Prawo gospodarcze Europy z XVII–XIX w. pełne jest zabawnych – przynajmniej dla mnie – elementów. Weźmy np. wyspiarską ustawę o pochówku w wełnianych tkaninach. O ile nie zmarłeś w wyniku zarazy, rodzina musiała pochować cię w czystym całunie wyprodukowanym w Anglii. Importowane nie wchodziły w grę. Albo dekret Fryderyka Wielkiego, który nałożył wysoki podatek od kawy. Celem były zatrzymanie importu i promocja rodzimych alternatyw, czyli głównie… piwa. To sprawiło jednak, że przemyt kawy stał się wyjątkowo opłacalny i by go zwalczać, zatrudniono 400 inwalidów wojennych, by wywąchiwali dom po domu, czy ktoś aby nie parzy tego napoju.

Te prawa były ekspresją protekcjonizmu. To, co nasze i wyprodukowane na miejscu, jest dobre i nam służy. To, co obce, drenuje nas z bogactwa. Ta filozofia przez stulecia krępowała rozwój tego, co potem doprowadziło nas do bezprecedensowego dobrobytu. Handlu międzynarodowego.

Niestety, protekcjonizm i stojący za nim sposób myślenia wracają w nowych odmianach. Spróbujmy więc sobie wyobrazić, jak wyglądałby świat, gdybyśmy doświadczyli tego comebacku w pełnej krasie.

USA awangardą regresu

Tegoroczny szczyt ekonomiczny w Davos ujawnił głębokie załamanie porządku opartego na wzajemnych, spontanicznych i pokojowych relacjach gospodarczych. Jasno wyartykułował to w swoim przemówieniu premier Kanady Mark Carney, gdy – nawiązując do Tukidydesa – zauważał: „Wydaje się, że każdy dzień przypomina nam, że żyjemy w epoce wielkiej rywalizacji mocarstw, że porządek oparty na zasadach zanika, że silni mogą robić to, co chcą, a słabi muszą znosić to, co muszą”.

To, co smuci Carneya, raduje sekretarza USA ds. handlu Howarda Lutnicka. Skonstatował on w Davos, że globalizacja zawiodła, bo uzależniła Zachód od Chin.

„To polityka, która się nie sprawdziła: eksport, offshore, far-shore, poszukiwanie najtańszej siły roboczej na świecie… Chcemy powiedzieć, że America First to inny model, i zachęcamy inne kraje do rozważenia przyjęcia podobnego. Zakłada on, że nasi pracownicy są najważniejsi” – perorował polityk.

Realizacją tej doktryny stało się w 2017 r. wycofanie kraju z Partnerstwa Transpacyficznego (TPP) w celu zatrzymania offshoringu miejsc pracy, w 2018 r. zastąpienie układu NAFTA nową umową USMCA wprowadzającą wymóg, aby 40–45 proc. części samochodowych było produkowanych przez pracowników zarabiających co najmniej 16 dol. na godzinę, a w 2021 r. podpisanie rozporządzenia Buy American and Hire American, które zaostrzyło zasady przyznawania wiz pracowniczych i nakazało agencjom dawanie priorytetu w zamówieniach amerykańskim produktom.

Kto korzysta na protekcjonizmie?

Jako rzekomego beneficjenta protekcjonizmu politycy ustawiają robotnika. W pierwotnej odsłonie protekcjonizmu to nie on był punktem odniesienia. Byli nim rzemieślnik lub przemysłowiec. To ich państwo chciało bronić przed zalewem tanich towarów z zagranicy i uzależnieniem się od nich. To dla nich – często zbrojnie – chciało otwierać kolejne rynki zbytu. Robotnik stanął w centrum uwagi dopiero wraz z nastaniem demokracji w jej sondażowo-populistycznej odmianie.

Prorobotnicza retoryka współczesnego protekcjonizmu jest tylko ornamentem ukrywającym powrót do systemu, który utrzymywał ludzkość w opłakanym stanie, gdy średnio żyło się 35 lat, samo życie pełne było uporczywych chorób, dieta była uboga, praca fizyczna wyniszczająca, a czasu na rozrywki – poza pijaństwem – właściwie nie było. Na ten system składały się też merkantylizm, czyli przekonanie, że posiadanie kruszców prowadzi do bogactwa, w związku z czym należy kontrolować ich obieg, a także monopole państwowe i przywileje cechowe. Wybranym grupom oddawano władzę nad rynkiem, uniemożliwiając wejście konkurencji. Wybitnie destrukcyjny dla rozwoju był też ekskluzywizm handlowy, w którego ramach kolonie mogły handlować wyłącznie z kolonizatorem, i to po narzuconych cenach.

Gospodarkę krępowały także ograniczenia mobilności – przypisanie chłopów do ziemi, zakazy zmiany zawodu lub miejsca zamieszkania. Brak mobilności uniemożliwiał wzrost „tortu” (dochodu), pozostawiając jedynie spory o jego podział, a całość stosunków gospodarczych podporządkowana była finansowaniu kolejnych wojen. I system ten – w wielu z tych warstw – dzisiaj powraca.

Odległy ideał wolnego rynku

W idealnej wersji modelu globalnego kapitalizmu granice są tylko symboliczne. Przepływa przez nie wszystko – od towarów przez kapitały po ludzi – a jedynym czynnikiem, który o tym decyduje, są oddolne decyzje producentów i konsumentów. Nie ma ceł, pozwoleń o pracę i wiz, ale nie ma też socjalnego wsparcia. Nie ma ani zbędnych regulacji dla biznesu, ani subsydiów. Polityków nie interesuje, które firmy i jak robią ze sobą zgodne z prawem interesy. Nie istnieje polityka przemysłowa – nie ma ceł importowych ani eksportowych. Globalny rynek jest tak blisko konkurencji doskonałej, jak to tylko możliwe. Podział pracy i specjalizacja – fundamenty przewagi komparatywnej – działają wyśmienicie.

To nie jest ideał w pełni osiągalny, ale od lat 80. XX w. do pierwszej dekady XXI w. świat zmierzał konsekwentnie w jego stronę. Ta konsekwencja osłabła jednak po kryzysie finansowym z 2008 r. i erodowała dalej wraz z pandemią i rosnącymi napięciami geopolitycznymi. Adam Smith w ujęciu politycznym się zdezaktualizował.

Cła rosną nie zawsze otwarcie

Po 2017 r. ten proces bardzo przyspieszył. Według globaltradealert.org po tej dacie liczba antyliberalnych instrumentów politycznych wprowadzanych przez państwa świata wzrosła z 200–600 do kilku tysięcy rocznie. Dużą ich częścią są cła. W trakcie drugiej kadencji Trumpa USA podniosły je średnio do poziomu ok. 20 proc., co stanowi powrót do… okresu międzywojnia. Co prawda rekordy z drugiej dekady XIX w., gdy średnia amerykańskich ceł oscylowała wokół 60 proc., wciąż nie są pobite, ale czy dla Donalda Trumpa jest coś niemożliwego?

Globalnie średnie cła są wciąż dużo poniżej poziomów z XIX w. Wtedy wynosiły średnio 30–50 proc., a dzisiaj – ok. 3 proc. Średnia ta ukrywa fakt, że rządy zastępują cła efektywnymi barierami regulacyjnymi, np. systemem kwotowym. Jeśli np. rząd dopuszcza do importu X ton danego towaru po stawce celnej 3 proc., to z definicji oznacza zakaz importu wszystkiego, co powyżej X, funkcjonalnie równoważny z cłem na poziomie prohibitywnym. Na jedno wychodzi, a statystyki tego nie widzą.

Inna anomalia niewidoczna w globalnej średniej celnej to przekraczające 20 proc. cła między potężnymi blokami gospodarczymi – USA i Chinami, które to kraje odpowiadają przecież za ponad 40 proc. globalnego PKB. Biorąc to pod uwagę, można powiedzieć, że w rzeczywistości jesteśmy blisko preglobalizacyjnych poziomów barier w handlu międzynarodowym. A to, że ten handel wciąż ma potężne wolumeny, to wynik zespolonych w dobie szczytu globalizacji łańcuchów wartości w produkcji i konsumpcji oraz zmian technologicznych w transporcie.

Geopolityka a globalizacja gospodarki

Historia zatacza koło. Współczesna konfrontacja gospodarcza Waszyngtonu z Pekinem to echo paniki XIX-wiecznego Londynu wobec ekspansji Niemiec czy też podejmowanych przez Napoleona prób wyniszczenia Anglii przez odcięcie jej od rynków europejskich. Z kolei chińska strategia „Made in China 2025”, czyli plan transformacji chińskiego przemysłu z taniej produkcji w zaawansowaną technologicznie potęgę, jest cyfrową reinkarnacją francuskiego colbertyzmu (nacjonalizm gospodarczy) oraz pruskiego sojuszu „żelaza i żyta” z czasów Bismarcka (gdy lobby rolniczo-przemysłowe wymusiło ograniczenie konkurencji).

Napięcie na linii USA – Chiny to zderzenie neoprotekcjonistycznej potęgi USA z neomerkantylistyczną machiną Państwa Środka. Niestety, w historii uruchomienie arsenału wojen handlowych zwiastowało przejście od rywalizacji o rynki do otwartego konfliktu militarnego.

WTO na łasce geopolityki

Coraz silniejszych i bardziej wyrazistych analogii do czasów sprzed globalizacji jest dzisiaj więcej. Jeśli w XVIII w. francuscy bulioniści (prekursorzy merkantylizmu) utożsamiali bogactwo z posiadaniem w skarbcu złota i srebra, to dzisiejsze rządy zaczęły utożsamiać je z dostępem do metali ziem rzadkich czy kontrolą nad produkcją półprzewodników. Tytuł książki Chrisa Millera „Wojna o chipy” wcale nie jest nadużyciem. Stany Zjednoczone próbują utrzymać technologiczną dominację poprzez restrykcyjne kontrole eksportowe nakładane na półprzewodniki oraz masowe subsydia dla ich krajowej produkcji, czego symbolem stała się ustawa CHIPS and Science Act z 2022 r. oraz ogłoszenie w 2025 r. Pax Silica (bezpieczne łańcuchy dostaw w tym sektorze). Chiny odpowiadają na to strategią autarkii technologicznej: pompują dziesiątki miliardów dolarów w krajowych producentów chipów, jednocześnie wykorzystując swoją quasi-monopolistyczną pozycję w przetwórstwie metali ziem rzadkich jako instrument nacisku geopolitycznego. Już w 2010 r. wprowadziły ograniczenia eksportowe wobec Japonii w trakcie sporu dyplomatycznego, a w kolejnych latach systematycznie budowały przewagę poprzez licencjonowanie eksportu, kontyngenty i konsolidację sektora pod kontrolą państwowych czempionów.

W najnowszej odsłonie napięć technologicznych z USA Pekin sięgnął po instrumenty formalne, wprowadzając począwszy od 2023 r. kontrole eksportu na gal i german – kluczowe surowce dla półprzewodników i optoelektroniki. Trump komentował te posunięcia następująco: „Nie ma mowy, żeby Chinom pozwolono trzymać świat jako zakładnika, ale wydaje się, że taki był ich plan od dłuższego czasu. Ale Stany Zjednoczone również mają pozycje monopolistyczne, znacznie silniejsze i o szerszym zasięgu niż Chiny”.

Nic dziwnego, że zarówno w USA, jak i w Europie furorę zrobiły pojęcia friendshoringu i nearshoringu, które sprowadzają się do utrzymywania stosunków gospodarczych wyłącznie ze „swoimi”. Są one fundamentalnie sprzeczne z logiką wymiany rynkowej – bo to właśnie wymiana z „obcymi”, często „wrogami”, pozwalała ich oswajać – ale za to są zbieżne z kolonialnym ekskluzywizmem handlowym.

Powrót do ery preglobalnej odbywa się także w sferze mobilności ludzi (zaostrzanie polityk migracyjnych), poziomu konkurencji (obciążanie jednych przemysłów daninami i faworyzowanie innych, zwłaszcza w ramach polityk energetyczno-klimatycznych), a nawet w sferze będącej dzieckiem globalizacji – przestrzeni internetowej. Kraje takie jak Rosja, Chiny, a także Indie i Turcja, budują „narodowe internety”. Pekin od lat rozwija Wielki Firewall, blokując zagraniczne platformy i zastępując je krajowymi odpowiednikami, podczas gdy Rosja wdraża infrastrukturę umożliwiającą autonomiczne funkcjonowanie Runetu w razie odcięcia od globalnej sieci. Indie idą drogą twardych wymogów lokalizacji danych i selektywnych zakazów aplikacji zagranicznych, a Turcja coraz szerzej stosuje prawo do administracyjnego blokowania treści i usług cyfrowych. Unia Europejska z dyrektywami typu DSA, DMA, AI Act czy narracją o suwerenności technologicznej stara się także w tej materii dotrzymywać kroku innym. To merkantylizm danych: Informacja nie może swobodnie przepływać przez granice, musi być magazynowana i kontrolowana lokalnie. Jeśli więc ktoś dziwi się, dlaczego tracą na znaczeniu międzynarodowe organizacje współpracy gospodarczej takie jak Światowa Organizacja Handlu, to ma już odpowiedź: struktura, którą chciały nadzorować, zaczyna się rozpadać. Współpraca staje się akcydentalna, nie systemowa.

Raj dla piratów i wojaków

Szukanie tropów odradzającego się gospodarczego ancien régime’u w perspektywie ostatniej dekady jest wyjątkowo łatwe. Pobrexitowa Wielka Brytania w 2021 r. tworzy specjalny urząd (Trade Remedy Authority), który ma przywrócić jej autonomię celną. W 2020 r. Indonezja zakazuje eksportu niklu. W 2015 r. Chiny uruchamiają system rozliczeń transgranicznych CIPS – alternatywę dla zachodniego SWIFT-u. W 2023 r. Amerykanie wymuszają na Holendrach zakaz sprzedaży Chinom maszyn ASML (skanery litograficzne niezbędne do produkcji chipów), co przywodzi na myśl XVIII-wieczny zakaz wywozu maszyn parowych z Anglii.

Do czego to wszystko zmierza? Jaki będzie świat, gdy porzuci (co wciąż mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe) globalny kapitalizm?

Zacznijmy od tego, że obecnie światowy handel ma wartość ok. 34–35 bln dol. rocznie, z czego niemal 30 proc. przypada na usługi. Porzucenie globalnego kapitalizmu i ograniczenie współpracy gospodarczej do wyłącznie sprzymierzeńców po prostu sparaliżowałyby system produkcji, blokując jego cyfrową infrastrukturę (usługi biznesowe, IT, finanse, logistykę, licencje, chmurę, streaming, płatności itd.) Oznacza to potężną presję inflacyjną, a co za tym idzie, serię recesji i kryzysów budżetowych oraz rozchwianie systemów pieniężnych.

Świat podzieliłby się na bloki dużych rynków o różnym charakterze, które pozostawałyby wobec siebie w relacjach kształtowanych przez bieżącą politykę. Unia Europejska byłaby zapewne rynkiem konsumującym. O jej skumulowane na przestrzeni wieków, ale wyczerpujące się bogactwo walczyłyby USA i Chiny, wrogie sobie potęgi eksportowe. Dzisiejsze państwa rozwijające się, które posiadają kluczowe zasoby naturalne, lawirowałyby pomiędzy ofertą Chin i USA. Sojusze z nimi byłyby nietrwałe, a ich rządy chimeryczne. Mielibyśmy także państwa pośredniczące, które starałyby się zachowywać neutralność i oliwić labilne relacje między wrogimi blokami – tak, jak dzisiaj robi to np. Turcja. Kluczowe w polityce zagranicznej państw małych i średnich – takich jak Polska – byłoby znów budowanie sojuszy i lawirowanie między nimi. Podporządkowanie zamiast wchodzenia w międzynarodowe struktury zarządzające.

Abstrakcyjne reguły handlowe odeszłyby w niepamięć – liczyłaby się przychylność największych. To, czy USA kupowałoby towary z Polski, zależałoby od tego, czy przyszli Trumpowie polubiliby przyszłych Nawrockich. Jeśli dominującym uczuciem względem przyszłości dzisiaj jest niepewność, to w świecie zglobalizowanym byłaby nim pewność nieprzewidywalności. W efekcie myślenie o dobrobycie materialnym miałoby wyłącznie krótki horyzont, a inwestycje byłyby postrzegane jako ryzykowna fanaberia.

Rozczłonkowanie gospodarek pomiędzy różne bloki gospodarcze tworzyłoby duże różnice w poziomach cen, co z kolei prowadziłoby do powstania nowego rodzaju przemytu i piractwa. Przechwytywanie obcego frachtu przećwiczyły skutecznie USA, zatrzymując tankowce powiązane z Rosją i Wenezuelą. Do takich zdarzeń dochodziłoby znacznie częściej. Prawo i praktyki handlowe podporządkowano by wyłącznie sile państwa – a nie dobrobytowi konsumenta.

Powrót starych zasad uderzy w zwykłych ludzi

Najbardziej ucierpieliby właśnie konsumenci, a więc zwykli ludzie. Niestabilność zatrudnienia, która dzisiaj co do zasady jest przeszłością (globalna stopa bezrobocia to zaledwie ok. 5 proc.), nagle znów stałaby się codziennością. Miejsca pracy pojawiałyby się punktowo tam, gdzie akurat w wyniku jakiegoś politycznego ruchu udałoby się odtworzyć łańcuchy wartości, i znikałyby tam, gdzie nowe napięcia blokowałyby rynki. Mielibyśmy też zapewne do czynienia z polityczną segmentacją konsumpcji. Dzisiaj iPhone’a może kupić każdy na świecie. W takim „nowym starym świecie” kupowałby je tylko konsument z kraju sprzymierzonego.

Nierówności pomiędzy regionami wzrosłyby do poziomów alpejskich, przy których te dzisiejsze przypominają Góry Świętokrzyskie. Świat pełnego powrotu do ancien régime’u byłby daleki od stabilności i pokoju. Byłby najlepszą okazją do przetestowania prawdziwości powiedzenia, że „jeśli towary nie przekraczają granic, to zrobią to armie”.

Co wobec tego robić? Niektórzy przyjmują fatalistyczne podejście: skoro mamy taki trend, trzeba się do niego dostosować. Problem w tym, że dostosowanie się tylko go wzmocni i przyśpieszy podróż ku, w najlepszym razie, nowej stagnacji. ©Ⓟ