Po pierwsze – prawnomiędzynarodowej. Po drugie – związanej ze strategią polityczną, w kontekście aktualnych i przyszłych relacji między Białorusią, Rosją a Zachodem (w tym krajami granicznymi). Ale dla całości obrazu ważna jest też płaszczyzna trzecia, znacznie mniej obecna w debacie publicznej – obejmująca profesjonalne, taktyczne i operacyjne aspekty działania służb specjalnych: rosyjskich, białoruskich i zachodnich.
Polowania na dysydentów
Historia specsłużb pełna jest mordów, porwań czy kompromitowania przez nie osób, które – będąc niewygodnymi dla jakiegoś reżimu – szukały schronienia za granicą. Takie akcje były podejmowane na polecenie decydentów politycznych i z inicjatywy samych służb, często prowadzących własną rozgrywkę, o celach niekoniecznie zbieżnych z interesami swoich władców. Czasem miały charakter dyskretny, czasem przeciwnie – realizowano je na oczach publiki, co niekiedy było efektem błędu w sztuce, ale znacznie częściej świadomym zamysłem, związanym z chęcią upieczenia na jednym ogniu dwóch pieczeni. Pozbycie się lub aresztowanie niewygodnego aktywisty to w tej sytuacji „pieczeń” mniejsza. Większą jest efekt propagandowy, polegający na zastraszeniu innych dysydentów (nawet tych potencjalnych), a także na wywołaniu i testowaniu określonych reakcji podmiotów zewnętrznych.
Służby specjalne przeróżnych państw mają na swoim koncie tego rodzaju działania, ale te związane z Kremlem mają tu tradycję szczególnie długą i bogatą. Można przypomnieć choćby aktywność carskiej Ochrany w zachodniej Europie w drugiej połowie XIX w. (w tym naszego rodaka w jej służbie, Piotra Raczkowskiego). Najbardziej znane, acz nie jedyne, historie z czasów ZSRR to zabójstwo w Meksyku Lwa Trockiego czy porwanie we Francji generałów Aleksandra Kutiepowa i Jewgienija Millera, kluczowych liderów białej emigracji. Analiza tych operacji, oraz wielu późniejszych, prowadzonych w czasie zimnej wojny, pozwala dostrzec wspólny mianownik: wszystkie były oparte na agenturze uplasowanej w otoczeniu celów, nierzadko obejmującej przewerbowane zawczasu osoby bardzo im bliskie i zaufane, a także dobrze zalegendowanych nielegałów.
Nikt z wielkich graczy Zachodu (Amerykanów, Brytyjczyków, Niemców) nie inwestuje w kwestię białoruską aż tak bardzo, by obejmować opieką swoich służb osoby takie jak Pratasiewicz. A ci, którzy interes tutaj mają (Polska i Litwa), nie stanęli na wysokości zadania z powodów wykraczających poza profesjonalizm służb
Po upadku ZSRR służby rosyjskie, stanowiące w dużej mierze kontynuację poprzedniczek, także przeprowadziły wiele podobnych operacji. To choćby ataki na byłych oligarchów Jurija Gołubiewa, Borysa Bieriezowskiego, Badriego Patarkaciszwilego, Aleksandra Pierieplicznego czy ekswiceszefa Aerofłotu Nikołaja Głuszkowa. W tych przypadkach ofiarą (najprawdopodobniej) „seryjnego samobójcy” padali ludzie wspierający z emigracji działalność antyputinowską lub po prostu zbyt wiele wiedzący o ciemnych interesach lokatorów Kremla. Długa ręka rosyjskich służb dosięgała na Zachodzie także ich byłych oficerów, którzy zmienili stronę: Siergieja Skripala czy Aleksandra Litwinienkę.
Analogiczny paradygmat działania można zaobserwować u służb specjalnych krajów satelickich Rosji – w tym Łukaszenkowskiej Białorusi. Nie jest to zaskoczeniem, zważywszy, że w prostej linii wywodzą się one z radzieckiego KGB, a zdaniem wielu specjalistów nadal w większym stopniu stanowią ekspozyturę rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa oraz wywiadu wojskowego GRU niż organizacje lojalne wobec konstytucyjnych władz suwerennego państwa. I podobnie jak ich „starsze siostry” nie stronią od działań brutalnych – dość wspomnieć tajemnicze zniknięcia w niedawnej przeszłości (a prawdopodobne zabójstwa) niepokornych wobec Łukaszenki polityków, dziennikarzy, a nawet wyższych oficerów tych służb, np. Wiktara Hanczara, Anatola Krasouskiego, Dźmitryja Zawadskiego czy gen. Juryja Zacharanki. Dotyczy to również obywateli innych państw – vide tajemnicza śmierć, w zderzeniu z ciężarówką na białoruskich numerach, założyciela Ośrodka Studiów Wschodnich Marka Karpia.
Dziurawy parasol
Wniosek jest prosty – nikt, kto wchodzi w paradę Kremlowi i jego sojusznikom, nie może czuć się bezpieczny. Wiedzą o tym specsłużby przeróżnych krajów i zazwyczaj rozpościerają nad ważnymi dla nich dysydentami parasol ochronny.
Służy on nie tylko ich ochronie fizycznej, lecz także kontrwywiadowczej. Pozwala, przynajmniej w pewnym stopniu, kontrolować ich kontakty, tak pod kątem ewentualnej inwigilacji i inspiracji przez przeciwnika, jak i – mówiąc wprost – ich potencjalnej agenturalności. Ten ostatni aspekt z punktu widzenia warsztatu nie jest działaniem na wyrost, biorąc pod uwagę liczne poszlaki, świadczące o poważnej infiltracji środowisk dysydenckich na Białorusi przez służby rosyjskie.
Trudno liczyć na to, że z zagrożeniami i wyzwaniami ze strony profesjonalnych instytucji przeciwnika poradzą sobie sami opozycjoniści. Zazwyczaj są to osoby o relatywnie niewielkim doświadczeniu politycznym, a już szczególnie konspiracyjnym – uczące się reguł gry tego specyficznego świata w biegu i niestety często na własnych błędach. W tej sytuacji opieka ze strony profesjonalistów od wywiadu i kontrwywiadu bywa bezcenna – o ile faktycznie realizowana jest właściwie. Istnieją powody, by przypuszczać, że jest nią objęta np. kandydatka na prezydenta Swiatłana Cichanouska (zapewne przez służby litewskie, ale również przez amerykańskie). Czy dotyczyło to także Ramana Pratasiewicza? Przebieg wypadków wskazuje, że niestety nie – a jeśli nawet, to w stopniu niewystarczającym.
Świadczy o tym sam fakt korzystania przez niego z samolotu tanich linii, którego trasa przelotu przebiegała nad Białorusią. Nie trzeba specjalnej wyobraźni, by przewidzieć ewentualność tego, co zaszło. Informacje o podłożonej bombie to niejedyna metoda, by zmusić pilota do lądowania na najbliższym lotnisku. Innymi mogą być fałszywe dane o usterce technicznej (hakowanie systemów samolotu jest możliwe, ale da się też przecież metodami operacyjnymi wpłynąć na któregoś z członków załogi, by to załatwił), pozorowane kłopoty zdrowotne jednego z pasażerów, a także wywołanie na pokładzie burdy z udziałem podstawionych napastników.
Warto wspomnieć, że – wedle dość wiarygodnych przecieków – właśnie taki miał być scenariusz niedawnej operacji służb ukraińskich, czyli przejęcia przez nie grupy wagnerowców (rosyjskich najemników pracujących dla GRU), udających się rejsowym samolotem, przez Mińsk i Stambuł, na (fikcyjny zresztą i będący elementem pułapki) kontrakt do Wenezueli. Wioząca ich maszyna miała, wedle planu, lądować awaryjnie w Kijowie właśnie z powodu aktów chuligańskich na pokładzie, co uzasadniałoby interwencję grupy szturmowej na lotnisku. Nie doszło do tego, bo cele zostały przed wylotem „zabezpieczone” przez KGB Białorusi, czyli aresztowane, a potem przekazane Rosji.
Niewykluczone zresztą, że w akcji zatrzymania Pratasiewicza był to plan B (jakiś być musiał, zawodowcy zazwyczaj mają w takich razach również C, a nawet i D). Może na to wskazywać obecność na pokładzie samolotu licznej ekipy „cieni”, wykraczającej poza potrzeby obserwacji (oprócz Pratasiewicza i jego dziewczyny maszynę opuściło w Mińsku również czterech obywateli rosyjskich, a nie mamy bynajmniej pewności, że to już komplet tych, którzy byli bezpośrednio zaangażowani w akcję).
Dodając dwa do dwóch: mamy człowieka, który bardzo poważnie zalazł za skórę Łukaszence – bodaj bardziej niż Cichanouska, bo jej konferencje za granicą nie robią już na władzach specjalnego wrażenia, natomiast informacje kolportowane przez Pratasiewicza w sieci, m.in. o prywatnym majątku „Baćki” oraz pomagające logistycznie organizować kolejne protesty – jak najbardziej. Mamy też wcześniejsze sygnały, że „figurant” (w języku służb tak określa się osobę stanowiącą cel operacji) „ciągnie za sobą ogon” (zauważył to parokrotnie sam Pratasiewicz, po raz ostatni na lotnisku, podczas odprawy, gdy jeden ze śledzących próbował sfotografować jego paszport). Mamy znane, przynajmniej ludziom z branży, i opisane pokrótce wyżej know-how. I o niczym nie świadczy to, że nad Białorusią latała Cichanouska i nic się nie stało – bo to niczego istotnego nie oznaczało z punktu widzenia bezpieczeństwa innej osoby, w nieco odmiennych okolicznościach i czasie.
Wynik tego dodawania najprościej zinterpretować jako poważny błąd w sztuce, popełniony przez służby krajów zachodnich. Trudniej (ale to też możliwe) – jako finezyjny, acz cyniczny test na determinację przeciwnika. Jest jeszcze nieco inna droga wnioskowania: nikt z wielkich graczy Zachodu (Amerykanów, Brytyjczyków, Niemców) nie inwestuje w kwestię białoruską aż tak bardzo, by obejmować opieką swoich służb osoby takie jak Pratasiewicz. W końcu nawet ich zasoby wywiadowcze nie są nieograniczone. A ci, którzy interes tutaj mają (Polska i Litwa), nie stanęli na wysokości zadania z różnych powodów, także tych wykraczających poza sam profesjonalizm służb.
Wielka polityka
Ten rzut oka na taktyczny i operacyjny aspekt sprawy pozwoli łatwiej zrozumieć kwestie wielkiej polityki i strategii. A przynajmniej – nie dziwić się zanadto temu, co prawdopodobnie nastąpi w najbliższej przyszłości.
Trudno mieć wątpliwości co do tego, że operacja została przeprowadzona wspólnie przez służby białoruskie i rosyjskie, za cichą akceptacją Moskwy. Kremlowskie reakcje tylko w tym upewniają, wskazując, że Rosja za jednym zamachem próbuje załatwić dwie sprawy. Po pierwsze, do reszty skompromitować Łukaszenkę w oczach Zachodu, by ostatecznie zamknąć mu jakiekolwiek drogi manewru, poza pełnym podporządkowaniem się Władimirowi Putinowi. Po drugie, otworzyć sobie drzwi do najbardziej pożądanego przez siebie scenariusza: inkorporacji Białorusi metodami względnie pokojowymi, w dodatku przy aprobacie świata, w roli „dobrego policjanta”, który zapewni wreszcie względny porządek i spokój w regionie.
I może przy okazji przykryć nieco tymi wybrykami drobniejszego watażki własne grzechy z ostatnich tygodni – takie jak skandal z wysadzaniem składów amunicji w Czechach (opowiadający o tym tekst „Jednostka 29155” ukazał się w Magazynie DGP 23 kwietnia – red.) czy z atakami w cyberprzestrzeni na kluczową infrastrukturę krajów zachodnich. Przed planowanym szczytem USA – Rosja będzie to jak znalazł.
Z punktu widzenia dysydentów zwalczających reżimy postradzieckie (i nie tylko) z całej sprawy płynie ważna nauka. Nie lekceważcie przeciwników, nie ufajcie zanadto państwowym przyjaciołom, liczcie na siebie. I uczcie się w przyspieszonym tempie tego, co wasi kontrpartnerzy studiowali i praktykowali przez lata służby. Na własną rękę, z książek albo od specjalistów, dostępnych dziś również na wolnym rynku.
Dla polityków, także polskich, mających ambicje kreować i prowadzić politykę wschodnią, wskazówka jest zresztą dość podobna. Starajcie się najpierw poznać i zrozumieć wszystkie płaszczyzny, na których ta polityka się rozgrywa. Zanim będzie (znowu) za późno.
Autor jest doktorem nauk o polityce z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, a także ekspertem Nowej Konfederacji oraz przewodniczącym rady i analitykiem Fundacji Po.Int, zrzeszającej m.in. byłych oficerów wywiadu