Z gwiazdami życia publicznego jest podobnie, czego najlepszym przykładem Adam Michnik. Funkcjonując od początku lat 90. jako redaktor naczelny (najpierw faktyczny, a potem bardziej symboliczny) „Gazety Wyborczej” i najwyższa instancja w koncernie Agora, też dorobił się niemałego zastępu ochroniarzy. Zwykle więc każdy, kto próbował Michnika skrytykować (a nawet tylko opisywać jego rolę szarej eminencji polskiej polityki), narażał się na kopanie po kostkach i nieliche kuksańce. Czasem rozdawane otwarcie przez dyżurne pióra „Wyborczej”, a potem TOK FM. A czasem, gdy sędzia nie patrzył. To dzięki temu dobrze naoliwionemu systemowi dopiero teraz dostajemy dużą biografię tej ważnej – i niejednoznacznej – postaci najnowszej polskiej historii. Wcześniej na rynku były bowiem tylko albo publikacje bliskie hagiografii (jak „Adam Michnik. Biografia” Cyrila Bouyeure’a z 2009 r.), albo polemiczne pamflety („Michnikowszczyzna. Zapis choroby” Rafała Ziemkiewicza z 2006 r.). A przecież bez wspomnienia o Michniku trudno sobie w ogóle wyobrazić jakąkolwiek rozmowę o Polsce po 1989 r.
Tak, właśnie po roku 1989. Wcześniej Michnik aż tak wpływowy nie był. Owszem, odegrał swoją rolę w marcu ’68 czy tworzeniu KOR-u, ale miała ona fundamentalne znaczenie dla wąskiej grupki inteligenckich opozycjonistów. To, że dziś uważamy go za tytana opozycji, jest efektem autokreacji machiny „Gazety Wyborczej” po przełomie. Bo wtedy już żadnych wątpliwości nie ma. Gdzie nie spojrzeć, jest Michnik. Jest przy tworzeniu rządu Mazowieckiego, przy narzucaniu Solidarności planu Balcerowicza, przy straszeniu powrotem postkomuny, potem przy tejże postkomuny rehabilitacji, przy budowaniu poparcia dla polskiego udziału w wojnie w Iraku itd. Aż po rolę antypisowskiego dobosza świętej wojny o demokrację i konstytucję. Brak biografii takiej postaci to był doprawdy przypadek (angielskiego) słonia w salonie, o którym się nie mówi, żeby nie przyznać, że jest problem.
By stworzyć tę pełnokrwistą biografię, Roman Graczyk musiał przełamać barierę niechęci Michnikowego środowiska do rozmowy o ich bossie. To się udało częściowo dzięki temu, że on sam był z nim przed laty związany (odszedł, a właściwie został z „Wyborczej” wypchnięty około 2006 r. na fali sporu o podejście do lustracji). A po części dlatego, że demiurg Michnik zdążył sobie przez te wszystkie lata narobić sporo może nie wrogów, ale rozczarowanych obchodzeniem się z ludźmi we własnej drużynie.
Reklama
Jeszcze 15 lat temu tej drużynie udałoby się bez trudu tę biografię zdeprecjonować i ustawić na półce z napisem „literatura oszołomska”. Dziś – w o wiele bardziej pluralistycznym otoczeniu medialnym – tak łatwo już nie będzie. I ja zachęcam do sięgnięcia po „Demiurga”. Fanom Michnika ku wściekłości. Jego wrogom ku satysfakcji. A tym, którzy z jego faktycznej roli w historii III RP nie zdają sobie nawet sprawy (a takich jest pewnie coraz więcej) – ku poszerzeniu horyzontów.