Pod koniec stycznia Donald Trump zapowiedział, że nałoży nowe cła na wszystkie kraje, które sprzedają ropę naftową Kubie. W odpowiedzi władze w Hawanie oskarżyły USA o dążenie do „ekonomicznego ludobójstwa”. Zaostrzenie kursu przez Trumpa nasiliło spekulacje o możliwych planach obalenia komunistycznego reżimu panującego na Kubie od prawie 70 lat. Wielu sojuszników Trumpa kalkuluje, że tak operacja mogłaby się okazać dochodową inwestycją – podobnie jak wypędzenie z wyspy Hiszpanów pod koniec XIX w.

Amerykańskie przeznaczenie

„W połowie XIX w. Kuba dominowała na światowym rynku cukru, dostarczając około jednej czwartej globalnej produkcji. Oddalone o niecałe 160 km i dysponujące relatywnie mniejszym sektorem cukrowniczym Stany Zjednoczone były jego naturalnym importerem” – pisze w artykule „Trading with Cuba” Tim Sablik. „Więzi między dwoma krajami zacieśniły się w 1884 r., gdy światowe ceny cukru gwałtownie spadły, co doprowadziło do bankructwa wiele kubańskich cukrowni. Amerykańskie firmy zainwestowały znaczne pieniądze w rewitalizację i unowocześnienie tego sektora” – dodaje.

W drugiej połowie XIX w. w Stanach Zjednoczonych popularność zdobywała idea „objawionego przeznaczenia” (Manifest Destiny). Jej autor, dziennikarz i dyplomata John Louis O’Sullivan, przekonywał, że wolą boskiej opatrzności jest to, aby USA przejęły kontrolę i ucywilizowały całą Amerykę Północną. W gronie zwolenników „objawionego przeznaczenia” znalazł się m.in. republikański senator i historyk Henry C. Lodge, który widział Stany Zjednoczone na pozycji światowego mocarstwa. W marcu 1895 r. na łamach czasopisma „Forum” Lodge opublikował artykuł „Our Blundering Foreign Policy” („Nasza błędna polityka zagraniczna”), który z czasem uznano za rozwinięcie myśli O’Sullivana i nazywano „nowym objawionym przeznaczeniem”. Wedle senatora budowa dobrobytu wymaga od USA poszerzania swojej strefy wpływów. „W interesie naszego handlu i pełnego rozwoju powinniśmy zbudować kanał przez Nikaraguę, a w celu obrony tego kanału i ustanowienia handlowej przewagi na Oceanie Spokojnym powinniśmy kontrolować Hawaje i utrzymywać swoje wpływy na Samoa” – pisał Lodge. I dodawał: „Kiedy kanał przez Nikaraguę zostanie zbudowany, Kuba (...) stanie się dla nas nieodzowna”. Poglądy Lodge’a podzielało coraz więcej wpływowych ludzi polityki, w tym jego dobry znajomy, zastępca sekretarza marynarki wojennej Theodore Roosevelt.

Hiszpańskie okrucieństwo

11 kwietnia 1895 r., niespełna miesiąc po ukazaniu się artykułu, na Kubie wybuchło antyhiszpańskie powstanie. Rządzący wyspą w imieniu Madrytu gubernator Valeriano Weyler sięgnął po terror, by spacyfikować rebelię. Jednym z jego autorskich pomysłów, który Brytyjczycy wykorzystali później podczas wojny burskiej, były obozy koncentracyjne. Podejrzanych o pomaganie partyzantom mieszkańców wsi i miasteczek przymusowo przesiedlano do strzeżonych ośrodków. Tych, którzy stawiali opór, mordowano.

Amerykańską opinię publiczną zszokowały okrucieństwa Hiszpanów, szeroko opisywane przez dzienniki należące do dwóch największych magnatów prasowych: Williama Randolpha Hearsta i Josepha Pulitzera. Obaj biznesmeni należeli do gorących zwolenników „objawionego przeznaczenia”. Jak twierdzi John Maxwell Hamilton: „Wojna na Kubie była dla Amerykanów najważniejszym tematem zagranicznym. Według niektórych szacunków w ciągu trzech lat poprzedzających wojnę ok. 75 korespondentów relacjonowało przebieg kubańskiego powstania, a 200 dotarło na wyspę po tym, jak w 1898 r. ruszyli tam Rough Riders (1 Regiment Kawalerii Ochotniczej pod dowództwem Theodore’a Roosevelta – red.)”.

Choć Kongres uznał powstańców za stronę walczącą, to prezydent Grover Cleveland z Partii Demokratycznej nie palił się do niesienia im pomocy zbrojnej. Również jego następca, republikanin William McKinley, ociągał się z odsieczą mimo presji ze strony prasy i polityków wyznających doktrynę „objawionego przeznaczenia”. Przełom nastąpił z początkiem 1898 r., gdy Amerykanów rozpaliły dwa wydarzenia. „Pierwszym z nich było opublikowanie prywatnego listu ambasadora hiszpańskiego w Waszyngtonie, w którym autor wyrażał się lekceważąco o McKinleyu. Jednak o wiele większy wstrząs wywołała eksplozja na amerykańskim okręcie wojennym USS «Maine» zacumowanym w porcie hawańskim” – pisze w monografii „U.S. Marines jako narzędzie polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych Ameryki” Robert Kłosowicz.

Wybuch na krążowniku „Maine” i śmierć 260 członków załogi skłoniły prezydenta do porzucenia pacyfizmu. Choć nie było dowodów, że to Hiszpanie wysadzili okręt w powietrze, frakcja „jastrzębi” – z senatorem Lodge’em i Rooseveltem na czele – zadbała o rozpowszechnienie tej wersji z pomocą gazet Hearsta i Pulitzera. W kwietniu 1898 r. Kongres uznał niepodległość Kuby i upoważnił McKinleya do użycia siły przeciwko Hiszpanii. Jednocześnie przyjęto poprawkę senatora Henry’ego M. Tellera, która miała zagwarantować, że po wyrzuceniu Hiszpanów z wyspy Stany Zjednoczone jej nie anektują, lecz zadbają, by powstało tam niepodległe państwo.

USA

Szybkie zwycięstwo nad krajem, który dawno temu stracił status kolonialnego mocarstwa, wzmocniło pozycję zwolenników wojny. „Nowe objawione przeznaczenie” przekierowało politykę zagraniczną USA na nowe tory. Roosevelt był tak uwielbiany, że przed kolejnymi wyborami McKinley musiał zaoferować mu wiceprezydenturę.

Na mocy traktatu paryskiego z grudnia 1898 r. Hiszpania zrzekła się Kuby, a wyspa znalazła się pod zarządem USA. Stanowisko gubernatora objął gen. Leonard Wood, lekarz wojskowy, który doglądał zdrowia prezydenta McKinleya i przyjaźnił się z Rooseveltem. „Wood uważał, że dzięki kapitałowi można skutecznie wpływać na formowanie w regionie państw o zdrowej gospodarce i rządach przyjaznych USA” – relacjonuje Robert Kłosowicz. Gdy po śmiertelnym zamachu na McKinleya Roosevelt został prezydentem, gubernator Kuby zaapelował do niego w liście: „Dlaczego nie mielibyśmy pomóc jej (Kubie – red.) w budowie gospodarki i dobrobytu? Nie ulega wątpliwości, że jest to lepsze, niż mieć u bram zdemoralizowaną i biedną wyspę, jak Santo Domingo i Haiti”.

Opinie generała szły w parze z wiarą w uzdrawiającą moc amerykańskiego kapitału. Gubernator otworzył wyspę na inwestycje, na początek wydając firmom z USA 218 koncesji na wydobycie surowców mineralnych. Zachęcał też przedsiębiorców z innych branż. „Wśród pierwszych dużych inwestorów znalazł się Percival Farquhar, który przybył na wyspę jeszcze w 1898 roku z projektem elektryfikacji hawańskich tramwajów i budowy linii kolejowej z Hawany do Santiago de Cuba. Minor Keith, który założył United Fruit Company, w 1899 roku kupił 80 tysięcy hektarów ziemi w pobliżu Zatoki Nipe. Amerykańska spółka tytoniowa Tobacco Trust nabyła 90 tysięcy hektarów ziemi w Pinar del Rio i objęła kontrolą 90 proc. eksportu kubańskich cygar” – wylicza Robert Kłosowicz.

Amerykańskich biznesmenów szczególnie interesował przemysł cukrowniczy, stanowiący kluczową gałąź gospodarki wyspy. Amerykańskie spółki, takie jak Cuban-American Sugar Company i Guantanamo Sugar Company, wykupiły rozległe plantacje trzciny, by zwiększyć produkcję „słodkiego” bogactwa. „Z 160 mln dol. zainwestowanych do 1906 r. 30 mln dol., czyli 18,7 proc., trafiło do przemysłu cukrowniczego. Całkowite inwestycje w rolnictwo (cukier, tytoń, owoce i bydło) wyniosły 96 mln dol., czyli 60 proc.” – wylicza w opracowaniu „Cuban Agriculture Before 1959: The Political and Economic Situations” José Alvarez. Wprawdzie poprawką Tellera Kongres obiecał Kubańczykom niepodległość, ale na przeszkodzie stanęły interesy ekonomiczne USA.

Wojska USA zostają

W 1900 r. pod okiem gubernatora Wooda przeprowadzono wybory do kubańskiego Zgromadzenia Narodowego, które rok później przyjęło konstytucję wzorowaną na amerykańskiej. Zanim Stany Zjednoczone przystąpiły do wycofywania swoich wojsk, w Waszyngtonie rozgorzała debata, czy dotrzymać zobowiązania. Zwolennicy „objawionego przeznaczenia” – coraz częściej nazywani ekspansjonistami – domagali się utrzymania pełnej kontroli nad wyspą w celu ochrony amerykańskich interesów. Natrafili jednak na opór tradycjonalistów, którzy opowiadali się za respektowaniem prawa.

W marcu 1901 r. zawarto w końcu kompromis, który przekuto w poprawkę do ustawy o wydatkach wojskowych, zgłoszoną przez senatora Orville’a H. Platta. „Upoważnia się niniejszym prezydenta do pozostawienia rządu i kontroli wyspy Kuby jej narodowi, gdy tylko będzie ustanowiony na tej wyspie rząd, który w konstytucji albo specjalnym dekrecie określi przyszłe stosunki Kuby ze Stanami Zjednoczonymi na następujących zasadach” – stwierdzała poprawka. Nakazywała ona Kubańczykom wpisanie do konstytucji zakazu zawierania traktatów z państwami, które zagrażają interesom USA lub stabilności politycznej i ekonomicznej wyspy. Gwarantowała też Stanom Zjednoczonym bazę morską w Guantánamo. Ostatni punkt brzmiał: „Kuba wyraża zgodę, by USA posiadały prawo interwencji w celu zachowania niepodległości oraz utrzymania rządu zdolnego zapewnić ochronę życia, własności i wolności indywidualnej obywateli”.

Początkowo kubańskie Zgromadzenie Narodowe nie chciało słyszeć o poprawce Platta. Jego podejście uległo zmianie po tym, jak gubernator Wood oświadczył, że amerykańskie wojska pozostaną na wyspie, dopóki życzenie Waszyngtonu nie zostanie spełnione. Ostatecznie deputowani ustąpili, gdy sekretarz wojny USA Elihu Root dał im słowo honoru, że prawo do interwencji nie będzie oznaczać mieszania się w wewnętrzne sprawy Kuby. 20 maja 1902 r. wpisano poprawkę Platta do kubańskiej konstytucji, a amerykańscy żołnierze odpłynęli do ojczyzny. Biznesmeni pozostali.

Wielki Brat z USA interweniuje

„Do 1905 roku około 13 tysięcy amerykańskich obywateli weszło w posiadanie nieruchomości na Kubie, których ogólna powierzchnia wynosiła 1,8 miliona hektarów, co stanowiło 15 proc. obszaru wyspy” – pisze Robert Kłosowicz. Inwestorzy z USA szybko przejęli dużą część nie tylko ziemi uprawnej, lecz także przemysłu przetwórczego. Perspektywa wielkich zysków wabiła na wyspę kolejne spółki. „Wartość inwestycji USA w okresie 1909–1913 szacowano na 205 mln dol. Na cukier przypadało 50 mln dol., czyli 24,4 proc., a na rolnictwo 10 mln dol.” – podkreśla José Alvarez.

Za sprawą amerykańskiego kapitału Kuba stała się jednym z największych producentów cukru na świecie. Ponad 60 proc. eksportu trafiało do Stanów Zjednoczonych, co jeszcze bardziej uzależniło gospodarkę wyspy od protektora. Nieliczna lokalna elita czerpała z tego biznesu ogromne korzyści, w zamian okazując Waszyngtonowi lojalność. Większość Kubańczyków – tak jak za rządów Hiszpanów – nadal żyła w ubóstwie. Co więcej, amerykańskie firmy zaczęły sprowadzać do pracy na plantacjach konkurencję z Haiti i Jamajki. Kubańskie władze nie miały możliwości działania, bo Amerykanie uznawali swoją prywatną własność za świętość.

Wszystko to przyczyniło się do zaostrzenia sporu między konserwatystami a liberałami. „W sierpniu 1906 roku na Kubie doszło do wybuchu wojny domowej pomiędzy konserwatywnym rządem Tomasa Estrady Palmy i Partią Liberalną. Obie strony konfliktu chciały spowodować interwencję Stanów Zjednoczonych po swojej stronie, powołując się na poprawkę Platta” – opisuje Kłosowicz. Jedni i drudzy poprosili Waszyngton o przysłanie marines. Rebelianci domagali się też rozpisania nowych wyborów pod nadzorem USA. „Aby przyspieszyć interwencję amerykańską, powstańcy zaczęli pustoszyć plantacje cukrowe i niszczyć linie kolejowe należące do spółek amerykańskich” – podkreśla Kłosowicz.

Prezydent Roosevelt obawiał się uwikłania amerykańskich sił w kubańską wojnę domową. Dopiero marsz powstańców na Hawanę skłonił go do ostrzejszej reakcji. Złożony z 5 tys. żołnierzy piechoty morskiej korpus ekspedycyjny spacyfikował konflikt, a sekretarz wojny William H. Taft objął nadzorem wybory prezydenckie w 1908 r. Zwyciężył w nich kandydat zbuntowanych liberałów José Miguel Gomez.

Chaos na wyspie spowodował zmianę podejścia Waszyngtonu. Wybuchające co jakiś czas strajki i lokalne bunty postrzegano już nie jako wewnętrzny problem Kuby, lecz zagrożenie dla amerykańskich interesów. „Miało to konsekwencje w postaci powstania wśród polityków Waszyngtonu tzw. plattowskiej mentalności (Plattist Mentality), która sprowadzała się do wysyłania oddziałów interwencyjnych piechoty morskiej w odpowiedzi na każde poważniejsze oznaki niepokoju na wyspie” – podkreśla Kłosowicz.

Szacuje się, że w 1911 r. dwie trzecie kubańskiej gospodarki znajdowało się w rękach Amerykanów. Z perspektywy miejscowej ludności kolonizatorów z Hiszpanii zastąpili nowi, o wiele potężniejsi i bardziej przebiegli okupanci. Rok później brygada marines pod dowództwem płk. Lincolna Karmany’ego stłumiła pierwsze antyamerykańskie powstanie w prowincji Oriente. Wprawdzie prezydent Gomez poprosił Waszyngton, by powstrzymał się od interwencji, ale atakowani przez buntowników właściciele plantacji mieli większą siłę przebicia. Historia powtórzyła się w nieco innej odsłonie w 1917 r., gdy wojska USA wkroczyły na wyspę, by wygasić następną wojnę domową. Krucha demokracja chyliła się ku upadkowi. Ostateczny cios zadał jej bohater wojny o niepodległość Gerardo Machado, ustanawiając w 1925 r. dyktatorskie rządy. W Waszyngtonie przyjęto to ze zrozumieniem. Dyktator skutecznie pacyfikował niepokoje społeczne i trzymał kraj w ryzach. A tym samym ułatwił życie amerykańskim inwestorom. ©Ⓟ