Jeszcze niedawno mogło się wydawać, że mamy świat zorganizowany w sposób dosyć prosty, z grubsza odzwierciedlający stare bloki z XX wieku, skupione wokół wspólnych interesów i podobnych wartości. Liberalny ekonomicznie, demokratycznie rządzony Zachód szanujący prawa człowieka, a po drugiej stronie etatystyczny i autorytarny (oczywiście w różnym stopniu) Wschód. Pierwszy obóz oddychający dwoma płucami, europejskim i amerykańskim, drugi zaś z mózgiem, sercem i żołądkiem coraz wyraźniej ulokowanym w Pekinie, z Rosją, Iranem czy Koreą Północną w roli pięści do grożenia. I do tego kilka państw „pomiędzy”. Na przykład bogate, sunnickie monarchie znad Zatoki Perskiej oraz Indie, które w obliczu coraz ostrzejszej gry Chin starały się politycznie balansować, biznesowo otwierać na współpracę z każdym, ale w sferze twardego bezpieczeństwa bardzo wyraźnie ciążyły ku Stanom Zjednoczonym i ich sojusznikom.
Ów czytelny i logiczny obraz został zburzony w ciągu ostatniego roku przez administrację Donalda Trumpa. Celowo – gdyż spora część amerykańskich elit biznesowych, a w ślad za nimi także politycznych, uznała dotychczasowy model za dysfunkcjonalny. Przyjęła, że lepszy będzie dla niej świat wielobiegunowy, w dodatku ostentacyjnie pozbawiony uniwersalnych reguł i trwałych sojuszy, czyli taki, w którym USA – jako podmiot obiektywnie najsilniejszy pod względem ekonomicznym i wojskowym – dzięki swej przewadze oraz zdolności do jej brutalnego użycia uzyskają najwięcej korzyści.
Temu rozumowaniu nie sposób odmówić sensu, nawet jeśli negatywnie ocenia się towarzyszącą mu retorykę czy sposób realizacji nowej, skrajnie cynicznej polityki. Amerykanie nie docenili chyba tylko jednego – że ci, których interesom wolta USA zagraża najbardziej, po chwilowym szoku zdołają się wznieść ponad podziały, by wspólnie postawić się Waszyngtonowi i stojącym za Trumpem korporacjom.
Dla jasności: to jeszcze nie jest przesądzone – i wcale nie musi się udać – ale próby obserwujemy coraz wyraźniejsze. Co najważniejsze, są one podejmowane z błogosławieństwem silnych kręgów biznesowych także na Zachodzie. To symptomatyczne, że sygnał do przyspieszenia integracji „mocarstw średniej wielkości” oraz oporu wobec Amerykanów dał na Forum Ekonomicznym w Davos, w przemówieniu nagrodzonym owacją na stojąco, nie żaden „lewak”, lecz premier Kanady Mark Carney – ekonomiczny liberał i człowiek mocno związany z londyńskim City. Jego rząd zdążył już wcześniej zawrzeć istotne umowy z Chinami, a on sam ma w planach wizytę w Indiach w celu podpisania porozumień dotyczących uranu, energii i minerałów. Stało się oczywiste, że ani Wielka Brytania, ani Unia Europejska nie zostaną w tyle.
Biznes i polityka
Determinacja Komisji Europejskiej, by dopiąć umowę z państwami Mercosuru, akurat teraz, po analogicznym porozumieniu z Meksykiem, jest wsparta ambicją geostrategiczną – zamiarem zakwestionowania wyłączności USA na półkuli zachodniej. Notabene sprzeciw najbardziej proamerykańskich rządów na Starym Kontynencie wobec tego planu jest zrozumiały, ale weto Paryża skłania do zadumy nad niekonsekwencją i krótkowzrocznością polityki francuskiej, nad skalą jej uzależnienia od lobbystów jednej branży.
Tymczasem z drugiej wielkiej operacji handlowo-geostrategicznej, którą pod presją Trumpa podejmuje Unia, udało się zawczasu wyeliminować najbardziej kłopotliwe elementy. To obawy natury politycznej sprawiły, że umowa z Indiami (skądinąd wcześniej długo odkładana) jest mniej ambitna niż negocjowane równocześnie porozumienia z innymi partnerami (np. z ASEAN czy Indonezją, a także Australią czy Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi). Nie obejmuje zamówień publicznych, nie zapewnia też pełnej liberalizacji w niektórych sektorach (np. motoryzacji, choć i tu otwiera drzwi dosyć szeroko), a inne pozostawia w praktyce na uboczu (energetyka i surowce, a zwłaszcza rolnictwo, na czym akurat zależało obu stronom). Niemniej i tak spowoduje likwidację lub przynajmniej stopniową redukcję ceł na ponad 95 proc. wymiany handlowej. Co więcej, przy okazji tego porozumienia zasygnalizowano daleko idące możliwości partnerstwa także w zakresie bezpieczeństwa i obrony, od kooperacji przemysłów zbrojeniowych po wspólne inicjatywy dyplomatyczne i wywiadowcze.
„Europa i Indie tworzą dziś historię” – z dumą ogłosiła przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Dodała, że „to dopiero początek”. I trudno się nie zgodzić, zważywszy, że wartość handlu między Indiami a UE wyniosła w ostatnim roku fiskalnym 136,5 mld dol., podczas gdy między Indiami a USA 132 mld dol., zaś między Indiami a Chinami 128 mld dol. Z kolei wartość handlu między UE a Stanami Zjednoczonymi to nieco ponad 1 bln dol., a z Chinami 850 mld dol., co stanowi odpowiednio 17 i 15 proc. handlu Unii z resztą świata. Przed tandemem europejsko-indyjskim jest więc jeszcze bardzo długa droga, jeśli ten kierunek miałby realnie zrównoważyć znaczenie dotychczasowych przepływów i powiązań.
Bruksela i Nowe Delhi gwałtownie potrzebowały tego niewątpliwego sukcesu wizerunkowego. Europa – głównie nadziei na ożywienie gospodarcze dzięki prognozowanemu podwojeniu jej eksportu do Indii w ciągu najbliższych sześciu lat. Indie (akurat na dynamikę wzrostu PKB niemogące narzekać) – sygnału przybliżenia się do od dawna zapowiadanego, a teraz znacznie bardziej realnego, stanu odporności na amerykańską dominację w globalnej gospodarce. A do tego dostają nowe szanse dla swojej branży wysokich technologii dzięki łatwiejszemu dostępowi do najbogatszego wciąż rynku świata oraz efektowi synergii z Europejczykami.
Umowa handlowa przekłada się na bezpieczeństwo
„Matka wszystkich umów”, jak z emfazą określono to porozumienie handlowe, faktycznie może przynieść zyski większości spośród niemal 2 mld mieszkańców Indii oraz UE. Niektórym (np. akcjonariuszom niemieckich i francuskich koncernów motoryzacyjnych) bardziej bezpośrednio, innym (jeśli są ich pracownikami lub podwykonawcami) pośrednio. Przy okazji może się okazać, że w kwestii ograniczania przez Indie zakupów rosyjskiej ropy, a przynajmniej zmuszania Rosjan do jej sprzedaży po dramatycznie niskich i de facto nieopłacalnych cenach, Europa uzyska więcej „po dobroci” niż Amerykanie krzykiem i groźbą podnoszenia taryf. Tak czy inaczej, warto odnotować, że ta połączona presja już spowodowała rekordowe dyskonty na ostatnich dostawach ropy Urals do rafinerii indyjskich (10 dol. taniej za baryłkę w stosunku do ropy Brent wobec średnio ok. 6 dol. jesienią ubiegłego roku) przy jednoczesnym coraz bardziej aktywnym poszukiwaniu przez nie alternatywnych źródeł dostaw, w tym na Bliskim Wschodzie i od brazylijskiego Petrobrasu.
Polityczną ceną za tę przychylną politykę Hindusów będzie zapewne przymknięcie oka na pewne deficyty indyjskiej demokracji oraz sprzeczne z naszym rozumieniem praw człowieka zachowania premiera Narendry Modiego w polityce wewnętrznej, a zwłaszcza „elastyczność” (to sformułowanie użyte parokrotnie w finale negocjacji, m.in. przez Ursulę von der Leyen) w kwestiach polityki klimatycznej, np. odnośnie do podatku węglowego. Rezygnacja z pryncypialności pewnie się tutaj opłaci, lecz jeszcze ważniejszy może się okazać efekt polityczny owego porozumienia, co niektórych cieszy, ale innych może martwić.
Przede wszystkim Waszyngton – z przyczyn oczywistych. Jeśli projekt pogłębiania integracji Kanady, Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej nie tylko między sobą, lecz również z kluczowymi gospodarczo państwami BRICS będzie postępował, Amerykanie sporo ryzykują, idąc na zwarcie z taką koalicją. Ale porozumienie europejsko-indyjskie musiało też dać do myślenia Pekinowi. To raczej nie przypadek, że z okazji hucznie obchodzonego w Indiach Dnia Republiki Xi Jinping złożył pani prezydent Droupadi Murmu wyjątkowo serdeczne życzenia i gratulacje, nazywając oba azjatyckie mocarstwa „dobrymi sąsiadami, przyjaciółmi i partnerami”. To sformułowanie mocno na wyrost, bo choć relacje chińsko-indyjskie ostatnio się poprawiły, także dzięki serii wzajemnych wizyt na wysokich szczeblach, lista spraw spornych jest wciąż długa, a nieufność po obu stronach – znaczna. Jednak wspominając o konieczności współpracy dla „utrzymania i promowania pokoju i dobrobytu na świecie”, poprzez „wspólny taniec smoka i słonia” (to popularne symbole obu państw), Xi wyraźnie przypomniał Hindusom, że w swych sporach z USA nie są skazani tylko na Europę. Po czym wprost zaoferował rozszerzenie dotychczasowej wymiany handlowej, a pośrednio, czyli poprzez analizy i komentarze rządowych mediów chińskich, dorzucił na stół także możliwą kooperację w dziedzinie bezpieczeństwa.
Indie i Chiny: trudne zbliżenie
Niemal równocześnie Indie odrzuciły wniosek Chin o utworzenie wspólnego panelu w ramach WTO w celu omówienia sporów dotyczących m.in. branży samochodowej i odnawialnych źródeł energii, zaś chiński regulator rynku leków nakazał wstrzymanie importu, sprzedaży i stosowania preparatu przeciwko demencji produkowanego przez czołową indyjską firmę Sun Pharmaceutical Industries (powołując się na wątpliwości co do procedur projakościowych, co mocno uderza wizerunkowo w cały indyjski sektor farmaceutyczny, tym bardziej że w roku 2024 podobne zastrzeżenia wobec produktów Sun Pharmy zgłosiła amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków). Te – w skali strategicznej pozornie drobne – incydenty musiały zostać zaakceptowane na bardzo wysokich szczeblach politycznych, co sygnalizuje, że odwilż chińsko-indyjska nie jest bynajmniej oczywista, a obie strony mogą mimo wszystko stawiać na konfrontację.
Zamiast wspólnego tańca smoka i słonia możemy więc mieć do czynienia z ich rywalizacją o to, kto mocniej przytuli do siebie dużo mniejsze, ale za to bogate zwierzaki ze Starego Kontynentu. Także o to, kto zdobędzie sobie więcej przyczółków w państwach dawnego Trzeciego Świata, zwanego dziś bardziej elegancko „globalnym Południem”. Na razie w tym wyścigu wyraźnie prowadzą Chińczycy. Zapewne nie jest jednak przypadkiem to, że indyjskie media i dyplomacja sporo uwagi poświęciły ostatnio informacjom wskazującym na znaczący spadek liczby i kwoty nowych chińskich pożyczek prorozwojowych przy równoczesnym wzroście obciążeń ponoszonych z tytułu długów przez beneficjentów wcześniejszej pomocy ChRL. W ostatniej dekadzie na przykład dla Afryki oznacza to zmianę z 30 mld dol. korzyści netto na deficyt przepływów w wysokości 22 mld dol. Niemal całkowita abdykacja USA (zamknięcie Agencji Stanów Zjednoczonych ds. Rozwoju Międzynarodowego) i spadek alokacji z innych krajów rozwiniętych tworzą więc sporą szansę polityczną dla Indii. A swoją drogą, to istotny sygnał także dla tych środowisk w Europie, które są dziś skłonne do lekkomyślnego uzależniania się od Chińczyków. Nie ma darmowego lunchu, prędzej czy później przychodzi za niego z nawiązką zapłacić.
Inwestycje w Chinach
Polityków i liderów biznesu europejskiego, znajdujących się pod silną presją amerykańską, na razie zdaje się to nie martwić. Inwestycje niemieckich firm w USA zmalały od początku kadencji Trumpa o około 50 proc., natomiast w Chinach osiągnęły w 2025 r. najwyższy poziom od czterech lat (przekraczając 8 mld dol., co oznacza wzrost o ponad połowę w porównaniu z wynikami za lata 2023 i 2024). Berlin uparcie lawirował politycznie, starając się znaleźć równowagę między zaostrzeniem stanowiska wobec Pekinu w kwestiach bezpieczeństwa a podtrzymaniem i rozwojem relacji ze swym najważniejszym partnerem handlowym.
Jak widać, całkiem skutecznie. Tyle że kilka głównych firm, w tym BASF, Volkswagen czy Mercedes-Benz, pogłębiło swe uzależnienie od rynku chińskiego – nawet jeśli ich rzecznicy robią dzisiaj dobrą minę do złej gry i opowiadają, że technologie i produkty opracowane w Chinach są teraz szerzej stosowane w innych regionach, a więc to nie tylko kwestia sprzedaży produktów na miejscu, lecz także wzmocnienie globalnej obecności i konkurencyjności w obliczu ryzyk taryfowych i napięć geopolitycznych. Łatwo się jednak domyślić, że chodzi o coś jeszcze innego – o budowę powiązań mogących ułatwić zmniejszenie rosnącej ostatnio zależności energetycznej Starego Kontynentu od USA, szczególnie od importu stamtąd skroplonego gazu. To Chiny pozostają bowiem kluczowym dostawcą komponentów dla morskich elektrowni wiatrowych, których sieć kraje europejskie zamierzają znacząco rozbudować – a państwa takie jak Niemcy wolą z dwojga złego mieć udział w ich wytwarzaniu w Państwie Środka niż pozostawić tę produkcję wyłącznie w rękach gospodarzy.
Sojusznicy w rozterce
Wysokie koszty energii i niepewność co do stabilności dostaw to kluczowe problemy nie tylko Niemców. Brytyjczyków też. Nic więc dziwnego, że rząd Keira Starmera mocno zaangażował się w porozumienie o rozbudowie systemu wiatraków na Morzu Północnym i właśnie pielgrzymuje do Chin, w asyście liderów City oraz firm technologicznych Zjednoczonego Królestwa. Obejmujący spotkania z wszystkimi czołowymi politykami i działaczami gospodarczymi ChRL program wizyty jest ewidentnie nie tylko demonstracją wobec Waszyngtonu, lecz także sygnałem daleko idącej gotowości otwarcia się Londynu na nową erę we wzajemnych stosunkach. Ale do tego długa droga – Wielka Brytania jak dotąd odniosła niewielkie korzyści gospodarcze z wcześniejszych prób poprawy stosunków z Pekinem, ponosząc zarazem spore koszty polityczne i w dziedzinie bezpieczeństwa. Może się więc okazać, że ta rozpaczliwa próba Starmera zamiast zbawienia przyniesie laburzystom ostateczny krach ich rządów.
Brytyjczycy w środę prawie minęli się w Pekinie z wyjeżdżającą delegacją fińską. Xi powiedział premierowi Petteriemu Orpo, że ChRL jest gotowa współpracować z Helsinkami w celu „utrzymania międzynarodowego systemu skupionego wokół ONZ i promowania świata opartego na globalizacji gospodarczej”. Wezwał do zacieśnienia współpracy w takich obszarach jak transformacja energetyczna, rolnictwo i leśnictwo, a także wyraził zadowolenie z możliwości „swobodnego pływania” fińskich przedsiębiorstw w „ogromnym oceanie” chińskiego rynku. Pod dyplomatycznym ogólnikiem kryje się komunikat, że Pekin oczekuje prochińskiego lobbingu wewnątrz UE oraz technologicznej kooperacji z fińskim sektorem high-tech, liczy też na współpracę w kwestiach Arktyki, niezmiernie ważnych dla obu stron. Dla Finów, pomimo ich zaangażowania w powstrzymywanie Rosji, ta oferta mogłaby być nawet atrakcyjna – gdyby zawierała wiarygodne gwarancje chińskiej kontroli nad rosyjskim niedźwiedziem. Wątpliwe jednak, by tak się stało, a przynajmniej tak wynika z pierwszych analiz publikowanych w fińskich mediach. Prezydent Alexander Stubb podtrzymał natomiast swoje słowa z Davos, że chciałby, aby na szczycie w lipcu NATO podjęło konkretne zobowiązania w sprawie bezpieczeństwa w Arktyce. Będzie to trudne do pogodzenia z chińskimi ambicjami zbudowania „Polarnego Jedwabnego Szlaku”.
Podobna kalkulacja dotyczy też innych państw wschodniej flanki NATO i Unii – w tym Polski, bezpośrednio zagrożonej przez Rosję, a mającej poważny potencjał ewentualnego blokowania chińskiego handlu lądowego z Europą Zachodnią, co już niedawno zademonstrowano.
Dalszy rozwój wypadków zależy w dużej mierze od podejścia Waszyngtonu. O ile zbliżenie europejsko-indyjskie wydaje się nie do powstrzymania, o tyle USA nadal mogą zrobić wiele, by skłonić sporo państw do zablokowania planów nadmiernego wiązania się z Chinami. Wypadałoby jednak przemyśleć dotychczasowe działania pod kątem ich skuteczności, czyli np. zmniejszyć wrogą presję na naturalnych sojuszników, a zwiększyć nacisk na nieprzyjaciół. Czy Donald Trump i spółka są do tego zdolni? We wspólnym interesie USA i Europy warto trzymać za to kciuki. ©Ⓟ