Trzy historie z niedalekiej przeszłości. Listopad 2025 r. Do mediów wycieka 28-punktowy plan pokojowy przygotowany przez Rosjan i Amerykanów. Europa nie kryje zdumienia, a wręcz oburzenia. W Londynie z prezydentem Ukrainy spotykają się liderzy grupy E3: Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii. Prezydent USA Donald Trump publicznie dezawuuje europejskich partnerów. Podkreśla, że nie mają nic do zaoferowania i nie warto z nimi rozmawiać. Mimo agresywnego tonu Trumpa na początku grudnia dochodzi do rozmowy telefonicznej, w której strony postanawiają kontynuować negocjacje. Kilka dni później specjalni wysłannicy prezydenta USA, Steve Witkoff i Jared Kushner, przylatują do Berlina, by wspólnie z Europejczykami uzgodnić nowy, 20-punktowy plan pokojowy.

W tym samym czasie na platformie X trwa ofensywa komunikacyjna Elona Muska przeciwko Brukseli. Musk porównuje Unię Europejską do „IV Rzeszy”, nawołuje do jej likwidacji, a wreszcie blokuje konto reklamowe Komisji Europejskiej. Działania te są reakcją na karę w wysokości 140 mln dol., którą Bruksela nałożyła na X za naruszenia unijnego rozporządzenia DSA (aktu o usługach cyfrowych). Musk wciąż nie zapłacił grzywny, a Komisja grozi kolejnymi sankcjami w wysokości do 6 proc. obrotów (czyli ok. 200 mln dol.). W styczniu unijni urzędnicy wszczynają postępowanie w sprawie Groka, narzędzia sztucznej inteligencji działającego na X. Główny zarzut dotyczy braku należytego nadzoru, co pozwala użytkownikom generować seksualne obrazy, w tym „rozbierane” zdjęcia kobiet i dzieci. Choć utrata unijnego rynku nie zabije X, to trudno zignorować fakt, że przynosi on platformie ok. 25 proc. przychodów.

Trzeci obrazek. Styczeń 2026 r. Trump rozkręca awanturę wokół Grenlandii. W swoim wystąpieniu na szczycie w Davos w ostrych słowach atakuje Unię, ale już dzień później wycofuje się z groźby zbrojnego przejęcia kontroli nad wyspą. Według analityków wpływ miały na to duże spadki na amerykańskiej giełdzie, związane m.in. z sygnałami wysyłanymi przez polityków i przedstawicieli dużego biznesu ze Starego Kontynentu w kuluarach Davos. Dali oni do zrozumienia swoim partnerom zza oceanu, że Unia nie będzie się już ociągać z wprowadzeniem pozataryfowych barier dla amerykańskich koncernów technologicznych. Z kolei Parlament Europejski wstrzymuje ratyfikację umowy handlowej USA–UE z sierpnia 2025 r., którą Trump uważał za swój osobisty sukces. Dalsze rozmowy na temat statusu Grenlandii zostają przeniesione ze szczebla politycznego na szczebel urzędniczy, na którym Europejczycy czują się jak ryby w wodzie.

Memiczna Unia

Choć relacja między Wspólnotą a Stanami Zjednoczonymi nie jest w pełni symetryczna, to trudno mówić o jednostronnej zależności. A jednak śledząc narracje dominujące w mediach społecznościowych, można odnieść wrażenie, że Unia jest skazana na marginalizację – że w globalnej rozgrywce między potęgami nie ma żadnych kart. W gruncie rzeczy podobne opinie można usłyszeć w kontekście relacji UE z Chinami, a nawet z Rosją. Jesteśmy słabi, ulegamy szantażowi, łatwo nas sobie podporządkować. Ale co najgorsze, Unia ze swoim nadmiarem regulacji jest swoim głównym wrogiem. Gdy Amerykanie i Chińczycy rywalizują w przestrzeni kosmicznej, Europejczycy bohatersko walczą z nakrętkami do butelek. Wiele działań Brukseli staje się przedmiotem memów. Zresztą nie od dziś – anegdoty o regulowaniu krzywizny banana weszły już do internetowego folkloru (choć to świetny przykład sytuacji, w której z pozoru idiotyczne przepisy skrywały określony cel polityki handlowej).

W tej antyunijnej opowieści za szczyt absurdu uchodzi polityka klimatyczna. Przekonanie, że Zielony Ład zabija nasz przemysł, tak bardzo się upowszechniło, że nawet zwolennicy transformacji energetycznej nie są już w stanie jej bronić.

Polityka klimatyczna to doskonały przykład, który pozwala zmierzyć się z rozmaitymi mitami na temat Unii. Dlaczego rozpoczęliśmy transformację energetyczną? Byliśmy niepoprawnymi optymistami? Daliśmy się uwieść propagandzie „klimatystów”? Chcieliśmy zniszczyć rodzimy przemysł? Wbrew pozorom nie chodziło o miłość do środowiska naturalnego, lecz o to, że państwa członkowskie nie dysponują ogromnymi zasobami węglowodorów, które można pozyskiwać w łatwy i ekonomicznie efektywny sposób. Wydobycie węgla jest nieopłacalne i raczej się to nie zmieni. To dlatego kolejne kraje zamykały kopalnie, nawet jeśli były jeszcze rentowne. Niedawno swoją ostatnią kopalnię węgla kamiennego wygasili Czesi, co oznacza, że Polska pozostała jedynym krajem członkowskim, w którym nadal fedruje się „czarne złoto”. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku ropy naftowej i gazu ziemnego – nasze zasoby są niewystarczające albo ich wydobycie jest nieopłacalne.

Oczywiście surowce można importować – taka była strategia Niemiec w kontekście współpracy z Rosją i budowy Nord Stream. Jednak Unia postawiła na odnawialne źródła energii. Przyczyna jest prosta – energia z OZE jest tańsza, a przede wszystkim uniezależnia nas od zewnętrznych dostawców surowców. Na początku XXI w. OZE odpowiadały za produkcję niespełna 15 proc. energii elektrycznej we Wspólnocie. W 2025 r. zbliżyliśmy się do 50 proc. W dłuższej perspektywie trudno byłoby utrzymać konkurencyjność unijnej gospodarki, gdybyśmy bazowali na spalaniu węglowodorów z Rosji, USA czy państw Zatoki Perskiej. Odsądzany od czci i wiary system handlu emisjami ETS w zamyśle miał zapewnić państwom czas i środki do przeprowadzenia transformacji energetycznej. Dalszy import węgla, ropy i gazu byłby prostą drogą do bezpowrotnej utraty globalnej konkurencyjności.

Drugim powodem, który stał za postawieniem na transformację energetyczną, była chęć znalezienia nowej opowieści nadającej sens integracji europejskiej i budującej globalną pozycję Wspólnoty. Oto UE staje się „rulemakerem”, twórcą reguł, które muszą zaakceptować inni gracze. Podobna próba stworzenia unijnej opowieści towarzyszyła kwestii ochrony danych osobowych: „Drodzy Amerykanie, Chińczycy, Indusi, etc., jeśli chcecie mieć dostęp do naszego ogromnego rynku, musicie się dostosować do naszych zasad”. Patrząc na zmiany, które zaszły w ostatnich latach, częściowo tak się stało. Jeśli Elon Musk chce mieć dostęp do europejskich konsumentów, to musi się dostosować do przepisów aktu o usługach cyfrowych.

Rozsadzić UE od środka

Głównym motywem stojącym za unijną polityką klimatyczną nie była więc ideologia, lecz strategia budowy konkurencyjności i globalnej pozycji. Greenwashing miał jedynie stanowić swoistą zasłonę dymną dla rzeczywistych zamiarów. Tym bardziej że 20 lat temu żyliśmy w liberalnym świecie, w którym nie mówiło się wiele o geopolitycznej rywalizacji. Łatwiej było sprzedać ekologiczną narrację.

Dziś jest odwrotnie – Unia stała się zakładnikiem „zielonej” interpretacji. Przez wiele lat konkurenci UE sączyli nam komunikaty podkopujące zasadność polityki klimatycznej, a nawet sens samej integracji europejskiej. Mamy twarde dowody na to, jak obce służby próbowały wpływać na sytuację polityczną w państwach członkowskich – zaczynając od brexitu, przez Katalonię, po ingerencję w kampanie do Parlamentu Europejskiego. Unia jest nie tylko ośmieszana i dyskredytowana, lecz także prezentowana jako główne źródło naszych problemów.

Opowieść o bezradnej, a jednocześnie wszechmogącej Brukseli powinna zapalić nam w głowach lampkę alarmową. Nie twierdzę, że UE nie mierzy się z ogromem wyzwań. Warto jednak zachować odpowiednie proporcje. Tym bardziej, że znaleźliśmy się w sytuacji, w której opowiedzenie się w jakimkolwiek sporze po stronie UE jest dla krytyków nawet nie tyle przejawem zdrady narodowej, ile przykładem frajerstwa i głupoty. Unia nie może mieć racji, bo to lewacka organizacja promująca szkodliwe ideologie – przekonują sceptycy. Dawniej z taką narracją można było się zetknąć co najwyżej w Radiu Maryja lub „Najwyższym Czasie”. Teraz staje się ona elementem głównego nurtu.

Dlatego warto przypomnieć, że UE to wciąż największy rynek wewnętrzny na świecie. I raczej się to szybko nie zmieni. Zawdzięczamy to m.in. powszechnie krytykowanemu (także w samej Brukseli) europejskiemu modelowi gospodarczemu, który – lepiej lub gorzej – dba o niwelowanie nierówności dochodowych i stymulowanie konsumpcji. Dla porównania: w USA obserwujemy coraz większą koncentrację bogactwa, zaś Chiny świadomie ograniczają popyt wewnętrzny, obawiając się ekonomicznego, a co za tym idzie – politycznego – upodmiotowienia swoich obywateli.

Dla obu globalnych graczy i ich firm Unia pozostaje nieodzownym partnerem. W obliczu rosnących barier na amerykańskim rynku Państwo Środka musi sprzedać swoje towary w Europie, aby uniknąć poważnego kryzysu gospodarczego. Z pewną przesadą można stwierdzić, że to w rękach Komisji Europejskiej spoczywa los wielu amerykańskich i chińskich firm. Trudno się więc dziwić, że zagraniczni gracze robią wiele, aby z pomocą pompowanych przez algorytmy sił politycznych rozsadzać Unię od środka.

Integracja albo peryferie Europy

Należy mieć to na uwadze, obserwując trendy na polskiej scenie politycznej. Nie jest przypadkiem, że unijni sceptycy rosną w sondażach. Jest to niepokojące nie tylko ze względu na rosyjskie zagrożenie. Nie możemy zapominać, że ponad 80 proc. naszego eksportu trafia na rynek wewnętrzny, a nasze firmy awansują w globalnych łańcuchach wartości głównie dzięki współpracy z europejskimi potentatami. Polexit lub dezintegracja oznaczałyby zepchnięcie nas na peryferie. W obliczu zmieniającego się ładu międzynarodowego mocne zakorzenienie w politycznie sprawnej Unii powinno więc być naszym priorytetem.

Najważniejszym wyzwaniem stojącym przed przywódcami UE jest nie tyle walka z zagranicznymi platformami (choć kolejne regulacje wydają się niezbędne), ile stworzenie przestrzeni dla europejskich platform, w której będziemy mieć wpływ na algorytmy. Unia musi w końcu zadbać o przestrzeń komunikacyjną, którą w ostatnich latach niemal całkowicie sobie odpuściła. Jeśli tego nie zrobi, większość Europejczyków uwierzy w końcu w antyunijną propagandę sączoną przez naszych geopolitycznych rywali, a skrajnie prawicowe ugrupowania sięgną w końcu po władzę.

Ktoś może mi zarzucić, że wzywam do wprowadzenia cenzury i unijnego urzędu ds. propagandy. Choć ryzyko naruszenia naszych praw podstawowych istnieje, to czy istnieje inny sposób, by obronić nasz dobrobyt, polityczną podmiotowość i demokratyczne wartości? Jedno jest dla mnie oczywiste – w naszym interesie leży gra po stronie Brukseli. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. ©Ⓟ