Reklama
fot. Franciszek Vetulani/Wikipedia
Marek Sanak genetyk i biolog molekularny, profesor nauk medycznych, kierownik Zakładu Biologii Molekularnej i Genetyki Klinicznej Wydziału Lekarskiego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownik Zakładu Diagnostyki Biochemicznej i Molekularnej Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie
Z Markiem Sanakiem rozmawia Mira Suchodolska
Podczas poprzednich pandemii najsilniejsi przeżywali, najsłabsi umierali, a wraz z nimi ginęły wirusy oraz bakterie. Dziś mamy środki, żeby także tych najsłabszych utrzymywać przy życiu. Czy nie dajemy w ten sposób czasu wirusowi SARS-CoV-2 na to, by mutował?
Dziś największym problemem jest dla nas bardzo szybkie przemieszczanie się ludzi. Kiedy koronawirus pojawił się w Chinach, zbyt długo zwlekano z zawieszeniem lotów. Nie pierwszy raz, gdyż wirus SARS, ten z 2002 r., też się w ten sposób rozprzestrzenił po świecie, tyle że był o wiele mniej zakaźny. I teraz przeżywamy szok spowodowany bezradnością – potrafimy w medycynie robić rzeczy, o których się nam nie śniło 20 lat temu, a jesteśmy bezsilni. Rok pandemii to zbyt mało czasu, żeby wynaleźć lek, który skutecznie zwalczałby COVID-19. Nasze metody obrony przed nim niewiele się różnią od tych, jakie stosowano w przeszłości – zarządzamy kordony sanitarne czy izolację.
Ile mamy odmian SARS-CoV-2 na świecie, a ile w Polsce? I której z istniejących mutacji trzeba najbardziej się obawiać?
Najbardziej obawiamy się tych, których jeszcze nie poznaliśmy. A odmian jest tyle, ile przeprowadzonych badań mających na celu sprawdzenie sekwencji wirusa. Jedna próbka kosztuje około tysiąca złotych, a Polska nie przoduje w sekwencjonowaniu. Tam, gdzie się robi takich badań dużo, wykrywa się wiele nowych wersji – jest już ich bodaj 250. Naprawdę istotnych jest kilka: brytyjska, kalifornijska, brazylijska, indyjska i południowoafrykańska – bo zwiększyły o 25 proc., nawet 50 proc., zakaźność. Wirus zmienia się, aby zwiększyć możliwość zakażania następnych osób. A przy okazji staje się oporny na cząsteczki przeciwciał, które nabyliśmy, przechorowując infekcję wywołaną nim lub którymś z pięciu mu podobnych – bo istnieje coś takiego jak odporność krzyżowa. Dziś wszystkich interesuje, czy pojawi się mutacja, która będzie od razu zabijać. Być może. Pacjenci leżący pod respiratorami, choć zakazili się tym samym dominującym w danej populacji wirusem, po pewnym czasie – choroba trwa dość długo – mają w sobie jego wersję już nieco zmienioną. Patogen staje się sprytniejszy, łatwiej atakuje komórki naszego układu odpornościowego, jest bardziej zjadliwy. Te mutacje się nie rozprzestrzeniają, choć pewnie by tak było, gdyby ludzie umierali na ulicy. Ale u osób z najcięższym przebiegiem choroby, także tych, które na nią zmarły, zsekwencjonowano nowe mutacje wirusa – i nie była to ta sama wersja, którą się zakazili. Po prostu – miał tyle czasu, żeby się w ich organizmach zmienić w taki sposób, że stał się zabójczy.
Czy dobrze rozumiem: ktoś dziś zakaża się koronawirusem, po trzech tygodniach umiera, i okazuje się, że patogen, który doprowadził do zgonu, jest inny niż ten, który wywołał chorobę?
Zupełnie inny to on nie jest, nadal ma takie samo białko S w „kolcu”, które pierwsze przyczepia się do komórek, umożliwiając wejście wirusa do ich środka. Są publikacje, z których wynika, że aż 80 proc. osób, które umierają w warunkach szpitalnych, ma wirusa z takim samym białkiem S, ale jedno z pomocniczych białek, które przeprogramowuje ustawienie komórek, wywołując ich śmierć, mutuje. Jedna z tych mutacji przewija się najczęściej: białko Orf3a. Wirus jest prymitywnym organizmem, który kopiuje się z dużą liczbą błędów – pojawiają się raz na tysiąc powieleń, a jako że ma niespełna 30 tys. nukleotydów, a namnaża się tak, że w ciągu pół godziny powstaje tysiąc kopii, ma wiele szans na przetestowanie różnych mutacji.
Porozmawiajmy o szczepionkach. Pojawiły się wyniki badań, z których wynika, że wśród osób zaszczepionych dwoma dawkami szczepionki BNT162b2 mRNA (Pfizer) aż osiem razy częściej dochodziło do zachorowania na COVID-19 wywołanego mutacją południowoafrykańską w porównaniu do osób niezaszczepionych.
Nie należy tego rozumieć w ten sposób, że w tej grupie osiem razy częściej dochodziło do zachorowania, tylko że wśród osób zaszczepionych ponowne zakażenie zdarza się mniej więcej u 1,5 proc. I biorąc pod lupę te 1,5 proc., osiem razy częściej występował u nich wariant południowoafrykański, oporny na przeciwciała po zastosowaniu szczepionki. To samo dotyczy wariantu kalifornijskiego, który jest 10 razy bardziej oporny na to, co nazywamy neutralizacją wirusa. I nie ma znaczenia, czym szczepimy – preparatami Pfizera czy Moderną, gdyż w obu przypadkach białka produkowane po zaszczepieniu są podobne. To są mutacje wirusa, które uciekają przed naszą odpornością.
Jaki mechanizm zachodzi w tych kłopotach z neutralizacją wirusa?
Podobny jak w przypadku grypy, która co sezon wymaga nowej szczepionki. Wirus się zmienia, wygrywa wariant oporny na przeciwciała. Jeśli osoby zaszczepione ponownie się zakażą, to przebieg infekcji będzie lżejszy. Jednak nadal będą roznosić chorobę, staną się wektorem i to o tyle kłopotliwym, że mają poczucie własnej odporności, dodatkowo czasem nie mając objawów zakażenia. Ale nie jest tak, że się łatwiej zakażają, raczej trudniej. Natomiast niektóre warianty wirusa unikają neutralizacji przez przeciwciała wytworzone po szczepieniu. Dziś szczepimy wersją preparatów 1.0 – bardzo szybko powstały, ale pierwowzorem dla nich był wariant wirusa, który pojawił się na początku pandemii, a dziś mamy jego kolejne generacje, więc szczepionki działają na nie słabiej. Osoby zaszczepione są więc chronione, tyle że nie kompletnie.
Jeśli ponownie się zakażą, transmitują wirusa równie aktywnie, jak te przed podaniem preparatu?
U nich proces namnażania wirusa w drogach oddechowych przebiega słabiej, a zakażamy głównie drogą kropelkową. Natomiast jeśli zakażą się tą bardziej zjadliwą wersją, a z racji zabezpieczenia przed „zwykłym” wirusem będą się zachowywać niefrasobliwe, efekt netto może być nieprzewidywalny. Osoby zaszczepione nie powinny być traktowane jako bezpieczne. One są zabezpieczone przed wylądowaniem w szpitalu z zapaleniem płuc, natomiast mogą stanowić zagrożenie dla innych.
Także jeśli przechodzą ponowną infekcję bezobjawowo?
Tak. Podobnie jak w przypadku dzieci, których większość przechodzi ją bezobjawowo lub skąpoobjawowo. Początkowo sądzono, że dzieci może nie roznoszą wirusa, potem, że bardziej roznoszą, w końcu okazało się, że przekazują go, ale w mniejszym stopniu niż bezobjawowy dorosły.
Spotkałam się z opinią, że jeśli ktoś pierwszą infekcję przeszedł w sposób łagodny, to jest większe ryzyko, że zachoruje ponownie, w przeciwieństwie do osób, u których choroba przebiegała w bardziej dramatyczny sposób, co miałoby spowodować wytworzenie większej ilości ciał odpornościowych.
Nie jest tak. Przy zakażeniu koronawirusem są pewne fazy. Najczęściej, w 80 proc. przypadków, zakażenie powoduje złe samopoczucie, bóle mięśniowe, bóle głowy, ten stan po 3–4 dniach mija. Taka osoba nabywa odporność pozakaźną, która nie różni się szczególnie od odporności poszczepiennej. W skrajnych przypadkach, kiedy ktoś w ogóle nie zagorączkował, może słabiej, ale jednak się uodporni. Ludzie różnią się poziomem przeciwciał – zarówno po zakażeniu, jak i po szczepieniu. Generalnie – im kto młodszy, ten ma ich więcej, co niekoniecznie koreluje z objawami przebytej choroby czy z objawami poszczepiennymi. Ciężkość choroby zależy od tego, czy wirus przedarł się przez barierę układu oddechowego, rozsiał się do komórek układu odpornościowego i spowodował katastrofę immunologiczną – bo tak można nazwać stan, kiedy nagle płuca przestają pracować, pojawią się zakrzepy, przestają działać nerki.
Wiremia, czyli obecność we krwi mogących się namnażać wirusów, powoduje, że atakowane są wszystkie organy?
Ta wiremia jest subtelna, nie tak jak w eboli, gdzie każda tkanka, próbka krwi jest zakaźna. I bardzo krótka, bo koronawirus, kiedy już przedostanie się do układu odpornościowego i komórek śródbłonka naczyń krwionośnych, przestaje się mnożyć. Niestety, aktywuje je tak, że komórki zaczynają się zachowywać, jak gdyby było ciężkie zakażenie bakteryjne. Wytwarzają wiele różnych substancji, gasząc niejako pożar benzyną – i nasze organizmy nie wytrzymują tego.
Zacznijmy od naczyń krwionośnych – dlaczego tworzą się w nich zakrzepy?
Naczynia są wyścielone płaskimi komórkami, które nieco przypominają bruk, patogen powoduje, że przestają ściśle przylegać do siebie i przepuszczają składniki osocza krwi. Stają się też szorstkie, pojawiają się na nich substancje, które aktywują płytki krwi. To one powodują, że jeśli się zranimy przy goleniu, to zaraz pojawi się strupek. Tych płytek jest dużo – w milimetrze sześciennym krwi od 150 do 300 tys. Normalnie krążą w naszym ciele lśniące, gładkie, lecz pod wpływem substancji uwalnianych do krążenia ze śródbłonka stają się lepkie, indukują przemianę białek i zaczynają kleić się ze sobą, tworząc duże grupy, które zatykają naczynia. Skłonności do zatorów utrzymują się u ozdrowieńców po ciężkim przebiegu choroby.
Dlaczego szczepionki wektorowe, wykorzystujące fragmenty innych wirusów do wywołania odpowiedzi immunologicznej przeciw konkretnemu wirusowi, powodują zwiększone ryzyko pojawienia się zakrzepów?
Ten mechanizm wiąże się z wytwarzaniem przeciwciał pod wpływem białka wirusa, ale też innych białek kodowanych przez wektor – adenowirus, który jest pośrednikiem w przekazywaniu. Zaczyna się proces sztucznego zakażenia, adenowirus zaczyna produkować spore ilości antygenu uczulającego komórki odpornościowe, skłaniając je do produkcji przeciwciał. W pierwszej fazie, która trwa do trzech tygodni, przeciwciała są jeszcze niedojrzałe i mogą reagować nie tylko z białkiem S wirusa, ale też z naszymi własnymi białkami. To rzadkie powikłania – w USA dotyczą siedmiu osób na sześć milionów zaszczepionych preparatem Johnson & Johnson.
W Europie takich powikłań było więcej.
Ale i tak nie przekroczyły jednego przypadku na sto tysięcy.
Pojawiły się informacje, że Komisja Europejska nie będzie kontraktowała szczepionek wektorowych AstryZeneki i Johnson & Johnson. To dobra decyzja?
Zacznijmy od tego, że szczepimy osoby zdrowe, a każde powikłanie poszczepienne to porażka – bo ktoś, komu chcieliśmy pomóc, traci zdrowie. Lecz patrząc z punktu widzenia epidemiologii, to jedna osoba zaszczepiona komuś uratuje życie, bo go nie zakazi albo sama się nie zakazi lub nie będzie miała ciężkich powikłań czy zgonu. Ale szczepienia muszą być superbezpieczne, żeby zostały zaakceptowane. Myślę, że jeśli uznaje się szczepionki mRNA za bardziej bezpieczne, to należy dążyć do tego, żeby nie szczepić tymi wektorowymi.
Ludzie, słysząc o nawet zupełnie nieistotnych statystycznie powikłaniach, tracą zaufanie do szczepień w ogóle.
Tak się dzieje, niestety. Ale z drugiej strony – ile zna pani domostw, w które ostatnio uderzył piorun, spalił je, zabił domowników? A mimo tego montujemy piorunochrony z własnej woli, a prawo zobowiązuje, żeby się pojawiły w każdym budynku użyteczności publicznej. To kwestia szacowania ryzyka. Dziś eksperci doszli do wniosku, że liczbowe dane są na tyle przekonujące, a perspektywy szczepionek mRNA na tyle dobre, że bezpieczniej będzie korzystać z nich.
Co wirus robi z naszym mózgiem? W jaki sposób przekracza barierę krew–mózg?
Nie ma pewności, że to robi. Są tylko pojedyncze prace, z których wynika, że może to zrobić. Na pewno uszkadza naszą centralę, bo upośledza krążenie krwi. To wystarcza, żebyśmy się źle czuli, żeby pojawił się udar. U niektórych chorych poziom substancji, które sygnalizują stan zapalny mózgu, jest tak wysoki, że muszą oddziaływać na wszystko, co się tam dzieje.
Mówi się o odroczonych powikłaniach neurologicznych u osób, które przeszły COVID-19.
Zdarzają się depresje, ludzie mają lęki, boją się zasnąć, mają, jak to określają, mgłę mózgową, trudności z koncentracją, przypominaniem. Część objawów można by wytłumaczyć upośledzonym ukrwieniem w wyższych strukturach mózgowych, a część przewlekłym stresem i lękiem przed śmiercią. Chorzy na COVID-19, odizolowani od bliskich, podłączeni do aparatury, spotykający się tylko z personelem medycznym w „kosmicznych” strojach ochronnych – są zagubieni i zalęknieni. Dlatego część z nich ma zespół stresu pourazowego, tak jak osoby, które doświadczyły wojny.
Koncerny pracują dziś nad szczepionkami multiwalentnymi, działającymi na kilka wariantów wirusa.
To ma być szczepionka 1.1, lepiej oddziałująca na wirusy, które nauczyły się uciekać przed wakcyną 1.0. To naturalna ewolucja szczepionek, muszą być dostosowane do zmieniających się wersji wirusa, żeby wytworzyła się odpowiednia liczba przeciwciał.
Ile powinno być tych przeciwciał, żeby było dobrze?
Są ludzie, którzy mają uszkodzony układ odpornościowy, i oni – choćby im podać najlepsze szczepionki, by przechorowali zakażenie SARS-CoV-2 – to nie będą ich mieli. Ale są osoby, które po zaszczepieniu mają tysiąc jednostek, podczas gdy ochrona jest już przy dwudziestu – mają nadmiar przeciwciał. Nie widzę powodu, żeby poszczepienne przeciwciała utrzymywały się dłużej niż te nasze pojawiające się po chorobie. Cząsteczka przeciwciała żyje średnio cztery do sześciu tygodni. Więc ich poziom musi z czasem spadać. Nie ma uzasadnienia medycznego, biologicznego, by akurat szczepionka dawała taki cudowny efekt, by poziom przeciwciał utrzymywał się bardzo długo. Zapewne opada do takiego, który jeszcze chroni – z tysiąca do dwudziestu po roku, niezależnie od tego, jakim preparatem się zaszczepiliśmy.
Po roku będziemy się musieli zaszczepić kolejny raz?
Jeśli będzie ryzyko zakażenia, to tak.
Ciekawa jestem pańskiego zdania wobec stanowiska Konferencji Episkopatu, który wyraził sprzeciw moralny wobec tego, że AstraZeneca i Johnson & Johnson do produkcji szczepionek użyły linii komórkowych stworzonych na materiale biologicznym pobranym od abortowanych płodów.
To prawda, że do uzyskania adenowirusowych szczepionek przeciw COVID-19 użyto zmodyfikowanych genetycznie linii komórkowych HEK293 i PER.C6. Pierwsza linia to komórki wyizolowane w 1973 r. z nerki poronionego płodu ludzkiego. Drugą wyprowadzono z tkanki siatkówki płodu ludzkiego w 1985 r. Linie komórkowe pochodzenia ludzkiego były w przeszłości wielokrotnie wykorzystywane przy opracowaniu szczepionek, np. przeciwko zapaleniu wątroby typu A, różyczce lub wściekliźnie. Są one oferowane komercyjnie przez licznych dostawców produktów biotechnologicznych. W badaniach biotechnologicznych stosuje się różnego rodzaju komórki, przy czym żadna z nich nie została pobrana specjalnie w tym celu – po prostu ktoś kiedyś pobrał preparat tkanki, który potem okazał się perspektywiczny w prowadzeniu badań. Ja też pracuję na komórkach płodów, tyle że afrykańskiej małpy zielonej. Ale najbardziej popularnym materiałem służącym do produkcji szczepionek są zarodki kurze – to najtańsze rozwiązanie, a koncerny posługują się optymalizacją metody wytwarzania. Robienie szczepionek na komórkach ludzkich napotyka na kilka przeszkód, choćby taką, że u człowieka zdarzają się zakażenia wirusami, które tkwią w komórkach, jak np. HIV. Czyli taka linia musiałaby zostać dokładnie sprawdzona, czy coś w niej nie siedzi. Unika się także linii świńskich, bo w nich także są patogeny, które mogłyby zakazić człowieka – retrowirusy podobne do HIV. Chętniej używa się linii z jajników i nerek chomików syryjskich.
Czym jest taka hodowla komórkowa?
To jest sposób na namnażanie, niemal w nieskończoność, komórek, które kiedyś zostały pobrane. Jedna z najsłynniejszych hodowli nazywa się HeLa od nazwiska Henrietty Lacks, która była dawczynią komórek raka szyjki macicy. Teraz są hodowane na całym świecie, ich masa rocznie przekracza 160 tys. ton. Jednak hodujemy komórki ludzkie relatywnie rzadko. Jeżeli pochodzą od dawców, którzy wyrazili na to zgodę, robimy to, aby badać choroby. Natomiast biotechnolodzy najczęściej używają takich hodowli do produkcji np. erytropoetyny, która m.in. pobudza rozrost komórek macierzystych układu czerwonokrwinkowego, hormonu wzrostu czy czynników krzepnięcia krwi.
Wróćmy do szczepionek: dlaczego jedna dawka preparatu Pfizera podana ozdrowieńcom powoduje wytworzenie takiej samej dawki przeciwciał ochronnych, co dwie dawki u osób, które nie chorowały?
Ktoś, kto przechorował, wytworzył tyle przeciwciał, co osoba, która została zaszczepiona pierwszy raz. Druga dawka, przypominająca, wzmacnia odpowiedź układu immunologicznego. Jeśli po pierwszym zetknięciu z wirusem powstały komórki zdolne do produkcji przeciwciał, to po drugim ich liczba znacznie rośnie, mnożą się w węzłach chłonnych i będą produkować bardzo dużo przeciwciał.
Dlaczego u ozdrowieńców, którzy się szczepią, częściej obserwuje się objawy uboczne?
Bo żwawiej odpowiadają na tę szczepionkę miejscowo. Może pojawić się ból pod pachą, bo tam są węzły chłonne już przygotowane na spotkanie: tam grupa komórek, które mają bezpośredni kontakt z białkiem wyprodukowanym po szczepionce, jest większa. Ale układ odpornościowy nie wie, czy to była szczepionka, czy zakażenie, więc komórki biorą się do roboty i uruchomiają produkcję przeciwciał. Towarzyszą temu objawy ogólne, jak gorączka czy dreszcze, najlepiej to przespać, wziąć paracetamol. Raz-dwa minie.
Chciałabym poznać pana zdanie na perspektywę uzyskania leku, który będzie skuteczny na tego wirusa. Ruszyły badania nad amantadyną, wciąż nie wiadomo, co z remdesivirem…
Jeśli chodzi o amantadynę, to zostały przyznane środki na badania, czekamy na wyniki – ja jestem ostrożny, ale jak będą dowody na jej skuteczność, chętnie zmienię zdanie. Jeżeli chodzi o remdesivir, wszystko wskazuje na to, że kiedy wirus się namnaża – kiedy powoduje pierwotne zakażenie dróg oddechowych i zaczyna przenikać do krwi, rozsiewając się do komórek odpornościowych – to wtedy remdesivir działa. Ale kiedy chory jest już w tak złym stanie, że leży pod respiratorem, jest za późno. Od wielu lat koncerny farmaceutyczne pracowały nad lekiem działającym na pierwszego wirusa SARS. Ale zarzuciły prace już na poziomie badań na zwierzętach, bo zachorowało raptem 12 tys. osób, a wprowadzenie nowego leku to koszt setek milionów dolarów. Dziś odgrzebuje się stare projekty leków, ale okazuje się, że albo za krótko działają i trzeba by je podawać co trzy godziny, albo mają niepożądane działania, albo źle się wchłaniają. Są mało perspektywiczne, w dodatku, żeby je móc wprowadzić na rynek, musiałyby z powodzeniem przejść trzy fazy badań klinicznych, na co się nie zanosi. Pod ręką był remdesivir, który został wymyślony dla eboli, więc nie jest bardzo skuteczny, choć trochę działa.
Naukowcy w Krakowie pracują nad cząsteczką zwaną HTCC.
Jest pomysł, że jeśli się uwięzi wirusa w sieci polimerowej, to być może nie będzie w stanie wniknąć do komórek nabłonka. To tak, jakbyśmy firanką zasłonili otwarte okno, żeby muchy nie wleciały do pokoju. Muchy to wirusy, a pokój to komórka oddechowa. Idea jest taka, że białko udające to, które w komórce wiąże się z kolcem wirusa, stanowi dla niego wabik. Przyciąga go niczym flara wystrzelona z myśliwca uciekającego przed nieprzyjacielskim pociskiem. W eksperymentach na zwierzętach, a konkretnie na fretkach, to działa. Zobaczymy, jak pójdzie na ludziach.
Ponoć osoby, które są alergikami, rzadziej się zakażają SARS-CoV-2.
W ogóle alergicy mają mniejsze ryzyko ciężkiego przebiegu tej choroby i jest wśród nich niższa śmiertelność. Wynika to z ich defektu odporności typu pierwszego, która sprawia, że te osoby mają alergię. Ale ten defekt jest ich błogosławieństwem, bo ta odporność – jeśli jest na wysokim poziomie – w przypadku ciężkiego zakażenia powoduje, że organizm próbuje z nim walczyć, zabijając zawirusowane komórki, a przy okazji uśmiercając gospodarza.
Autodestrukcja?
Niestety. Ale alergicy mają defekt tego mechanizmu i ich odpowiedź immunologiczna jest troszkę inna, co daje im większe szanse na łagodne przebycie choroby. Nawet wśród osób, które mają ciężką astmę, śmiertelność jest niższa niż wśród osób zdrowych.
Dla mnie, alergika, to dobra wiadomość. Mam jeszcze pytanie o osocze. Amerykanie zarzucili badania nad tymi preparatami, dlaczego?
Nie znam dobrze tematu, ale firma, która produkowała takie rekombinowane przeciwciało, które zostało specjalnie przygotowane na tego koronawirusa – bardzo silnie się z nim wiązało, było produkowane w linii komórkowej będącej hybrydą ludzko-mysią – zaliczyła porażkę. Zaobserwowano ucieczkę wirusa – w tym przypadku mutacji brazylijskiej. Zmienił jeden aminokwas, cegiełkę, i przestał się wiązać z przeciwciałem. Z przeciwciałami jest tak, że jeżeli są pomieszane od wielu dawców, to z dużym prawdopodobieństwem będą blokować wirusa. Ale jeśli pochodzą od jednego-dwóch dawców, to jest duże prawdopodobieństwo, że wirus ucieknie przed nimi.
Jak długo jeszcze będziemy chodzić w maseczkach i zachowywać dystans społeczny?
Wszystko wskazuje na to, że dwie trzecie społeczeństwa posiadającego przeciwciała uwolni nas od nich. Jest takie badanie sprzed kilku miesięcy, dotyczące kolekcji komórek krwi – a zebrano je jeszcze przed pandemią. Okazało się, że jedna trzecia dawców krwi, komórki której tkwiły zamrożone w laboratorium, miała limfocyty zwalczające wirusa, którego jeszcze wówczas nie było. Do tej pory mówiliśmy o przeciwciałach, teraz zaczyna się opowieść o odporności komórkowej, trudniejszej do sprawdzenia, choć jest to możliwe w warunkach laboratoryjnych. I faktycznie, okazuje się, że osoby, które nie miały kontaktu z wirusem – ani przez zakażenie, ani przez podanie szczepionki – mają odporność komórkową, która będzie dawała im ochronę przed zakażeniem SARS-CoV-2 i to dłużej, niż mogą dać przeciwciała. Odpowiedzialne za nią limfocyty T żyją bardzo długo, nawet kilkadziesiąt lat. Niestety, z wiekiem jest ich coraz mniej.
W jaki sposób osoby, od których pobrano próbki krwi jeszcze przed pojawieniem się tego koronawirusa, nabyły na niego odporność komórkową?
Wszystko wskazuje na to, że ostatnią pandemię podobnym koronawirusem mieliśmy w 1899 r. Trwała dwa lata, była nazywana rosyjską grypą, szalała po Europie, zabijając wielu ludzi. Ten wirus wciąż tkwi w naszej populacji, choć teraz powoduje zwykłe katary. Znamy przynajmniej cztery podobne w swoich cząsteczkach budulcowych do SARS-CoV-2 patogeny. To podobieństwo nie pozwala na reakcję krzyżową przeciwciał, ale odporność komórkowa działa na innej zasadzie: ona rozpoznaje kawałki sekwencji białek wirusa – po osiem czy po dziesięć aminokwasów. Jak rozpoznaje wrogi kawałek, to limfocyty ruszają do akcji. Więc jeśli ktoś przeszedł zakażenie takim wirusem powodującym katar, być może jest chroniony. Ale nie ma jeszcze testu dopuszczonego do badania tego rodzaju odporności, na razie bada się ją w celach naukowych.
Jak to działa – taka komórka, z którą siedzą owe limfocyty T, jest bezpieczna, bo one nie pozwalają, żeby wirus w nią wszedł?
Trochę inaczej. Limfocyty T, napotykając nabłonek zakażony wirusem, na wstępnym etapie, kiedy może jeden procent komórek jest zakażonych, zabijają te komórki. Wirus się złuszcza wraz z komórkami, nie dochodzi do rozprzestrzenienia zakażenia. Ten sam mechanizm usuwa komórki rakowe, które każdego dnia powstają w naszym organizmie, a limfocyty T sobie z nimi radzą.
Szczepionki mRNA na koronowirusa mogły się pojawić tak szybko, gdyż trwały zaawansowane prace nad nimi w terapii przeciwnowotworowej. Jaki jest ich potencjał?
Spory, bo ten schemat zawsze działa: jak dostarczymy mRNA do wnętrza komórki, a ta zacznie wytwarzać zdefiniowane nim białko, to ono zostanie rozpoznane jako obce i wzbudzi odporność. Niektóre nowotwory mają antygeny, białka zmienione nowotworowo, więc gdyby wyprodukować odporność przeciwko nim, nowotwór zostałby zlikwidowany. Ale nie wszystkie nowotwory są rozpoznawalne przez nasz układ odpornościowy, są też takie, które go umiejętnie paraliżują, maskując się. Ale już dziś stosujemy technikę mRNA do leczenia niektórych białaczek. Albo raka piersi, ale tu trzeba wiedzieć, czy pacjentka ma na powierzchni komórki to białko, które będzie rozpoznane jako obce. Przy szczepionce na COVID-19 jest łatwiej, bo zawsze białko wirusa zostanie rozpoznane jako obce.
Sądzi pan, że technologia mRNA przeniesie się teraz na inne szczepionki, także na bardziej już „oswojone” choroby?
Raczej nie. Najwygodniejsze szczepionki to te zawierające osłabione wirusy. Żeby skutecznie zaszczepić się na odrę, świnkę, różyczkę, wystarczy jedna dawka. Te syntetyczne – jeśli nie są drogie i mają dobry profil bezpieczeństwa – to są podawane. Ale te podania muszą być wielokrotne, np. żeby skutecznie zabezpieczyć przeciwko HPV, wirusowi brodawczaka ludzkiego, powodującego raka szyjki macicy, trzeba pacjentce podać preparat złożony z białek przynajmniej z trzech różnych wirusów, a najlepiej z sześciu, kilkukrotnie, tak ze dwa czy trzy razy. W dodatku jedna szczepionka zadziała w Europie, a nie zadziała w Stanach Zjednoczonych. No i ze szczepionkami mRNA – jak to dziś obserwujemy – jest ten kłopot, że wymagają szczególnej logistyki i wielkich nakładów: centralnego transportu, zamrażania, lodówek. To jest rozwiązanie na ekstraordynaryjne przypadki, takie jak obecna pandemia. Szczepionki białkowe są dużo trwalsze.
Co stało się w Izraelu, że ten kraj odniósł sukces w walce z pandemią?
Złośliwi twierdzą, że w każdej z dużych farmaceutycznych firm na wysokich stanowiskach menedżerskich są osoby, które identyfikują się ze swoją ojczyzną. Patrioci, którzy zadbali o to, żeby ich kraj nabył szczepionki w dostatecznej ilości – i to niezależnie od biurokratycznych komplikacji. Poza tym uruchomili program szczepień tak, jak to się robi w czasie wojny lub w stanach wyjątkowych. Tak też było w Polsce, kiedy wybuchła epidemia ospy prawdziwej w 1963 r. we Wrocławiu – wszyscy na określonym terenie musieli się zaszczepić. I teraz Izraelczycy tak samo zrobili. Czyli zadziałała dyscyplina, z którą my w Polsce mamy kłopot. ©℗