Z Arturem Rucińskim rozmawia Olga Łozińska
Jak pan wspomina dzień swojego debiutu na deskach Metropolitan Opera? Minęło już 10 lat…

Tak się złożyło, że 10-lecie mojego debiutu obchodziłem w tym sezonie, podczas inscenizacji „Purytanów” w reżyserii Charlesa Edwardsa. Debiutowałem w roli Sharplessa w „Madame Butterfly”, w pięknej inscenizacji Anthony’ego Minghelli. Zresztą ta piękna, poetycka inscenizacja jest prezentowana do tej pory i w następnych sezonach znów będę brał w niej udział. Bardzo się cieszyłem, kiedy zaproponowano mi tę rolę. Mój debiut co prawda miał nastąpić już w 2014 r., ale inscenizacja „Fausta” Charles’a Gounoda, w której miałem wystąpić, została odwołana. Później byłem zajęty i ostatecznie zadebiutowałem właśnie w lutym 2016 r.

Od początku zachwycił mnie przede wszystkim profesjonalizm ludzi pracujących w Metropolitan Opera. Jest to świetnie zorganizowany teatr z profesjonalistami w każdym calu, zaczynając od muzyków, a kończąc na obsłudze technicznej, realizatorach. Zostałem wówczas przyjęty niezwykle gorąco i cieszę się, że od tamtej pory co roku jestem zapraszany do Met. Mam już podpisane kontrakty na trzy kolejne sezony.

Musiał pan przejść przesłuchania przed debiutem w Met?

Nie, zostałem zaproszony ze względu na to, że śpiewałem już na różnych scenach, m.in. w Covent Garden w Londynie, Los Angeles, La Scali, La Fenice, Madrycie, Berlinie, Hamburgu, Paryżu, Wiedniu i wielu innych.

Jaka jest rola agenta w karierze śpiewaka operowego?

Bardzo istotna. Menedżer który cieszy się szacunkiem w świecie opery, może otworzyć młodemu śpiewakowi wiele drzwi. Jest postrzegany przez pryzmat tego, jakich artystów wcześniej reprezentował, czy jest osobą godną zaufania. Natomiast czy te drzwi zostaną później przez cały czas otwarte, zależy od tego, jak się zaprezentujemy, czy potrafimy pracować w zespole itd. Rola menedżera jest szczególnie istotna na początku kariery, ponieważ to on niejako pomaga wejść na rynek. Gianluca Macheda, mój menedżer, bardzo się angażuje w pomoc młodym artystom i dzięki temu ci młodzi śpiewacy, już niejako nasi następcy, mają możliwość pokazania się szerszej publiczności i swoją pracą, i talentem udowadniają, że na to zasługują.

W Met regularnie występują też Piotr Beczała, Aleksandra Kurzak, Tomasz Konieczny. Czy ta imponująca liczba Polaków na jednej z najbardziej prestiżowych scen to efekt dobrego systemu edukacji?

Wynika to nie tyle z systemu edukacji, ile z talentu i ciężkiej pracy wspomnianych osób. Do tego dodałbym jeszcze młode pokolenie, które dopiero wkracza na tę nowojorską scenę, czyli Andrzeja Filończyka, Krzysztofa Bączyka i wielu innych. To, że w tym sezonie Ola, Piotr, Tomasz, Andrzej, Krzysztof oraz ja wystąpiliśmy na deskach Met, świadczy o tym, że jesteśmy narodem niezwykle utalentowanym i pracowitym i dzięki temu osiągamy sukcesy, o których pani wspomniała.

Czy zaobserwował pan, jak zmieniła się Metropolitan Opera przez te 10 lat?

Myślę, że się nie zmieniła. Jedyną nowością są cięcia w budżecie tego teatru.

Bardzo ciężkim okresem, tak jak dla wszystkich scen, był czas pandemii. Akurat teatr w Nowym Jorku został zamknięty i większość artystów została zwolniona, bo model funkcjonowania w Stanach Zjednoczonych jest zupełnie inny niż w Europie.

Dlatego był to dramatyczny moment dla wszystkich pracowników tej instytucji. Teatry operowe w wielu krajach Europy w czasie pandemii były zamknięte, natomiast hiszpańskie były przykładem dla reszty świata, że w czasie COVID-19 można było wystawiać spektakle. Byłem jednym z niewielu szczęśliwców, którzy wtedy występowali. Zostałem zaproszony, żeby wziąć udział w dwóch inscenizacjach oper Giuseppe Verdiego, „Traviaty” i „Balu Maskowego” w Teatro Real w Madrycie. To był pierwszy teatr na świecie, który w okresie pandemii otworzył swoje podwoje dla publiczności. Wykonał niesamowitą pracę. Zapraszał do współpracy artystów z innych teatrów, nie tylko operowych, lecz także baletowych, musicalowych i operetkowych, a nawet aktorów dramatycznych, żeby dać możliwość powrotu do pracy i tego, co jest dla nas, artystów, najważniejsze – kontaktu z żywą publicznością – jak największej liczbie artystów. Z tego, co wiem, również teatry w innych miastach w Hiszpanii starały się w miarę możliwości pracować. Niestety dla teatrów w Nowym Jorku był to moment dramatyczny. Natomiast kiedy już Met wróciła do pracy, nie widzę jakichś zmian. Nadal wszyscy są bardzo profesjonalni, przyjaźni, tworzą jedną artystyczną rodzinę. Powrót do tego teatru zawsze sprawia mi wielką przyjemność, nie tylko ze względu na kontakt z bardzo żywiołową publicznością, lecz także z ludźmi, którzy tam pracują, bo są niezwykle profesjonalni i zawsze świetnie przygotowani.

Ich podejście różni się od tego w operach europejskich?

Nie. W teatrach, w których pracuję, są oczywiście różne osobowości, różne mentalności, temperamenty. Natomiast zawsze podejście do wykonywanego zawodu jest bardzo, bardzo profesjonalne.

Przygotowuje się pan teraz do roli Rigoletta w operze Verdiego.

Tak, to będzie następna rola, którą dodaję do mojego repertuaru. Stawiam sobie wyzwania w mojej artystycznej drodze i sięgam po kolejne partie, kiedy uważam, że jestem już na to gotowy. Teraz nadszedł czas na następne partie verdiowskie. Dwa sezony temu debiutowałem w roli Don Carlosa di Vargas w „La forza del destino” Verdiego, a w tym roku zadebiutuję jako Rigoletto. Pierwszy raz w tej roli wystąpię w Operze Wrocławskiej, później w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie, a następnie w Houston. Toczą się również rozmowy na temat mojego występu w tej roli w Operze Krakowskiej. Nie mogę się już doczekać, kiedy będę mógł państwu zaprezentować tę niezwykle piękną postać.

Czy taki stopniowy dobór ról wynika z nabierania dojrzałości, doświadczenia życiowego, czy z tego, że z czasem głos się zmienia?

W naszym zawodzie należy się rozwijać do końca swojej kariery. Nawet jeżeli się osiągnęło sukces, nie można nigdy przestać pracować nad warsztatem i rozwojem artystycznym. Do pewnych ról trzeba dojrzeć, poczekać na nie. Głos, dobrze prowadzony technicznie przez te wszystkie lata, rozwija się i wzmacnia. Tak jak w moim przypadku. Staram się od początku świadomie dobierać role. Pozwala mi to stopniowo sięgać po coraz szerszy i cięższy repertuar.

Dobiegam pięćdziesiątki. To najlepszy wiek dla barytona, żeby sięgać po następne role.

Jestem tego najlepszym przykładem. Chcę przez cały czas się rozwijać po to, żeby móc coraz więcej dawać publiczności, a także, aby nie ugrzęznąć tylko wśród kilkunastu czy kilku ról.

Czy miał pan taką sytuację, że chciał zaśpiewać partię, lecz musiał ją odłożyć, bo okazało się, że jeszcze na nią za wcześnie?

Nie, do tej pory nigdy się to nie wydarzyło, dlatego że zdaję sobie sprawę, jak posługiwać się moim głosem. Wiem, co mogę, a czego nie, w jakim repertuarze się czuję dobrze, a po jaki nie chcę sięgać. Nie czuję też potrzeby zaśpiewania wszystkich ról barytonowych, które zostały napisane.

A jakich partii nie chce pan śpiewać?

Rzadko sięgam po repertuar niemiecki i francuski. Nie uważam, że on jest gorszy, po prostu inni koledzy czują się w nim bardzo dobrze i są świetni, a ja akurat czuję się dobrze w repertuarze włoskim – przede wszystkim bel canto i verdiowskim. Od czasu do czasu sięgam po muzykę rosyjską, która jest bliska mojemu sercu, jak partia Oniegina, która otworzyła mi wiele drzwi na świecie i co jakiś czas do niej wracam. Za jakiś czas zaśpiewam w nowej produkcji „Eugeniusza Oniegina” w Monachium. Nie ma takich ról, których nie lubię, po prostu pewne role są dobre dla mojego głosu i mnie interesują, a inne nie.

Czy jest to też kwestia fizycznych predyspozycji głosowych?

Nie tyle fizycznych predyspozycji, ile estetyki. To jest bardzo indywidualna sprawa. Chodzi o to, że ja się po prostu czuję świetnie w tym repertuarze, a w innym siebie nie widzę, i to jest moja decyzja. Natomiast do pewnego repertuaru, jak włoskie bel canto czy twórczość Verdiego, trzeba mieć predyspozycje, takie jak: barwa głosu, biegłość techniczna, wytrzymałość fizyczna. Bardzo ważne jest też to, jak frazujemy i jak potrafimy się posługiwać językiem włoskim. To wszystko sprawia, że ktoś może po ten repertuar sięgać, a ktoś inny nie, bo jest predysponowany zupełnie do innej muzyki.

Jeśli mówimy o Verdim, to w tym sezonie najczęściej śpiewa pan w „Trubadurze”, a ostatnio można było zobaczyć pana w „Traviacie”.

Tak, ten sezon rozpocząłem z „Purytanami” Vincenza Belliniego. To opera stricte w stylu bel canto. Dla mnie ten styl, muzyka z tej epoki, jest fundamentem, na którym rozwijałem swoją technikę, wrażliwość muzyczną. Uczyłem się, jak należy się posługiwać oddechem, jak frazować. Dzięki temu z czasem mogłem przejść do repertuaru verdiowskiego. Rzeczywiście wielokrotnie w tym sezonie będę wykonywał partię hrabiego di Luny w operze „Trubadur” w Opéra de Monte-Carlo w Monako, w Bayerische Staatsoper w Monachium, a na koniec sezonu w Teatro Real w Madrycie. Między tymi inscenizacjami zaśpiewam także Marcella w „Cyganerii” Giacomo Pucciniego w Neapolu, w przepięknym Teatro di San Carlo, gdzie debiutowałem wiele lat temu w innej partii verdiowskiej – Francesca w „I Masnadieri”, czyli „Zbójcach”. Zawsze chętnie wracam do partii Marcella, bo jest to bardzo pozytywna, pięknie muzycznie napisana rola, a ja głównie wcielam się w role czarnych charakterów. (śmiech)

Nie przeszkadza to panu?

Wręcz przeciwnie, jest to bardzo interesujące i inspirujące. To wyzwanie, móc wejść w buty postaci, która jest zupełnym przeciwieństwem mnie samego, a przy okazji Verdi pisał tak niezwykle wokalnie! Sam był barytonem, myślę, że to dlatego tak wiele głównych ról powierzył barytonom, ale tak naprawdę kochał wszystkie głosy. Viva Verdi! ©Ⓟ