki czy pomost nad jeziorem Rici są zaledwie kilkaset metrów od granicy. Położony 3 km od Białorusi, pośrodku gęstego lasu w parku krajobrazowym Silene, ekskluzywny hotel SPA w dalszym ciągu przyjmuje gości. Pod koniec sierpnia w Dyneburgu odbyły się Drużynowe Mistrzostwa Świata do lat 23 w żużlu, które wygrała Polska. Z udziałem kibiców. Dla organizatorów większym problemem niż stan wyjątkowy były warunki pogodowe.

Reklama
Według informacji służb kontrole są przeprowadzane 2 km od granicy. Wstępu nie ma tam większość organizacji pozarządowych, a zasady pracy mediów reguluje pięciostronicowy dokument (wizytę trzeba zgłosić i odbywa się pod nadzorem). – Na granicy u nas spokojno. Różnie mówiono, póki co nie spotkaliśmy się z migrantami. Jeździmy do lasu po grzyby i jagody, od granicy 100 metrów. Policję i straż graniczną spotykamy tylko na granicy – opowiada Józef Dobkiewicz, samorządowiec i działacz polonijny z położonego 3 km od granicy Krasławia. Tu stan wyjątkowy jest bardziej dotkliwy ze względów rodzinnych i ekonomicznych. – Bardzo nam szkoda, że jest takie nieporozumienie. Mamy dużo wspólnych projektów. Wymiany delegacji, inicjatywy finansowane z funduszy unijnych. Przeżywamy to razem z sąsiadami, z którymi współpracujemy, bardzo ich szanujemy – mówi Dobkiewicz. – Prawo o stanie wyjątkowym jest widziane jako pragmatyczne narzędzie, żeby nie przyjmować ludzi. Na terenach przygranicznych mieszkańcy mogą być rozczarowani sytuacją. Relacje łotewsko-białoruskie się popsuły, a oni mogą z tego powodu cierpieć biznesowo. Ale w stolicy nikt nie jest zainteresowany, co myślą ludzie przy granicy. To słabo zamieszkane tereny – uważa prof. Toms Rostoks, politolog na Uniwersytecie Łotewskim w Rydze.
Wśród mieszkańców powszechny jest pogląd, że jeśli ktoś przedostanie się przez granicę, to szybko wyjedzie na Zachód. – Dla nich jest tu zimno. Socjal jest słaby. To jedno z najbiedniejszych miejsc w Łotwie i Unii Europejskiej, nazywane najbardziej depresyjnym na kontynencie. Brak perspektyw, zarobki są niskie. Tu nie ma imigrantów. Nawet w kebabach nie ma Arabów, pracują Rosjanie albo Łotysze. Jedyni czarni chłopacy, jakich widuję na ulicy, to piłkarze miejscowego klubu – mówi z przesadą Aleksij Ruža. Chwyta za laptopa, włącza przeglądarkę internetową. – Specjalnie dzisiaj sprawdziłem, czy są jakieś artykuły o kryzysie na granicy w mediach. Nie ma. – Patrz, to strona mediów publicznych. Ani słowa – mówi. Przełącza na kolejną stronę. – A tutaj jest nasz lokalny serwis. Też nic. Najpierw koronawirus, potem sytuacja w szkolnictwie. Tydzień, dwa tygodnie temu było tak samo – wylicza.
Gdy rozmawialiśmy, akurat mijał miesiąc od wprowadzenia stanu wyjątkowego. Dyneburczyków bardziej pochłaniała pandemia: zdalne nauczanie na uniwersytecie, cotygodniowe testy na koronawirusa dla uczniów w szkołach, niski poziom zaszczepienia mieszkańców w regionie, szczególnie na wsiach. Podobnie jest w całym kraju. – Koronawirus jest zdecydowanie tematem numer jeden. Rząd chce o tym rozmawiać, opozycja też – chociaż z innych powodów. Są duże akcje zachęcające do szczepień – mówi Toms Rostoks. 29 września poinformowano o 1203 zakażeniach, takich liczb nie notowano w republice bałtyckiej od początku lutego. Łotwa ma prawie 20 razy mniej mieszkańców niż Polska, a poziom zaszczepienia jest nieco niższy i dopiero przekroczy 45 proc.

Popychani przez jednych i drugich

Podczas kryzysu uchodźczego w 2015 r. na Łotwie wybuchła panika podobna do tej w naszym kraju. W ramach unijnych ustaleń kraj przyjmuje wtedy do siebie kilkaset osób relokowanych z Grecji i Włoch. – Z moich badań wynikało, że Łotysze mieli wówczas ekstremalnie złą opinię o uchodźcach i migrantach. Nie miało znaczenia, czy byłeś młody czy stary, rosyjsko- czy łotewskojęzyczny, ze wsi czy z miasta – mówi prof. Ruža, który doktoryzował się pracą o percepcji uchodźców na Łotwie. W sumie w latach 2015–2018 kraj przyjął 374 migrantów w ramach unijnego programu solidarnościowego.
Jedną z nielicznych osób, które publicznie wyrażały niezadowolenie z dominującej, negatywnej narracji o migrantach, był Egils Grasmanis, prezes Brain Games, najbardziej znanego na Łotwie producenta gier planszowych. Firma ma siedzibę w niepozornym, jednopiętrowym budynku na obrzeżach dystryktu centralnego w Rydze. Jego „Icecool”, w którym gracze wcielają się w młode pingwinki walczące o ryby, zdobył najważniejsze nagrody branżowe i można go dostać na całym świecie, również w Polsce. – Rozmawiałem z rodziną, czy bylibyśmy skłonni przyjąć pod swój dach uchodźcę. Doszliśmy do wniosku, że tak. Zadałem takie pytanie na Facebooku, okazało się, że wiele osób myśli podobnie – wraca do 2015 r. Najpierw powstała grupa na Facebooku, a rok później organizacja pozarządowa Gribu Palīdzēt Bēgļiem (Chcę Pomóc Uchodźcom). Do tego roku nie zajmowali się sytuacją na granicy z Białorusią. Początkowo skupiali się na pomocy migrantom relokowanym z Grecji i Włoch. W ostatnich latach głównie pracowali z osobami zawróconymi z Zachodu na Łotwę jako kraju, który udzielił im ochrony międzynarodowej.
W połowie sierpnia z organizacją kontaktuje się osoba, która twierdzi, że od ponad tygodnia koczuje na granicy. Dostają informację, że jest tam 94 obywateli Iraku, głównie Kurdów i Jezydów, w sumie cztery grupy, każda w innym miejscu. – Potrzebowali ubrań, jedzenia, ochrony przed deszczem – wspomina Grasmanis.
Gribu Palīdzēt Bēgļiem proponuje MSW, że zorganizuje akcję pomocową. Resort się zgadza. – Rozmowy były bardzo konstruktywne. Zaangażowały się też m.in. Czerwony Krzyż i Caritas – podkreśla Grasmanis. Rusza internetowa zbiórka, zebrano kilka tysięcy euro. Wedle umowy paczki dostarczane są przez nich tylko do Dyneburga, na granicę zawożą je już służby. 20 sierpnia 11 osób z grupy, z którą aktywiści mieli kontakt, zostało przyjętych przez Łotwę ze względów humanitarnych. To rodziny z dziećmi do 3. roku życia. Udana współpraca trwała jedynie pięć dni. Aktywiści stracili kontakt z migrantami. Osoba, która przekazała im sygnał o ludziach koczujących na granicy, odezwała się później, już z innego numeru telefonu. Poinformowała organizację, że jedna grupa się rozdzieliła: część poszła z domniemanym funkcjonariuszem służb, część postanowiła czekać na zapowiadaną wizytę przedstawicieli ONZ. – Straż Graniczna poinformowała nas, że dostawy żywności nie są potrzebne, bo na granicy nikogo już nie ma – opowiada Grasmanis. Delegacja ONZ, która przybyła na miejsce, nikogo nie zastała.
Jak wynika ze śledztwa dziennikarzy łotewskiej telewizji publicznej, migranci zostali zabrani przez funkcjonariuszy granicznych i wywiezieni na Białoruś. Pytana o to szefowa MSW Marija Golubeva stwierdziła, że nic nie wie. – Sposób, w jaki zniknęli, jest dla nas problematyczny. Mamy informację z innych źródeł, że niektórzy z nich, w tym mój kontakt, są dalej na granicy, popychani to przez jedną, to przez drugą stronę. Niektórzy mieli wrócić do Mińska. Mamy kontakt z ich rodzinami, które starają się ich znaleźć. Ale z nikim na granicy – mówi Grasmanis.

Względy bezpieczeństwa najważniejsze

– Rząd prowadzi kampanię pod hasłem: „Nie robimy nic złego, to wojna hybrydowa i kwestia bezpieczeństwa, a nie humanitaryzmu”. Opozycja niespecjalnie wypowiada się w tym temacie. Podoba im się, że rządzący odgrywają rolę chłopców do bicia. A są bici – z jednej strony z powodu łamania praw człowieka, a z drugiej, że nie została odrobiona praca domowa – płot na granicy powinien powstać dawno temu, był taki pomysł, ale nie wyszło i są oskarżenia o korupcję w tej sprawie – mówi Rostoks. Odpowiadająca za ochronę granic minister Golubeva jest z progresywnej partii AP!; zdobyła rekordową liczbę głosów wśród kobiet i nie ukrywa się z homoseksualną orientacją. – W czasie kryzysu migracyjnego pracowała naukowo, mówiła wtedy, że to może być szansą dla Łotwy, że przyjadą ludzie, którzy pomogą nam z problemami demograficznymi, jeśli w nich zainwestujemy, to staną się przykładnymi obywatelami. Teraz mówi dokładnie co innego: granice muszą być zamknięte, względy bezpieczeństwa są najważniejsze – mówi Toms Rostoks. 28 września zakończono budowę pierwszej sekcji płotu na granicy – 1,7 km w okolicach Krasławia. Powstał z 5 km drutu kolczastego podarowanego przez Słowenię.
Nawet niektóre organizacje pozarządowe zajmujące się migracją jak ognia unikają tematu. Gdy chcę porozmawiać na ten temat z Patvērums „Drošā māja” (łot. „Schronienie bezpieczny dom”), organizacją, która od pięciu lat prowadzi Centrum Informacji dla Migrantów, jej pracownica odsyła mnie do Straży Granicznej, informując że „nie zajmują się ludźmi na granicy”. Moje prośby o rozmowę ignoruje Łotewskie Centrum Praw Człowieka. – Bardzo trudno jest nam uzyskać wsparcie. Rządzący myślą, że dostajemy z granicy nieprawdziwe informacje, że gramy w grę Łukaszenki. Nazywa się nas „zdrajcami”, „handlarzami ludzi” – przyznaje Grasmanis. Zaznacza, że jego organizacja też uważa, że granica powinna być zabezpieczona. – Wskazujemy tylko: to ludzie, którzy są w tej sytuacji wykorzystywani. Niestety większość polityków i społeczeństwa to ignoruje – mówi Grasmanis. Opozycja, która składa się głównie z partii reprezentujących rosyjskojęzyczną mniejszość (w rządzącej koalicji są politycy łotewskojęzyczni, od nacjonalistów po liberałów), woli atakować rząd za nieskuteczną walkę z pandemią. – Spór jest na linii rząd kontra liberalne organizacje i aktywiści. Liberalne, nie lewicowe – to drugie u nas oznacza prorosyjskie. Oni są niewielką, ale głośną grupą. Opozycja widzi, że nic na tym nie ugra. Politycy dobrze wiedzą, co opinia publiczna sądzi o uchodźcach. Nie jest zbyt tolerancyjna – mówi prof. Rostoks.
Sytuację wykorzystuje Zjednoczenie Narodowe, skrajnie prawicowe ugrupowanie i czwarta siła w parlamencie. – Użycie broni jest całkowicie zrozumiałe. Jeśli dużo nie zidentyfikowanych osób przekracza granicę, to zadaniem Straży Granicznej nie jest analizowanie, czy to terrorysta, agent, czy ekonomiczny imigrant – mówił w jednym z wywiadów poseł tej partii Jānis Dombrava.
To, jakie emocje wywołuje sprawa migrantów, pokazały incydenty w Muceniekach, gdzie znajduje się główny ośrodek dla cudzoziemców. Przypomina te, które mamy w Polsce – jest w środku lasu, w wiosce na obrzeżach Rygi, na terenie byłego radzieckiego zamkniętego osiedla. Po wykryciu ogniska koronawirusa ośrodek zaryglowano (wcześniej jego mieszkańcy mogli wychodzić). W jednym z nagrań krążących po łotewskich profilach społecznościowych widać po jednej stronie ogrodzenia sfrustrowanych mieszkańców ośrodka, niektórzy kopią w płot. Po drugiej funkcjonariusze trzymają konstrukcję, żeby się nie przewróciła. Jedni mówią, że były to albo „zamieszki”, drudzy twierdzą, że to „uzasadniony protest bezpodstawnie zamkniętych ludzi”.
– Politycy podkreślają, że u nas sytuacja jest lepsza. Że strategia wobec Białorusi jest sukcesem, bo prób przekroczenia granicy jest u nas mniej – mówi prof. Rostoks. – Nasze relacje z Białorusią są nieco inne. Polska ma jastrzębie podejście, a Litwa jest bardzo interesowna, robi coś za coś. My jesteśmy bardziej pragmatyczni. Historycznie staraliśmy się chronić Białoruś przed naciskami. W 2010 r., po sfałszowanych wyborach, UE szykowała się do surowych sankcji. Łotwa pomogła je złagodzić – wyjaśnia ekspert. W 2012 r. polski Ośrodek Studiów Wschodnich pisał, że sankcje nałożone na Białoruś „nie obejmują głównych białoruskich eksporterów na rynki unijne i nie zaszkodzą gospodarce Białorusi. Jest to efektem przede wszystkim konsekwentnego sprzeciwu przedstawicieli Łotwy, której gospodarka jest w znaczącym stopniu powiązana z Białorusią”. W swoich analizach OSW podkreśla, że łotewska polityka wobec Białorusi jest zdominowana przez kwestie ekonomiczne. W 2020 r. wartość handlu bilateralnego między obu państwami wyniosła prawie 394 mln dol. (zdecydowana większość to eksport z Białorusi). Amerykańska fundacja Jamestown w swojej analizie z 2020 r. pisała, że „w odróżnieniu od Litwy Łotwa zdecydowała nie skupiać się na drażniących dla Mińska tematach w relacjach dwustronnych”, co miałoby skutkować „lepszymi stosunkami niż w przypadku pozostałych sąsiadów Białorusi z UE”. ©℗
Materiał powstał z pomocą programu „I am European: Historie i fakty o migracjach na XXI wiek” organizowanego przez Fundację Centrum Edukacji Obywatelskiej.