Strzelec się nie spieszył; czekał w lesie, aż na pobliskim cmentarzu w Vero zbiorą się żałobnicy. Gdy pożegnalne kazanie dobiegło końca, wycelował w pierś Alaina Orsoniego, syna kobiety, którą składano do ziemi. Dochodziło wpół do piątej po południu, był 12 stycznia 2026 r.
– Cmentarz jest na Korsyce święty. Nigdy nie byłem świadkiem, aby kogoś zamordowano, gdy chował matkę – mówił lokalnym mediom przyjaciel Orsoniego, Jo Peraldi. – Nie zabija się ludzi na cmentarzach. To nie do zaakceptowania – dorzucał jeden z kuzynów Orsoniego, Christian
Leca, którego znaleźli reporterzy gazety „Le Monde”.
W tym samym dzienniku opisano atmosferę w Ajaccio, stolicy Korsyki. Ani słowa w prasie o wydarzeniu w Vero, wyjąwszy wzmiankę w wiadomościach – żadnych komentarzy. W kawiarniach za to szepty o „przystojnym Alainie”, który „oszukał śmierć tysiąc razy”.
Pierwszy żywot
Alain Orsoni urodził się 71 lat temu w Vero, liczącej kilkuset mieszkańców wiosce, leżącej ok. 30 km od Ajaccio w głąb wyspy, w typowej scenerii tamtejszego interioru: kilkadziesiąt skromnych domów z szarego granitu pokrytych rudawą dachówką. Jedna droga, kilka strumyków spływających z gór. I ojciec Andre, który wrócił z frontu w Indochinach, gdzie Francja traciła właśnie kondominia, po to, by zaraz zaciągnąć się na wojnę w Algierii.
Tam szybko przystał do Organisation Armée Secrète (OAS) – tajnej formacji oficerów o skrajnie prawicowych poglądach, których głównym celem miał się wkrótce stać „doprowadzający Francję do ruiny” de Gaulle. Synowie Orsoniego – Alain i młodszy o cztery lata Guy – początkowo szli śladem ojca. Ale gdy Alain wyjechał na studia do Paryża, po krótkim epizodzie w organizacjach prawicowych na horyzoncie pojawiła się opcja: lewicowe struktury korsykańskich nacjonalistów.
Drugi żywot
Letnie wakacje w 1975 r. kończą się wstąpieniem Orsoniego do Azione Regiunalista Corsa (ARC), która ledwie kilka miesięcy później stopi się wraz z sobie podobnymi w większą grupę – Korsykański Front Wyzwolenia Narodowego (FLNC).
Mała struktura, nawet takiej połączonej organizacji, sprzyja szybkim awansom, więc już w 1976 r. Orsoni uchodzi za szefa paryskiej komórki FLNC. A korsykańscy separatyści właśnie się rozkręcają, w Paryżu wybuchają dziesiątki bomb, padają strzały.
W 1980 r. po niezbyt udanej akcji przed irańską ambasadą (za to budującej legendę, bo Orsoni ostrzelał budynek z karabinu maszynowego) lider komórki zalicza wpadkę i ląduje w więzieniu. Przesiedział prawie dwa lata – do momentu, gdy za kratami wybucha rebelia. Jednym z żądań skazanych było uwolnienie dwóch korsykańskich liderów, w tym Orsoniego.
Trzeci żywot
Pierwszy powrót na wyspę – i od razu triumf. Niedawny więzień stał się symbolem korsykańskiego separatyzmu i dowódcą jednej z najsilniejszych brygad FLNC, działającej w Ajaccio i okolicach.
Ale stał się też celem, za co prawdopodobnie zapłacił życiem jego brat. Guy został uprowadzony w połowie 1983 r. przez członków jednej z miejscowych mafii, gangu Valinco. Co się dokładnie wydarzyło, nie wiadomo – ciała Guya nie odnaleziono do dziś; ale porwanie doprowadziło do wojny między separatystami a półświatkiem. Niemal rok później komando FLNC wdarło się do więzienia i zastrzeliło dwóch członków gangu, którzy brali udział w uprowadzeniu Guya. „Terroryści zostali ujęci, ale rząd (w Paryżu – red.), mający prawdopodobnie niezbyt czyste sumienie w tej sprawie i mało zmartwiony zniknięciem niewygodnych świadków, sprawił, że w 1989 r. uwolniono ich i sprawie ukręcono łeb” – pisze historyk Maciej Kuczyński w opracowaniu „Krwawiąca Europa. Konflikty zbrojne i punkty zapalne w latach 1990–2000”.
– Najbardziej w życiu żałuję, że nie wziąłem w tej akcji udziału – zwierzył się po latach Orsoni. Za to koordynował akcję, a na dodatek tego samego dnia ze szpitala wyszła jego ówczesna żona z ich pierworodnym. Dostał na chrzcie imię Guy, na cześć wujka.
Czwarty żywot
Korsykański separatyzm nabierał impetu, zaś Orsoni podryfował w stronę polityki. Od 1986 r. zasiadał w sejmiku wyspy, pod koniec lat 80. był już kimś w rodzaju
Gerry'ego Adamsa – przywódcy IRA, który stał się jednym z architektów pokojowego rozwiązania konfliktu w Irlandii Północnej.
Jego naciski na zawarcie rozejmu (doszło do tego w 1988 r.), a potem na działalność polityczną doprowadziły do rozpadu FLNC na dwie frakcje: Nurt Zwyczajny z Orsonim na czele oraz Nurt Historyczny, który na żadne kompromisy iść nie chciał. Nacjonaliści porzucili walkę z Francuzami czy lokalnymi mafiosami i zaczęli walczyć między sobą. Trup sypnął się gęsto, a według legendy sam lider Nurtu Zwyczajnego nie wahał się w tych porachunkach pociągnąć za spust. Ale jego frakcja była w tych walkach wyraźnie słabsza, co skończyło się jej rozwiązaniem i ucieczką Orsoniego za Atlantyk.
Piąty żywot
W Miami były korsykański separatysta otwiera pizzerię. Ale już kilka miesięcy później jest w Nikaragui. Tu z kolei uruchamia kasyno – choć część relacji wskazuje raczej na salon z automatami do gry – i zbliża się do półświatka.
Cokolwiek się wówczas wydarzyło, nikaraguańskie władze uznały po czterech latach, że poszukiwanych przez Francję byłych terrorystów trzeba jej wydać: tylko Orsoni wymknął się obławie. Wkrótce później odnalazł się w Hiszpanii, przez kolejne osiem lat żył w Barcelonie. Z czego – niezbyt wiadomo.
Szósty żywot
Emigracyjny epizod kończy się w 2008 r., kiedy Orsoni wraca na wyspę. Z marszu zostaje prezesem najważniejszego lokalnego klubu piłkarskiego AC Ajaccio i uruchamia mało przejrzystą, ale rozległą sieć biznesów. Klub wchodzi do francuskiej pierwszej ligi, są pieniądze nawet na transfery. – Korsyka to przyjemne miejsce do grania – wyjaśnia lakonicznie Orsoni dopytującemu go wtedy o tajemnicę sukcesu reporterowi BBC.
W lożach honorowych dawny terrorysta ściska dłonie decydentów z całej Francji, z ówczesnym prezydentem Nicolasem Sarkozym na czele. Ale na zapleczu obowiązują ścisłe rygory bezpieczeństwa: biurem jest bunkier bez okien w kompleksie stadionu, na każdym kroku towarzyszy mu kilku ochroniarzy, chodzi w kamizelce kuloodpornej, porusza się opancerzonym autem.
Orsoni odmawia reporterowi BBC wspólnej przejażdżki po mieście. Nic dziwnego, bo gangsterzy próbowali go zabić tuż po powrocie w 2008 r., najpewniej ci z Gang de la Brise de Mer. Wyspiarze plotkowali, że Orsoni szybko zaczął się mścić, jeden z gangsterów miał od niego dostać osobliwy prezent – DVD z filmem „Aż poleje się krew” i odręczną notką, sprowadzającą się do komunikatu „zniszczę ciebie i twoich ludzi”. Ale to cyngle z półświatka w kolejnych latach dopadali współpracowników „prezesa”: jego prawnik zginął podczas tankowania w 2012 r., prawdopodobnie z rąk członków gangu Petit Bar.
– Nie boję się śmierci. Nie budzę się każdego ranka, myśląc, że dziś zginę – przekonywał jednak Orsoni w rozmowie z „Le Figaro” w tamtym czasie. – Bywam portretowany jako ojciec chrzestny, ale przecież nawet nie mam na Korsyce choćby jednego biznesu. Oczywiście, jako były przywódca ruchu nacjonalistycznego przez całe 15 lat nie jestem święty. Ale opisywanie mnie jako niebezpiecznego gangusa? To jakiś żart – kwitował.
Siódmy żywot
Po 2015 r. Orsoni prowadzi bardzo dyskretne życie. Bywa na wyspie, w latach 2022–2024 ponownie przymierza się do stołka szefa AC Ajaccio. Ale klub jest już cieniem niegdysiejszej świetności, tonie w długach, dostaje zakaz rozgrywek – więc nie zagrzewa tam długo miejsca.
Mówi się, że więcej czasu spędza znowu w Nikaragui (teraz rządzonej przez reżim Daniela Ortegi, co nie jest bez znaczenia), a na wyspę zagląda tylko w wyjątkowych sytuacjach. Takich jak pogrzeb matki.
Korsyka strategiczna
W analizach strategicznych Korsyka uchodzi za strategiczną, bo dzięki niej można kontrolować sporą połać Morza Śródziemnego. Przez stulecia ścierali się o nią Etruskowie, Grecy, Kartagińczycy, Rzymianie, Wandalowie, Bizantyjczycy, Arabowie, w końcu Genueńczycy. Gdy w 1755 r. przeciw tym ostatnim wybuchło powstanie, Korsykanie wezwali na pomoc Francuzów, a ci – korzystając z nadarzającej się okazji – w 1768 r. przechwycili wyspę i szybko spacyfikowali obie strony konfliktu.
I pewnie szybko zaczęli pluć sobie w brodę. Ktokolwiek by rządził wyspą, zawsze był to odległy i zaniedbany skrawek tego czy innego imperium. Jan Baszkiewicz w monumentalnej „Historii Francji” co kilkaset stron, podsumowując rozwój kraju, dorzuca dopisek w stylu „a Korsyka pozostawała zacofana i biedna”. „Rekordy ubóstwa bije Korsyka ze swym archaicznym układem społeczno-obyczajowym, zacofaną gospodarką, dziesiątkowana przez malarię. Korsykanie zmuszeni są szukać masowo lepszej doli we Francji i w koloniach” – opisuje wyjątkowo wylewnie los regionu w drugiej połowie XIX w.
Zwolennicy autonomii pojawili się na Korsyce dopiero po I wojnie światowej. Było im blisko do Mussoliniego, ale gdy w czasie II wojny światowej wyspa znalazła się pod kontrolą Włoch, powszechnej kolaboracji nie było. We wrześniu 1943 r., gdy Italia ogłosiła kapitulację, Korsykanie wzniecili krótkie i zwycięskie powstanie przeciw niemieckim oddziałom, jakie wówczas stacjonowały jeszcze na ich terenie. Potem chętnie – niczym ojciec Orsoniego – zaciągali się do francuskiej armii.
„Korsyka była zawsze uboga i zacofana, ale dopiero pod koniec lat 60. kontrast między wyspą a kontynentem przybrał tak znaczne rozmiary” – zauważa Kuczyński. „Pierwsze oznaki kryzysu w 1973 r. pogorszyły nastroje. Szczególnie niezadowoleni byli rolnicy, których gospodarstwa były nierentowne, mimo hojnych subwencji, a także bezrobotna lub mało zarabiająca młodzież. Mimo iż przyczyny zacofania leżały w strukturze społecznej, celem niezadowolonych stało się państwo francuskie” – kwituje.
„Na Korsyce głosują trzy generacje zmarłych i trzy pokolenia jeszcze nie narodzonych” – powiadali Francuzi z kontynentu, lapidarnie ujmując w tej frazie cuda nad urną, do jakich dochodziło na wyspie. Oszukiwano na podatkach, wyciągano zasiłki, wyłudzano kredyty. Tamtejsza struktura klanowa szybko przełożyła się – podobnie jak na sąsiedniej włoskiej Sardynii – na narodziny mafii przemytniczych, narkotykowych, zajmujących się haraczami. I pojawiający się na przełomie lat 60. i 70. pierwsi separatyści chętnie korzystali z tego samego arsenału środków i możliwości, a ich struktury nierzadko przenikały się w nieczytelny sposób ze strukturami półświatka. A sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy separatyzm korsykański wyrósł na siłę, która zaczęła niepokoić Paryż: zniknięcie Guya Orsoniego jest interpretowane jako operacja francuskich specsłużb przeprowadzona rękami korsykańskich gangsterów.
Korsyka i Kultura bezprawia
Ruch separatystyczny, mimo prób konsolidacji, zawsze był na Korsyce rozdrobniony. W apogeum można było mówić o co najmniej kilkunastu organizacjach, z których każda liczyła kilkanaście do kilkudziesięciu osób. Gdy w 1996 r. FLNC-Nurt Historyczny (który kontestował pokojowy kurs Orsoniego) zorganizował nocną konferencję, przybyłym dziennikarzom zaprezentowano w półmroku ok. 600-osobową grupę zamaskowanych postaci uzbrojonych w Kałasznikowy, M-16, Uzi, Skorpiony, granatniki przeciwpancerne. Tyle że te same media wkrótce później – z nutą kpiny – donosiły, że na potrzeby nocnej prezentacji ugrupowanie ściągnęło wszystkich swoich sympatyków, ich krewnych oraz ich żony i partnerki.
Co nie znaczy, że separatyści nie byli groźni; przede wszystkim seriami podkładali bomby, co nazywano „błękitnymi nocami” – o zamachach jednak ostrzegano. 31 maja 1979 r. Korsykanie zdetonowali w Paryżu jednocześnie 22 bomby (bez ofiar), 19 sierpnia 1982 r. wybuchło 99 bomb na Korsyce – a przez cały rok separatyści przeprowadzili ponad 800 zamachów. W tym samym czasie nawiązali kontrakty z ugrupowaniami palestyńskimi, a także z Libią Mu’ammara al-Kaddafiego, która chętnie zbroiła formacje separatystyczne z całego świata (być może nawiązano też kontakty z nikaraguańską partyzantką Ortegi, co mogłoby tłumaczyć późniejsze podróże Orsoniego). Arsenał więc puchł w szwach.
Bywało operetkowo, a i owszem. Zdarzało się, że mieszkańcy wydzwaniali po znanych sobie separatystach, żeby ich pouczyć, że wysadzać komisariaty i urzędy można, ale tak, żeby szyby w budynkach obok nie leciały. Pewien separatysta miał bić strzelbą związanego przedsiębiorcę, który jakoby odmawiał płacenia haraczu, i owa strzelba wypaliła bijącemu w głowę, zabijając go na miejscu (sądowa dokumentacja zawiera historię o bójce). Żandarmi, którzy w ramach prowokacji chcieli podpalić restaurację, gdzie odmawiano separatystom płacenia haraczu, zrobili to tak nieumiejętnie, że jeden z nich wylądował w szpitalu, gdzie po kilku godzinach znaleźli go śledczy.
Ale ludzie ginęli zarówno na wyspie, jak i na kontynencie. Wśród ofiar byli prefekci, żandarmi, policjanci, cywile – podobnie jak i sami separatyści czy gangsterzy. Po przeszło półwieczu kampanii Korsykę oplotła pajęczyna uraz, wendett, długów krwi. A co gorsza, kultura bezprawia zakorzeniła się tu na dobre: u progu tego stulecia statystyki przestępczości wskazywały, że na Korsyce wykrywa się sprawców tylko 7 proc. przestępstw. Na tysiąc mieszkańców przypada 350 sztuk broni, dwukrotnie więcej niż w kontynentalnej Francji. Odsetek zabójstw sięga 3,7 na 100 tys. mieszkańców, kolejny rekord kraju.
Korsyka, czyli ogon macha psem
Znak czasów: Guy Orsoni – syn Alaina, a nie zaginiony brat – nie brał udziału w pogrzebie babci. Odsiaduje wydany w 2018 r. wyrok 13 lat więzienia za nieudaną próbę zabójstwa członka konkurencyjnego gangu, a to już kolejny jego pobyt za kratami. Co prawda Alain przyznawał, że nie był w stanie poświęcić synowi wystarczająco wiele czasu, ale za to przed wyrokiem najmłodszy z Orsonich toczył wojnę z gangiem Petit Bar, który nieco wcześniej polował na jego ojca. Dwa lata temu dwóch podwładnych Guya zginęło w uderzająco podobny sposób: od pojedynczych kul wystrzelonych z dużej odległości.
Jak twierdzi „Le Monde”, wyspę podzieliło obecnie między siebie ok. 20 gangów. „Większość z nich penetruje wszystkie sfery życia – polityczne, społeczne, gospodarcze – i chce zdominować te legalne działania, które uznaje za najbardziej dochodowe” – kwitowali eksperci Sirasco, kryminalnego pionu francuskiej policji w jednej z analiz. Bandyci tworzą bastiony w deweloperce, gastronomii, hotelarstwie czy obrocie nieruchomościami. Ale równowaga między poszczególnymi grupami jest krucha, co kilka lat dochodzi do spektakularnych egzekucji – jak w 2017 r., gdy dwóch zwolnionych z paryskiego więzienia hersztów już w budynku lotniska zostało ostrzelanych przez cyngla konkurencji.
Nie zniknęli też korsykańscy nacjonaliści: według rozmaitych szacunków zbierają od 15 do 25 proc. głosów w wyborach do lokalnego zgromadzenia. Paryż już u progu tego stulecia obdarował wyspiarzy specjalnym statusem administracyjnym, a w kolejnych latach autonomia była poszerzana. Ba, kilkakrotnie pojawiał się pomysł, żeby dać Korsykanom możliwość uzyskania niepodległości – i mieć problem z głowy, gdyby się na taki scenariusz zdecydowali – ale ostatecznie żadna administracja centralna się na to nie zdecydowała.
Zamiast tego krok po kroku wyspiarze wymykają się spod kontroli władz centralnych. Ostatnie lata przyniosły kolejne negocjacje między Ajaccio a Paryżem – impulsem do nich było zabójstwo w więzieniu w 2022 r. jednego z dawnych liderów separatystycznych Yvana Colonny. Po jego śmierci Korsykanie wyszli na ulice, domagając się poluzowania więzów z kontynentem i grożąc powrotem do zbrojnej walki. W zamieszkach rannych zostało 77 policjantów, a prezydent Emmanuel Macron zdecydował się na rozmowy znane jako Beauvau Process.
W ich ramach w marcu 2024 r. uzgodniono kolejny pakiet autonomicznych swobód dla wyspiarzy, który zaakceptowało zgromadzenie na wyspie (choć nie jastrzębie z ruchu nacjonalistycznego, które forsują m.in. powszechne użycie lokalnego języka w administracji). W zeszłym roku rząd Macrona przedstawił projekt stosownej ustawy, ale czy zostanie on finalnie przeforsowany – nie jest to przesądzone. Bowiem w ślady Korsykanów mogliby pójść mieszkańcy Bretanii, a być może też kilku innych regionów Francji, co tylko spotęgowałoby polityczny kryzys, z którego Paryż nie może się wykaraskać od lat. I tak oto, z całym szacunkiem, ogon kręci psem.©Ⓟ