Reklama

Ilu jest aktorów w Polsce?

Trochę ponad 6 tys.
Pięć razy mniej niż księży.
Ale też tak samo wszyscy się znają, prawie wszystko wiedzą.

Reklama
Zamknięty krąg?
Raczej bardzo hermetyczna grupa zawodowa. Aktorstwo to piękny i wyjątkowy zawód. Wymaga szczególnych predyspozycji. Tu się pracuje na emocjach, często na skrajnych. I teraz proszę sobie wyobrazić marzycielkę czy marzyciela, którzy dostają się na upragniony wydział aktorski, wybrani z ponad 2,5 tys. chętnych. Są wśród tych 22 najlepszych, którym dane będzie uczyć się aktorskiego rzemiosła. I już na „dzień dobry” dowiadują się, że po pierwszym czy drugim semestrze dwie osoby z grupy muszą odpaść. Od razu strach, presja, ciągłe zastanawianie się „kto wyleci?”. Po co? Czemu to ma służyć? Przecież ci młodzi ludzie, z ambicjami i wyidealizowanym spojrzeniem na aktorstwo, bez życiowego doświadczenia, o nieukształtowanej jeszcze emocjonalności, rozpoczynają bardzo trudną edukację. A wtedy dochodzi jeszcze proces wtajemniczenia, od niedawna zabroniony już w niektórych szkołach.
Co to za proces?
Słyszała pani o fuksówce?
Bartosz Bielenia, aktor, który zagrał główną rolę w „Bożym Ciele”, przeprosił za fuksówkę w czasie studiów.
Robił to, czego sam doświadczył na pierwszym roku. Fuksówka, czyli pierwszy etap łamania studenta. Relikt przeszłości, system upokarzania człowieka, ustawiania go w nowej rzeczywistości. Pod pozorem tradycji wciąga się studentów w mechanizm przemocy panujący w szkole teatralnej. Bierzesz w tym udział, a zatem jesteś współwinny. Proste. A przy tym okrutne i wyrachowane przerzucanie odpowiedzialności. Wielu studentów pierwszego roku wyłamywało się z tego obyczaju, co niekoniecznie podobało się ich starszym – fuksującym – kolegom. Na szczęście fuksówka została już zabroniona przez Dorotę Segdę, rektorkę krakowskiej szkoły teatralnej, co entuzjastycznie przyjęli studenci i absolwenci. To chyba o czymś świadczy. Proszę przeczytać facebookowy wpis reżysera Janusza Majewskiego na temat zajść w Szkole Filmowej w Łodzi, w którym wspomina też swoich profesorów, m.in. Munka, Różewicza, Wohla, Toeplitza. Wybitnych specjalistów, intelektualistów, a przede wszystkim ludzi o wysokiej kulturze i wielkiej wiedzy. Zajęcia z nimi nie miały nic wspólnego z tym, o czym dziś słyszymy od aktorów, czyli z edukacją opartą na cierpieniu, wytrzymaniu upokorzenia, poświęceniu.
Słychać też głosy, że jak się niektórych osób nie złamie, to nie staną się artystami.
Taki przemocowy system nauczania to jakaś niewydarzona bzdura. Naprawdę, bicie po twarzy nie jest metodą na naukę gamy!
Zofia Wichłacz znana z „Miasta 44” Jana Komasy wytrzymała semestr w szkole teatralnej.
Zofia jest silną osobowością i zapewne wiedziała, co jest jej potrzebne, a co nie do tego, by zostać dobrą aktorką.
Bardzo dyplomatycznie. Maria Dębska, aktorka, powiedziała wprost, że skończyła szkołę tylko dzięki lekom uspokajającym.
Niestety, nie ona jedna. Ten zawód, także nauka aktorstwa, wymaga tak silnej odporności fizycznej i psychicznej, że dodawanie kolejnych porcji „atrakcji” w postaci przemocy, wyzwisk, nie uzasadnionego terroru, nadwyręża człowieka. A pamiętajmy, że ci studenci mają po 18–22 lata. Przecież podstawowym zadaniem szkoły artystycznej powinno być zapewnienie im komfortu psychicznego. Dlatego zajęcia z psychologicznego przygotowania do wykonywania zawodu powinny być obowiązkowe już na pierwszym roku. Bez tego łatwo jest o załamania, silne depresje, utratę poczucia własnej wartości.
Słychać o zmianach w warszawskiej szkole teatralnej. Wojciech Malajkat, rektor Akademii Teatralnej, mówił, że u niego jest już pozamiatane, i wspominał, jak sam doświadczał przemocy w łódzkiej filmówce.
Warszawska Akademia Teatralna wykonała wielki krok w przyszłość, starając się zapewnić studentom bezpieczeństwo. W 2019 r. ustanowiono stanowisko rzecznika praw studenckich, którego zadaniem jest: „propagowanie wiedzy o zasadach i wartościach obowiązujących w Akademii, stanie na straży i obrona podstawowych wartości, praw i wolności” oraz „pomoc osobom, wobec których mogło dojść do naruszenia wspomnianych wartości, praw i wolności”. Mam wielką nadzieję, że prawa, o których tu się wspomina, przeniosą się również na system obrony osobowości i wyjątkowości każdej jednostki. Że będziemy wspólnie chronić swobodę myślenia i wyrażania środków artystycznych. My, reżyserzy castingu, wiemy sporo o systemie edukacyjnym na wydziałach aktorskich, bo spotykamy się z młodymi aktorami już na etapie studiów, na warsztatach i zdjęciach próbnych. Oglądam młodych adeptów i widzę, jak silne piętno odciska na nich szkoła, jak mało jest prawdziwych osobowości, które nie boją się powiedzieć tego, co myślą, czują, zaproponować swojej oryginalnej, artystycznej wizji postaci. Na uczelniach artystycznych uczyło i nadal uczy wielu wybitnych artystów, pedagogów, którzy rzetelnie przekazują wiedzę, ale są i tacy, którzy zwyczajnie stępiają osobowości studentów. Jest jak za moich czasów w szkole podstawowej i w liceum, kiedy to wtłaczano wszystkich w jeden szablon. W tym zawodzie też wszyscy wciąż boją się ekstrawagancji, wyrazistości, charakterystyczności, wmawia się, że kolorowość i wyjątkowość jest jakimś śmiertelnym grzechem.
Mistrzowie i adepci – to jest relacja panująca w edukacji teatralnej.
Problem w tym, że mistrzów z prawdziwego zdarzenia jest z roku na rok coraz mniej. Nastąpił upadek etosu zawodu. Rozpłynęła się też hierarchia profesji. Związki zawodowe skupiają się na finansach, a nie na rzetelnym budowaniu wizerunku zawodów artystycznych. A mistrzowie? Kim są co poniektórzy, pokazują ujawnione nadużycia. Jestem pewien, że będziemy się dowiadywać o kolejnych. Aż w końcu dojdzie do tego, że będzie jak na Zachodzie, gdzie obowiązują ścisłe regulacje, które również są wynikiem akcji #metoo. Tam w zasadzie nie ma już pola dla nadużyć, molestowania. Ludzie zrozumieli, że można walczyć o godność w pracy i że nie wolno się bać. A u nas... Cóż, wszyscy, prawie bez wyjątków, wiedzieliśmy, że dzieje się coś złego z systemem edukacji artystycznej. Nieśmiało i tylko przy nieoficjalnych okazjach padały konkretne nazwiska, opowieści o zdarzeniach, nadużyciach, przekroczeniach. I nikt nie miał odwagi się temu przeciwstawić. Ani uznane nazwiska, ani pracownicy techniczni, ani aktorzy, ani agenci aktorów.
To się nazywa zmowa milczenia, przyzwolenie na przemoc.
Panowała cisza, bo egoistycznie myśleliśmy, że nas to nie dotyczy i być może nigdy nie spotka. Nie oszukujmy się, każdy bał się, że po publicznym wystąpieniu o tym, czego się doświadczyło albo o czym dowiedziało, nie znajdzie pracy w zawodzie. Jesteśmy wszyscy współ winni, jesteśmy zarazem ofiarami tego systemu, jak i katami. Mówię „my”, bo ten problem nie dotyczy tylko szkół artystycznych, ale również planów filmowych i teatrów w całej Polsce. Odwaga cywilna powinna być standardem, a nie świątecznym występem. Niestety nie była. Dlatego uważam, że bohaterem całego tego zamieszania jest jedna osoba.
Anna Paliga, młoda aktorka, która nie tak dawno skończyła łódzką filmówkę.
Odważyła się opowiedzieć, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami z wywieszką „szkoła artystyczna”, sprzeciwiła się nadużyciom, stanęła sama przeciwko całemu systemowi. Ta dziewczyna, która oczywiście boi się konsekwencji, możliwego wykluczenia zawodowego i towarzyskiego, postanowiła zabrać głos wbrew wszystkiemu i wszystkim.
Wszyscy inni byli jak członkowie rodziny przemocowej.
Tak. To jest system wzajemnej współodpowiedzialności, ale i przenoszenia zła. Ja doświadczyłem przemocy, więc i ja zostanę przemocowcem. Niestety obserwuję, jak młodzi aktorzy przenoszą przemocowe praktyki na plany filmowe i do teatrów. I upokarzają ludzi z pionów, które wydają im się podległe, np. charakteryzacja czy kostiumy. Spotykam się z sytuacjami, które – delikatnie rzecz ujmując – nie przynoszą chluby aktorom. Straszne, że młody człowiek, opuszczając mury szkoły teatralnej, ma przeświadczenie, że tak właśnie należy postępować.
Pan działa w międzynarodowym stowarzyszeniu reżyserów castingu.
Stowarzyszenie International Casting Directors Network zrzesza reżyserów castingu z 30 krajów. Pracujemy nad upowszechnieniem wiedzy i podniesieniem znaczenia naszego zawodu, ale również zajmujemy się sprawami aktorów, przede wszystkim w kwestiach związanych z równością czy bezpieczeństwem pracy. Mamy silnie działający komitet ds. nadużyć. Będąc bardzo blisko aktorów, staramy się upowszechniać regulacje związane z kodeksem pracy, chronić przed niebezpieczeństwami i nadużyciami takimi jak np. fałszywe castingi.
Po co się robi fałszywe castingi?
Żeby wyłudzić półnagie albo rozbierane zdjęcia aktorów. Są ludzie, którzy podszywają się pod reżyserów castingu albo agencje aktorskie. Magia tego zawodu jest tak silna, że wiele osób nie sprawdza, tylko bierze udział w czymś takim. Aktorzy też często nie wiedzą, gdzie leży granica. Nie zdają sobie sprawy, że na castingach nie może być zdjęć rozbieranych albo takich, gdzie się symuluje seks lub przemoc.
Uczy się tego w szkołach aktorskich?
Niestety nie. A naszym zdaniem zajęcia poświęcone tym zagadnieniom są niezbędne. W tej kwestii powinny obowiązywać bezwzględnie przestrzegane regulacje. Aktorzy muszą wiedzieć, że mogą wymagać odpowiedniego przygotowania do scen tzw. łóżkowych oraz do scen przemocy. Nie ma możliwości, żeby spontanicznie kręcić scenę gwałtu czy pobicia. Wiele platform typu Netflix, HBO przygotowało już specjalny kodeks postępowania i przygotowania do tego typu zdjęć. Koordynacją pracy zajmują się odpowiednie osoby, pilnujące każdego ruchu, gestu, dbające o komfort pracy. Sceny erotyczne kręcone są według ściśle określonej choreografii. Nie ma tu miejsca na spontaniczność, niezaplanowane gesty czy ruchy. Może to niezbyt wygodne w realizacji, ale daje poczucie bezpieczeństwa i wyklucza nadużycia. A to chyba najważniejsze.
Słyszę, że nawet znani reżyserzy potrafią nadużywać swojej władzy…
Wielu z tych, którzy mają poczucie władzy, słuszne czy urojone, jej nadużywa. Rozpoczął się właśnie ważny i potrzebny proces uporządkowania i oczyszczania. Nie wiemy, jaką formułę przybierze ostatecznie. Idealnym rozwiązaniem byłoby stworzenie odpowiednich i skutecznie egzekwowanych regulacji dotyczących edukacji i pracy w zawodzie. Pada w ostatnich dniach tak wiele słów, mocnych, zdecydowanych. Należy bezzwłocznie wyjaśnić wszystkie ujawnione nadużycia, a odpowiedzialne osoby powinny ponieść karę. Przecież te wszystkie sprawy podchodzą pod kodeks karny i są na to odpowiednie paragrafy. Natomiast – co też może być niezbyt dobrze odebrane – jestem przeciwnikiem linczu. Wciąż wierzę w demokrację i w sprawiedliwość. Ale sprawiedliwość wymierzaną w usankcjonowany i cywilizowany sposób.
Myśli pan, że teraz reżyserzy drżą, że aktorzy, członkowie ekip będą mieli odwagę opisywać ich zachowania? Niektórzy pracują również za granicą, głównie w Stanach Zjednoczonych.
Wie pani, w naszym środowisku jest mnóstwo oryginalnych, wyrazistych osobowości.
Znowu dyplomatycznie. Taki dajmy na to Robert Więckiewicz da się doprowadzić reżyserowi na skraj wyczerpania nerwowego?
Chciałbym zobaczyć reżysera, który pozwoli sobie pomiatać Więckiewiczem. Przemocowość, o której mówię, skupia się bardziej na tych mniej widocznych członkach grupy filmowej. I znowu wracamy do zagadnienia pracy z mocnymi osobowościami. Byli i są twórcy, aktorzy, którzy potrzebują silnych zastrzyków adrenaliny, mocnych wrażeń, bez nich nie mogą wejść w stan twórczy... Dobrze by było, żeby jednak nie robili tego kosztem innych. Wielu z nas doznało niepotrzebnego upokorzenia na początku swojej drogi zawodowej. Dziś nie chcę już pracować z ludźmi, którzy wnoszą jakąkolwiek przemoc czy nadużycia w swojej pracy. A osób utalentowanych, które potrafią opowiedzieć film bez uciekania się do brutalności czy chamstwa, jest wciąż sporo.
Słyszałam o pana niepożądanych zachowaniach.
Słabe będę miał wytłumaczenie. Ale się postaram. Lata temu zajmowałem się castingami do reklam. I niestety przenosiłem na castingi złe emocje, których zaznałem w procesie produkcyjnym. W ogóle reklama to dopiero jest nieopowiedziana historia.
Proszę bardzo.
Reklama to duże pieniądze, ekstremalne wymagania, czasem wręcz nierealne, katastrofalna presja psychiczna i bardzo konkurencyjny styl pracy. Podstawowa zasada to „klient nasz pan”. Jak klient chce różowego słonia tańczącego na linie i śpiewającego piosenki Elvisa, to ma się go znaleźć i już. To system, który mówi „nie ma rzeczy nie do znalezienia i nie do załatwienia”. To charakterystyki postaci, które dostaję w poniedziałek popołudniu, a we wtorek lub środę ma być casting. I wszyscy kandydaci muszą być tak wspaniali, żeby klient zemdlał z wrażenia. Szukamy blondynki – wygrywa ruda. Ma być pulchnych kształtów, a wybierają bardzo szczupłą. Na casting przychodzi 300 osób, wszyscy chcą wejść pierwsi, wszyscy chcą wygrać, są wkurzeni, bo trzeba czekać. I ja dostaję te wszystkie emocje i w maksymalnym już stresie zaczynam oddawać ciosy. A później zaczyna się walka o to, by na czas dostać honorarium. Bo na honorarium się czeka przynajmniej dwa miesiące, a czasem i dłużej. Trzeba się upominać, wydzwaniać, denerwować. Jeżeli stawiasz warunki, ponaglasz, to zaczynasz uchodzić za „człowieka trudnego”. A ten człowiek po prostu upomina się o swoje prawa. Nie, dziękuję. To już nie dla mnie. Podziękowałem reklamie i rozstaliśmy się z wyraźną ulgą po obu stronach. Ale czy mogę tak usprawiedliwić swoje nerwy?
Jak pan znalazł chłopaka, aktora, który gra Grzegorza Przemyka w „Żeby nie było śladów”?
Mieszkam w Śródmieściu. Widziałem go, jak palił papierosa przy TR Warszawa w czasie przerwy od prób do spektaklu.
I na tej podstawie obsadził go pan w głównej roli?
Na tej podstawie zaprosiłem go na zdjęcia próbne.
Gdyby palił przy teatrze w Olsztynie, toby pan go nie zauważył.
Lubię „szperać” wśród aktorów. Staram się dobrze orientować w zespołach teatralnych nie tylko w Warszawie, lecz także w innych mniejszych miastach bądź ośrodkach musicalowych. Staram się spotykać ze studentami wydziałów aktorskich. Opowiadam im, jak dbać o siebie, jak ważna jest osobowość i unikalność aktora. Jakie są ich obowiązki, ale też prawa. To oni są przecież przyszłością polskiego filmu, teatru. I chciałbym, żeby była to też przyszłość światowego kina.
Nie ma możliwości, żeby spontanicznie kręcić scenę gwałtu czy pobicia. Wiele platform typu Netflix, HBO przygotowało już specjalny kodeks postępowania i przygotowania do tego typu zdjęć. Koordynacją pracy zajmują się odpowiednie osoby, pilnujące każdego ruchu, gestu, dbające o komfort pracy