Reklama
*Hania Rani właśc. Hanna Raniszewska - pianistka, kompozytorka, wokalistka. Zdobywczyni czterech Fryderyków w 2020 r. w kategoriach: album roku alternatywa, nowe wykonanie, fonograficzny debiut roku i kompozytor roku. Laureatka nagrody za muzykę do filmu „Jak najdalej stąd” podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni 2020
Na czym ty właściwie grasz: na pianinie czy fortepianie?
Gram na obu tych instrumentach, aczkolwiek na większości nagrań słychać pianino. Ono słabiej się kojarzy z muzyką klasyczną i koncertami, raczej ze szkołą muzyczną i domem babci. To taki mniejszy i młodszy brat fortepianu.
Oglądałaś „Fortepian” z Holly Hunter?
Oczywiście.
Dla ciebie ten instrument to też towarzysz życia?
Doskonale rozumiem filmową bohaterkę. Jak tylko gdzieś pojawia się fortepian, podchodzę, siadam za klawiaturą i od razu czuję się bezpieczniej. Ze względu na rozmiar i kubaturę daje poczucie fizycznego schronienia. Człowiek zawsze czuje się dużo mniejszy od fortepianu – w wymiarze symbolicznym i dosłownym. Też mogłabym o nim powiedzieć, że jest moim domem w podróży. A przecież sporo podróżuję, dając koncerty w wielu miejscach.
Twoja ostatnia płyta – „Home” – to w zasadzie dziennik pokładowy spisany między Warszawą, Gdańskiem a Berlinem. Dlatego każda z kompozycji ma w podtytule nazwę któregoś z tych miast?
Wszystkie są mi bliskie. W Berlinie poszłam na studia i z powodów zawodowych nadal często się pojawiam – mieści się tam mój management oraz agencja koncertowa. Gdańsk to miasto rodzinne, a w Warszawie studiowałam na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. No i w każdym z tych miejsc pomieszkiwałam. Praca nad płytą to wielomiesięczny proces. Kiedy utwory są gotowe, można spojrzeć za siebie, gdzie to wszystko miało początek. Kompozycje są przystankami na mojej drodze. Koncerty pozwalają zobaczyć kawałek świata. Narracja albumu „Home” przypomina opowieść lub bajkę, gdzie bohater nie jest do końca rozpoznany.
Czy to nie paradoks, że płyta, która mówi o domu, jest w zasadzie o podróżowaniu?
Motyw opuszczania domu i wracania w rodzinne strony, i tego wszystkiego, co dzieje się między wyjazdem a powrotem, kojarzy mi się z hobbitowską włóczęgą. Albo z „Winterreise”, czyli z „Podróżą zimową” Franza Schuberta, którą pamiętam ze studiów. Płyta też została oparta na takim schemacie. Wychodzę z domu, ale zanim znowu przekroczę jego próg, przeżyję po drodze fascynującą przygodę. Ona pewnie trwałaby dłużej, gdyby nie pandemia.
Na pewno dojechałabyś do Katowic, ale to się w ostatnim czasie dwa razy nie udało. Twój koncert w sali koncertowej Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia jest ciągle przekładany.
Już chyba wszyscy przywykli do chaosu. Choć niektórzy organizatorzy jeszcze przepraszają za usterki. Bo koncert miał się wydarzyć za tydzień, ale to już nieaktualne. A kiedy się odbędzie? A kto to może wiedzieć? Okropna sytuacja. Już nawet nie chodzi o muzyków, tylko właśnie o organizatorów czy agentów koncertowych, którzy ponoszą największe ryzyko. Nie ma nic pewnego. Pozostaje mieć nadzieję.
Pandemia to czas pokory?
Ja mam wrażenie, że to… czas przeszły. Pamiętam, jak stawiałam pierwsze kroki na scenie, a moja twórczość raczkowała. Wtedy też nie robiłam planów, a zaproszenia na koncerty nie napływały, bo nikt nie wiedział o moim istnieniu. Sama wyznaczałam sobie zadania do wykonania i teraz w zasadzie robię to samo. Nie przychodzą z zewnątrz, bo nie ma koncertów, imprez, wydarzeń. Wierzę, że to przejściowe i że trzeba się tylko uzbroić w cierpliwość. Ale tę cierpliwość trzeba czymś nakarmić. Wypada coś robić, mieć zadanie do wykonania. Mnie to pomaga zabić negatywne myśli, które czasami przychodzą.
Czasu jest pod dostatkiem, kiedy trzeba siedzieć w domu?
No właśnie nie za bardzo. Mam wrażenie, że przez brak podziału przestrzeni na zawodową i prywatną oraz mniej okazji do wyjścia z domu pracujemy więcej, a czasami cały czas. Mogę mówić na swoim przykładzie – pracuję tak samo intensywnie jak wcześniej. Nie odczuwam zasadniczej różnicy. Zmieniły się zadania do wykonania.
Dużo ludzi narzeka w pandemii na samotność. A ty jak sobie z nią radzisz?
Jakoś sobie radzę.
Trochę jak Bruno Schulz z eseju „Samotność”, który wydrukowałaś w książeczce do płyty?
Uwielbiam Schulza. Fascynuje mnie jako postać oraz, oczywiście, jako literat. To jeden z najbardziej kreatywnych polskich pisarzy XX w. Schulz, poza kilkoma niewielkimi podróżami, spędził całe życie w niewielkim Drohobyczu. Można by pomyśleć, że taka spokojna, jednostajna egzystencja nie będzie sprzyjać tworzeniu, a jednak potrafił kreować literackie światy, które wymykały się wszelkim granicom wyobraźni. Tekst o samotności stał się dla mnie formą manifestu. Na pierwszej płycie podzieliłam się przemyśleniami Witolda Lutosławskiego, a teraz Schulza. I pewnie nadal będę to robić: szukać myśli i idei, które mogą się słuchaczom na coś przydać, coś w nich otworzyć.
To była miłość od pierwszego zaczytania?
Kiedy pierwszy raz dotknęłam jego twórczości, to zaklikało od pierwszego zdania. Nieustannie do niego wracam. Ostatnio zaczęłam czytać Schulza po angielsku. Ten język zmienia znaczenie niektórych sensów i wprowadza inną atmosferę, a czasami pewne treści systematyzuje i upraszcza, co rzuca nowe światło na tę twórczość. Na pewno nie umniejsza literackich idei.
Tak sobie myślę, że erudycyjne, pobudzające wyobraźnię „Sklepy cynamonowe” są trochę jak muzyka instrumentalna, którą też trzeba czytać między nutami.
Z pewnością Schulz miał umiejętność podróżowania bez opuszczania pokoju. I to nas zbliża. A co do muzyki instrumentalnej, fascynuje mnie jej skłonność zakradania się tylnymi drzwiami. Bo ona się nie narzuca, nie jest dosłowna, a jeśli coś sugeruje, to bardzo delikatnie. I to działa na ludzi. Stają się częścią atmosfery, która powstaje, a z nią narastają interpretacje, sensy, skojarzenia. To jest ten moment, kiedy sztuka zaczyna żyć. Znasz historię przygotowywania publiczności do odbioru twórczości Mariny Abramović? Kazała publiczności siedzieć w ciszy przez kilka godzin, wkładać ręce w delikatne ziarna. Medytować, czekać. Ludzie się irytowali. Ale okazało się, że bez tego przygotowania, wyciszenia i oderwania od codziennego planu trudno byłoby zrozumieć intencje artystki. To ciekawa podpowiedź dla innych twórców. Tylko kto ma dziś czas na takie poświęcenia? Sama łapię się na tym, że jak coś robię, muszę odizolować zmysły. Nie słucham muzyki, kiedy pracuję przy komputerze. Ona mi nawet przeszkadza w zebraniu myśli. Jestem jednozadaniowa. I w taki sposób podchodzę do sztuki.
Twoim koncertom też towarzyszą jakieś ceremonie?
Wiele sal koncertowych czy przestrzeni klubowych, w których przyszło mi grać, to mało inspirujące wnętrza. Swoim wyglądem nie zachęcają ani do słuchania muzyki, ani do oglądania spektakli czy odpłynięcia w refleksję. Kiedy grałam na żywo materiał z pierwszej płyty – „Esji” – zastanawiałam się, jak prostymi zabiegami przenieść ludzi w inne, nieprzebodźcowane miejsce. Osobiście cenię sobie ciemność podczas obcowania z muzyką. Lubię, kiedy nic mnie nie razi. Przyciemnione światło daje poczucie intymnego kontaktu z artystą. Żyjemy w neonowym, fluorescencyjnym, męczącym świecie. Codziennie wytężamy zmysły, które są w ogromnym naprężeniu. Dobrze by było na koncercie jedne wyłączyć, a inne uruchomić. Kiedy oczy odpoczywają, słuch się wyostrza.
Masz napisane w riderze technicznym: „Proszę wyłączyć światło, jak wychodzę na scenę”?
Tak się zaczynały niektóre koncerty. Zaczynały się w ciemności. Ten prosty zabieg wprowadzał niezwykły klimat. Fajnie by było, gdyby ludzie choć przez kilka minut wytrzymali po ciemku, ale zwykle się niecierpliwią, są zdezorientowani, nie wiedzą, co się dzieje. Nie chciałabym, aby na siebie powpadali, jeśli to stojący koncert. Jak sytuacja koncertowa wróci do normy, pewnie będę jeszcze testować różne rozwiązania. Częściej eksperymentowałam w taki sposób na nieoficjalnych wydarzeniach albo na festiwalach organizowanych przez moich znajomych. Wtedy jest większy margines fantazji.
Fantazja jest chyba wpisana w muzykę instrumentalną?
Na takiej muzyce się wychowałam: na klasyce, jazzie, ale i elektronice, która jest przecież odmianą muzyki instrumentalnej. Takie kierunki mnie fascynują. Gdybym nagrała płytę tylko z piosenkami, byłoby to nienaturalne i chyba jednak do mnie niepodobne.
Wzbraniasz się przed pisaniem przebojów?
Tworzę muzykę, której sama chciałabym słuchać. Taki sposób wypowiedzi bardziej mi leży. Nie wychowałam się jedynie na wokalistach i wokalistkach. Głosu, oczywiście, używam, odkąd okazało się, że trochę umiem śpiewać. Ma przynosić treści i emocje. Postrzegam go jako dodatkowy instrument – kolejną rękę, której nie mam. Brakuje mi trzeciej dłoni, która dogra jakąś melodię. Mam tylko dwie.
Przebojów nie piszesz, ale robisz single, które mają pełnić taką samą funkcję…
Chodzi ci o kawałek „Glass” z poprzedniej płyty? Faktycznie, był singlem, chyba najbardziej słuchanym. Do tego utworu powstał nawet teledysk, który sporo osób obejrzało. To była w zasadzie impresja wideo na temat tego, w jaki sposób wykonuję tę kompozycję w studiu Polskiego Radia w Warszawie i przemierzam ulice Berlina.
Na płycie „Home” trochę wracasz do tego tematu za sprawą „Letters To Glass”. Ale to podróż nie do Berlina, tylko chyba do Baltimore?
Tam się urodził Philip Glass. Nie przeczę, jest jednym z moich ulubionych kompozytorów i wielką inspiracją. Można go potraktować jako klucz do złamania szyfru wielu moich instrumentalnych utworów.
A ja myślałem, że ważniejszy był Keith Jarrett. Przecież wydany na płycie jego koloński koncert to kanoniczne dzieło dla wszystkich pianistów samotników.
Płyty Jarretta to jedne z pierwszych płyt jazzowych, do których zajrzałam. Chyba wszystko zaczęło się od nagrania koncertu live z Tokio, potem dotarłam do występu z Kolonii. Jazz to są czasy mojego dorastania. W Trójmieście ta muzyka jest mocno kultywowana. Blisko stąd przecież do Skandynawii, skąd pochodzi chociażby uwielbiany przeze mnie Esbjörn Svensson i jego trio. Nie było mi dane usłyszeć go na żywo, chociaż grał w Gdyni. Niestety, zmarł przedwcześnie. Skandynawski jazz to moja wielka inspiracja.
Ale w twojej muzyce jazzu za dużo się nie dosłuchamy.
No nie… Chociaż zestaw instrumentów, czyli klasyczne jazzowe trio – perkusja, kontrabas, pianino – świadczy o pewnym pokrewieństwie.
To skąd fenomen Hani Rani, która w 2020 r. zdobyła aż cztery Fryderyki?
Nie wiem, jak to się stało. To ten procent szczęścia, który trzeba mieć. Na to się składa trochę więcej okoliczności niż sama muzyka.
To co jeszcze?
Nie mam pojęcia. Niektórzy grają muzykę w sposób dla nas zrozumiały, bardzo bliski. Jakby artysta znał moje życie na wylot i idealnie wiedział, czego mi potrzeba. Dla mnie te nagrody i zachwyty to docenienie muzyki, która jest cicha, spokojna, wyszeptana. „Esja” była płytą niezwykle skromną, nagraną w zasadzie w domu, a weszła do mainstreamu. To wielkie zaskoczenie. Triumf ciszy w krzykliwych czasach. Ludzie potrzebują się wyżyć, ale też odpocząć. Może to jest jakieś wytłumaczenie?
Rozglądam się po twoim pokoju, bo rozmawiamy za pośrednictwem kamery internetowej, ale nie widzę żadnego z Fryderyków na półce.
Bo żadnego nie dostałam.
Jak to nie dostałaś?
Niczego mi jeszcze nie przysłali (śmiech). Tata się nawet dopytywał, czy coś przyślą i kiedy.
Gala była zdalna?
Tak, jak wszystko w pandemii. Akurat jechałam pociągiem. I za każdym razem, kiedy przyznawano mi nagrodę, prowadzący do mnie dzwonili. Czyli cztery razy. Dwukrotnie się połączyłam, dwa razy się nie udało, bo zasięg na drodze nie był najlepszy. Całe to zamieszanie było pewnie atrakcją dla oglądających, prawie jak film sensacyjny (śmiech).
Byłaś faworytką?
Nie. Już same nominacje bardzo mnie zaskoczyły. Cieszę się niezmiernie, ale chyba jeszcze nie do końca zdaję sobie sprawę, co się wydarzyło. Niektórzy pieczołowicie śledzą Fryderyki, spisują przemowy. Ja mam jednak dystans. Brałam udział w rożnych konkursach poświęconych muzyce klasycznej. Większość przegrałam, więc straciłam zainteresowanie konkursami. Wydają się mocno przypadkowe. Ostatnio jestem często honorowana, więc zaczynam opowiadać, jak mi na tych laurach zależy, a z nadmiaru zajęć i z powodu trwającej pandemii nawet nie miałam czasu się emocjonować. Nie biorę zwykle udziału w imprezach branżowych i bankietach, jestem skupiona na tym, co mam do zrobienia. Jak nie ma nagród, uznania, poklasku, to przecież nie znaczy, że jestem… szukam właściwego słowa… niewystarczająca. Na polskim rynku Fryderyk jest ważnym wydarzeniem. Często obracam się jednak również w innym kręgu, gdzie znajomi zdobywają takie nagrody jak np. Grammy. Powtarzam więc sobie, aby nie zwariować na swoim punkcie: „Spokojnie, masz jeszcze sporo do zrobienia”.
Ale mnóstwo już osiągnęłaś. Stałaś się Dawidem Podsiadłą kameralistyki.
Tak myślisz? Już wyskakuję z telewizora i z lodówki?
A ty jak myślisz?
Nie przesadzajmy, w skali globalnej nasz rynek muzyczny jest dość niewielki. Sam zobacz, jest trochę konkursów, ale wygrywają w sumie zawsze ci sami… Później przyjdzie ktoś, kto wymieni tych, którzy nam się znudzili, i tak to się kręci. W skali globalnej jestem kroplą w morzu. Tam dużo trudniej się przebić, zostać zauważonym. W Polsce Dawid Podsiadło jest jeden. Na świecie jest ich wielu, ale to właśnie kwestia skali.
Poczwórny Fryderyk spowodował większe zainteresowanie twoją muzyką na Zachodzie?
Myślę, że to nie ma przełożenia. To, co jestem w stanie zdziałać za granicą, bierze się z innych źródeł i powodów. Aczkolwiek, powtarzam, Fryderyk jest ważny. To oznacza, że mój dorobek ma tutaj jakieś znaczenie. Polski rynek to moje terytorium, o które trzeba dbać, dopieszczać fanów. Chociaż trudno porównywać Warszawę czy Gdańsk z Londynem, Paryżem albo Berlinem. A to właśnie te miasta rozdają karty, jeśli chodzi o europejską muzykę.
No i to, co grasz w radiu, raczej nie ma szans…
No tak, to nie jest mainstream. Ale BBC czy radia niemieckie poświęcają takiej muzyce jak moja całe audycje. Istnieją też stacje o takim profilu. I w Polsce widać zmiany. Ludzie nastawiają klasykę w samochodzie. Utwory instrumentalne pozwalają odpłynąć we własne myśli i słowa. Na tym polega siła tej muzyki.
Kiedy w takim razie odbierzesz Grammy albo Oscara? Może zanim dojadą Fryderyki?
To wielkie marzenie. Chciałabym zrobić coś na tyle dobrego, żeby to zostało uznane za wartościowe na całym świecie. Interesuje mnie pisanie muzyki do dużych produkcji filmowych – uniwersalnym językiem, zrozumiałym dla wszystkich. Tego bym sobie życzyła.
Ofiarujesz ludziom ciemność, a John Cage przez 4 min i 33 s siedział bez ruchu przy fortepianie i w ten sposób darował publice ciszę na koncertach. Może taki miszmasz byłby godny Oscara?
Dobra myśl. Nie dość, że nic nie widać, to jeszcze nic nie słychać. Ciekawe, na które playlisty by się to przebiło.
Może do streamingu?
Widziałam jeden taki koncert tuż przed lockdownem, chyba z berlińskiej filharmonii. Muzycy grali Cage’a, właśnie jego słynne „4’33’’” jako symbol ciszy, która czeka wszystkich przed wielkim zamknięciem. Ciekawy pomysł, ale widzisz, chyba nie tędy droga. Ktoś już to zrobił. ©℗
Codziennie wytężamy zmysły, które są w ogromnym naprężeniu. Dobrze by było na koncercie jedne wyłączyć, a inne uruchomić. Kiedy oczy odpoczywają, słuch się wyostrza